Strona główna / nr 3 (9) - LATO 2006 / AFRYKA – MAROKO – ATLAS – PRZYGODA
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
AFRYKA – MAROKO – ATLAS – PRZYGODA

Jerzy Bogusław Nowak

Podmiejski autobus, pełen mieszkańców okolicznych wiosek, co rusz zatrzymuje się. Sprzedawca biletów, zręcznie balansując między podróżnymi, śpiewnym arabskim, wykrzykuje nazwy kolejnych przystanków. Mijamy Kazbę dominującą nad Agadirem.
Ogromny napis na zboczach dawnej portugalskiej twierdzy Allach, król, ojczyzna widać z daleka. Z drugiej strony port rybacki z kołyszącymi się na wodzie łodziami. Obok sylwetki starych już nikomu niepotrzebnych trawlerów. W towarzystwie kolegi Janusza Bociągi, przedstawiciela krakowskiej Temidy i inicjatora wyprawy, podążamy z Agadiru ku Atlasowi.
Jego południowo-zachodni kraniec, właśnie w okolicach Agadiru, „dotyka” Atlantyku. Nieco zamyślony spoglądam na ocean. Rozwiane grzywy fal, niczym tabun dzikich koni, pędzą ku brzegowi. W drodze powrotnej, delikatnie pieszcząc, biały piasek, dzikiej plaży.
Wysiadłszy z autobusu zanurzamy się w pobliską wioskę. Kolorowe domki, niczym klocki lego, usadowiły się na zboczach Atlasu.
Przystaję, by „sklarować” paski moich aparatów, a trekingowym kijom nadać odpowiednią długość.
Ruszam poszukując oczyma Janusza. Nijak nie mogę go dostrzec. Miejscowi pytani o „big mena” wzruszają bezradnie ramionami. Pewnie się zaraz znajdzie. Po chwili, idę przez wioskę w asyście roześmianej gromadki uczniów, miejscowej szkoły. Okazują mi serdeczne zainteresowanie. Cukierki, którymi częstuję, szybko znikają w ich ustach. A „big mena” jak nikt nie widział, tak nie widział.
Idący obok mnie chłopiec znienacka pyta:
- Country?
Odpowiadam wyuczoną formułką.
- Ana men Bulanda.
- Holanda?
- No Holanda. Bulanda - odpowiadam. Dla pewności dodając:
- La Polonge.
Po chwili aprobującej ciszy mój rozmówca całkowicie mnie zaskakuje.
- Varsovia – Cracovia.
- Okey, okey – potwierdzam rzetelność wiedzy mojego arabskiego przyjaciela. Jest zadowolony. Odwzajemniam się tym samym.
- Rabat – Fez – Meknes – Marakesz.
- Yes, yes - śmieje się uradowany.
Towarzysząca mi gromadka dzieciaków maleje. Co chwilę któreś z nich ciepłym Sava żegna mnie, udając się do domu. Wioska się kończy. Mijamy jej ostatnie zabudowania. Pozostaje już tylko w towarzystwie mojego rozmówcy i jego kolegi. Korzystając z ich uczynności, robię zdjęcia banerom moich sponsorów, na tle pierwszych wzniesień Atlasu.
Zwijam banery rozglądając się wokół. Zamiast poszukiwanej sylwetki Janusza, dostrzegam starca biegnącego w moją stronę. Brutalne
- no Amerika, no terrorist - wydobywające się z jego ust, kładzie kres zdjęciowej sesji. Szybko pakuję plecak. Leżące na ziemi aparaty dopada noga napastnika. Kopie je powtarzając jak mantrę „no Amerika, no terrorist”. Moją informację, że jestem „Bulanda” puszcza koło uszu.
Najwyraźniej ma swoją teorię i zamierza się jej trzymać. Wyczynom nóg agresora, daje stanowczy odpór. Jedną ręką naprzemian chwytam jego nogi, drugą chowam aparaty do plecaka. Starzec dalej wykrzykując pokazuje palcem na Atlantyk. Prawdopodobnie życzy sobie, bym wrócił tam, skąd przyszedłem. Utwierdzam się w tym przekonaniu próbując iść w górę. Starzec energicznie zagradza mi drogę. O naruszeniu jego cielesności nie może być mowy. Pewnie tylko na to czeka. Wiem, że nie mogę dać się sprowokować. Moim zmaganiom z fanatycznym starcem przygląda się wcale nie mała „widownia”.
Próby nakłonienia wieśniaków do krucjaty przeciw „niewiernemu”, nie skutkują. Choć mój „adwersarz” niezwykle sugestywnie pokazuje, jaki pożytek można zrobić z kamieni. Rad nie rad rozpoczynam odwrót. Idę jednak bardzo wolno i dystyngowanie, wymachując trzymanymi w rękach kijami. Doprowadzam tym starca do kolejnego ataku furii. Ponadto, odnoszę wrażenie, że sympatia wioski jest po mojej stronie. Starzec nie daje jednak za wygraną. Znika, by po chwili pojawić się w towarzystwie młodzieńca z samochodem. Wykrzykując car, Police namawia mnie bym z nimi udał się na posterunek policji. Ignorując jego propozycję, pozostawiam za sobą ostatnie domy.
Głos starca zwolna zanika, a jego postać ginie wśród dorodnych kaktusów.
Schodzę nad ocean.
Teraz dopiero uświadamiam sobie, że nie pływałem jeszcze w Atlantyku. Pora to uczynić.
    Temperatura wody idealna – do hartowania. Skutkiem czego moja wizyta w oceanie ma charakter kurtuazyjny. Po chwili siedzę na brzegu, wygrywając zębami nieznaną melodię. Kilka minut później, w rytm fal uderzających o brzeg, idę plażą na południe. Zatoczywszy duży łuk, ścieżką bezpiecznie odległą od wioski, znów podążam ku górze. Mijam tubylca jadącego na ośle i kobiety ubrane w czarne galabije. Jestem coraz wyżej. Prowadząca mnie ścieżka najwyraźniej zmierza ku pierwszej widocznej kulminacji. Wejście na nią nie przysparza mi kłopotów.
    Rozglądam się wokół w nadziei spotkania Janusza. Bez powodzenia. Lecz cóż to? Nie wierzę oczom. Na sąsiednim wyższym szczycie stoi „mój” starzec. Tyle tylko, że bez galabiji. Jego nieruchoma sylwetka nie zwiastuje nic dobrego. Patrzy w moją stronę. Szybko rozstaję się z myślą by wrócić nad ocean. Ciekawość wraz z chęcią przeżycia przygody, w potyczce z rozumem zwyciężają. Ruszam przed siebie. Szybko mijam przełączkę między szczytami i pnę się energicznie ku górze. Po dwudziestu minutach jestem na szczycie. A starzec gdzieś się rozpłynął. Ki diabeł? Bawi się ze mną w ciuciubabkę? Rzecz szybko wyjaśnia się. Mój antagonista odnajduje się. Tyle, że na kolejnej wyniosłości grani. Z ogromną determinacją ruszam ponownie w górę. Tym razem trawersem, by zaskoczyć starca od tyłu. I gdy pewien sukcesu, wchodzę na szczyt, znowu doznaję rozczarowania. „Mój duch” zgodnie z regułami gry przez siebie ustanowionymi, patrzy na mnie z góry, niczym Winnetou na blade twarze, w  powieściach Karola Maya.
    Ten scenariusz powtarza się jeszcze kilka razy. Wobec czego zmieniam radykalnie taktykę. Schodzę wolno ku małej depresji. I gdy znikam z pola widzenia mojego „obserwatora” niemal biegiem, tak szybko jak potrafię, w linii prostej podążam ku górze. Moje zdziwienie sięga przysłowiowego zenitu. Powyżej mnie na skalanej półce stoi ktoś, kogo nie znam. Na pewno nie mój prześladowca.       Oddycham z ulgą, przyjaźnie machając ręką. Nieznajomy stoi bez ruchu. Podchodzę bliżej.
    -Salam alejkum.
    - Alejkum salam - odpowiada. Wyciągam dłoń do powitania. Pokazując na siebie przedstawiam się. Nieznajomy czyni to samo.
    - Aourir Omar - powiada uśmiechając się. Mój zdyszany oddech wraca do normy. Częstuje go cukierkiem. Przyjaznym gestem wskazuje na grań. Krótkim okey przystaje na jego propozycję. Idziemy w milczeniu podziwiając piękne panoramy. Chwilami mam wrażenie, że spotkałem strażnika gór. Niecodzienność spotkania i jego zagadkowe milczenie, tę pełną tajemnej aury tezę uprawniają.     W najwyższym punkcie grani zatrzymujemy się. Mój przewodnik siada na kamieniu, mnie podsuwając drugi. Siedząc nad potężnym urwiskiem delektujemy się wspaniałymi widokami.
    Samotna limba niczym sosna na Sokolicy, mocno ponad urwisko wychylona, spogląda na położoną u podnóża Emereszesz’u, dolinę rzeki Tamarhakht. Emereszesz to nazwa szczytu na którym siedzimy.
    - Bulanda - pokazuję na siebie.
    - Bulanda - powtarza ze zrozumieniem Omar.
    - Berber no Arabic - informuje mnie. Wszystko jasne. Tak jak i to, że Aourir to nie tylko jego nazwisko, ale także nazwa osady, w której mieszka. Dłonie złożone jak poduszka pod głowę o tym informują. Wskazuję pytająco palcem na szczyty otaczające dolinę. Omar za pomocą gałązki objaśnia panoramę. Od północy dwa szczyty Aoria i Tamerut. Między nimi wstęga drogi wiodącej do zagubionej w górach wioski Imouzzer, znanej z czwartkowych „suków”, podobnie jak słynne Pisac w Andach, przyciąga wieśniaków z dalekich okolic marokańskiego Atlasu od wieków. Hałaśliwi sprzedawcy, ceremonia przybijania ceny, ośli parking tworzą unikalny nastrój.
    Poniżej nich osady Aser i Iminikl. Na wprost sylwetki Tegedir i Azjuna – najwyższego spośród szczytów otaczających dolinę Tamarhakht. Jej centralną część zdominowała osada Igropolus. Na prawo od niej Aourir, w której zamieszkuje „mój przewodnik”, a obok Tamatoza. Ramie opadające od potężnego Azjuna, okupują błyszczące w słońcu przysiółki Ejdżebehnet i Asersi.
    Nasze nogi zwisają nad doliną wyschniętej rzeki Tamarhakht. Domostwa osady, niczym domki z kart, tworzą labirynt małych uliczek.
    Równolegle do rzeki wije się droga. Tuż obok niej znajduje się szkoła. Mikroskopijne sylwetki chłopców, uganiających się za piłką, są ledwo widoczne.
    Między drogą do Imouzzer, a rzeką, soczysta zieleń ogrodów. Wśród nich, niczym parasole na śródziemnomorskiej plaży, palmy. W końcu to Afryka. Wokół Atlas, a z tyłu na przysłowiowy rzut beