Strona główna / nr 3 (9) - LATO 2006 / RYSY
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
RYSY

[ TOPR akcja ratownicza zdjęcia ] [ Morskie Oko otoczenie ]
    Na Rysy chce wejść niemal każdy, kto stanie nad Morskim Okiem. Być na najwyższym szczycie Polski. Pobić swój rekord wysokości. To piękne cele, ale nie każdy może je zrealizować. Od dziesiątków lat te same przyczyny wypadków: nieodpowiedni ubiór, niedostateczne przygotowanie kondycyjne, brak obycia ze stromizną, karygodne lekceważenie płatów śniegu. U taterników zaś dochodzą jeszcze rażące błędy w asekuracji.
    Najbardziej przerażająca jest ta powtarzająca się smutna kronika – mijają lata, tysiące ludzi czyta informacje o górskich wypadkach i przychodzą następne sezony, a nie znikają z wysokogórskich szlaków klapki, drewniaki, miejskie pantofelki na obcasie. Od dziesięcioleci też Klub Wysokogórski, Polski Związek Alpinizmu i Pogotowie prowadzą kampanię na rzecz bezpiecznego wspinania, tymczasem nie ma lata i zimy, by nie trzeba było rwać dla kogoś gałązki kosodrzewiny, symbolicznego wieńca od ratowników dla tych, którzy już z gór nie powrócili żywi.
    Ktoś może powiedzieć – i będzie miał trochę racji – że na tak dynamicznie rozwijający się ruch turystyczny i taternicki kilkanaście wypadków śmiertelnych rocznie to mało. Mało, lecz rzecz potraktujemy tylko statycznie. Ileż osób ginie w wodach, ile na szosach, a ile w górach. Tam tysiące tu jednostki. Ale jeśli w sezonie letnim co kilka czy kilkanaście dni do Zakopanego przyjeżdżają rodzice lub bliscy krewni zabitych, jeśli widziało się ich twarze kamienne od bólu, jeśli słyszało się nieodmienne: Dlaczego? – to naprawdę trudno samemu nie zadawać sobie tego pytania. Przywykło się mówić i pisać: lekceważenie gór, nieroztropność granicząca z głupotą – o turystach; fanfaronada, niepotrzebna brawura, igranie ze śmiercią – o taternikach. I jeszcze te denerwujące i ta żenujące zdania o bohaterstwie ratowników, poświęceniu, narażaniu się w szlachetnej służbie niesienia pomocy. Niektórzy najchętniej wstawiliby ratownika do gabloty, jako jedną z tatrzańskich osobliwości, a ukamienowali każdego, kto wyciąga go z ciepłej dyżurki.
    A przecież nikt nie idzie w góry z postanowieniem powrócenia z nich w asyście ratowników. Nie ma takich, którzy w pełnie świadomi konsekwencji wbiegają latem, w miejskim obuwiu, na stwardniały śnieg. Nie jest to nawet lekceważenie niebezpieczeństw. Nie można lekceważyć czegoś, o czym się w ogóle nie ma pojęcia. Jeśli ktoś wchodzi w sandałkach na płat śniegu – pozostańmy przy tym przykładzie – to jest przekonany, że zachowuje się właściwie, nie wyobraża sobie , aby mogło mu się stać coś złego. To właśnie brak wyobraźni pozwala wychodzić w trepach na Giewont i wędrować po klamrach oraz wyślizganych przez dziesiątki tysięcy poprzedników stopniach, a także spoglądać spod krzyża w pionowe trawniki północnej ściany. Nieświadomość sprowadzała wielu turystów trudnymi, wspinaczkowymi wręcz drogami. Gdyby ktoś krzyknął wtedy: Człowieku, co robisz, zabłądziłeś, jesteś na taternickiej trasie – ów taternik z przypadku kurczowo zapewne chwyciłby się stromych traw i z potęgującym strachem oczekiwał na pomoc. Ostrzegający go bowiem krzyk uruchomiłby odpowiednią szufladkę w wyobraźni: taternictwo – a więc trudności, przepaść i wypadki, nie wyjdę stąd żywy. Muszę wołać.
    Przychodzi pomoc. Roztrzęsiony turysta albo wyjeżdża z Zakopanego, nie oglądając się na groźne i straszne teraz dla niego góry, albo wraca na tatrzańskie perci mądrzejszy o tę przygodę, z której wyciągnął właściwe wnioski. Wiadomo, że będzie się trzymał szlaku, jak dziecko matczynej spódnicy.
    Ale metoda edukacji górskiej stawiająca na „dobór naturalny” jest nie do przyjęcia. Tu trzeba czegoś innego. Uczenie kultury turystyki górskiej jest podstawowym zadaniem wszystkich tych, którzy na górach się znają. Sprawy górskie w naszym kraju nie są ani popularne, ani też traktowane poważnie. Do Zakopanego przybywa rocznie kilka milionów osób. Nie wiadomo, ile z nich idzie w góry. Każdy jednak przybywający pod Giewont jest potencjalnym turystą – ilu z nich wie, jak się ubrać na górski spacer, jak zachować na stromej ścieżce? Zapewne niewielu. Wiedza o górach jest u nas wciąż umiejętnością rzadką, choć miliony te góry przemierzają. I dlatego trzeba tę wiedzę, choćby w formie najbardziej elementarnej, krzewić wśród społeczeństwa. Nie w górach (tam już często bywa za późno), ale w szkole, zakładzie pracy; wydawać popularne książki i robić filmy poglądowe. Konieczne jest szeroko zakrojone działanie profilaktyczne, aby nie dochodziło do zdarzeń, jak to, które miało miejsce pod Niżnymi Rysami 10 sierpnia 1958 r. Wycieczka z Nowego Targu licząca stu uczestników rozsiadłą się nad Czarnym Stawem: W tym czasie kilka osób weszło pod płat śniegu, zaś parę osób weszło na śnieg. Powstałe w ten sposób dodatkowe obciążenie spowodowało załamanie się pokrywy śnieżnej, w wyniku którego kilkanaście ton lodu-śniegu ruszyło w dół przytłaczając przebywające pod śniegiem osoby. Spośród zwałów wydobyto trzy osoby; kobieta zmarła w parę minut później, chłopca i młodego mężczyznę odwieziono do szpitala z ciężkimi obrażeniami miednicy oraz kręgosłupa.
    15 lipca 1965 r. dwoje turystów z NRD wybrało się na Rysy. Oboje w sandałkach. On w koszuli z krótkim rękawem, ona w cieniutkim sweterku. W czasie zejścia dziewczyna potknęła się i doznała kontuzji stawu skokowego. Była bardzo ładna – pamiętam to – i mile zdziwiona honorami oddawanymi jej przez dziesięciu mężczyzn. Właściwie to chłopak bardziej od niej nadawał się do transportu, ubrany bowiem jak na plażę, zmarzł biedaczysko solidnie, ale nikt z nas nie miał ochoty otulać go kocem, wszystkie przeznaczyliśmy dla dziewczyny. Elke dziękowała nam uśmiechami. Nastrój był przyjemny, no, może najmniej dla Michaela – lecz szybko zgasł.
    Rannej zrobiono zastrzyk znieczulający i przygotowano do transportu. W czasie przygotowań, ze ściany nad Rysą urwała się lawina kamienna, która przeszła przez ratowników, nie wyrządzając im żadnej szkody – tyle zapis w „Księdze wypraw”. Byłem tam i pamiętam nie tylko uśmiech dziewczyny, ale i grzmot. Tak, myśleliśmy, że to grzmot. Wtem E. Strzeboński krzyknął: Lawina! Pierwszy odruch – wtulenie głowy w ramiona, ale drugi – zasłonić sobą ranną. Przeczytałem to zdanie i wydało mi się ono sztuczne. Jak to? – może zapytać ktoś. – Na siłę nam się chce wmówić, że własnym ciałem... i tak dalej? To dobre w filmach. Co mogę napisać innego prócz tego, że widziałem, jak paru ratowników stojących najbliżej rannej osłaniało ją sobą. Jednym z nich był A. Janik, drugim chyba Z. Jabłoński, gdzieś bardzo blisko nich dostrzegłem E. Strzebońskiego. Tak było. Aby wszystko to nie wydawało się ckliwe i nie trąciło bohaterszczyzną – dodam, że Michaela nikt jakoś nie osłaniał.
    Gdy ustał hurkot, można było przystąpić do transportu na wózku alpejskim. Jeszcze potem dwukrotnie łomotało nad nami, ale byliśmy coraz niżej, aż wreszcie stanęliśmy nad wodami Czarnego Stawu. Świtało.

Na podstawie książki "Wołanie w górach"



Zdjęcia: Andrzej Kojder



© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA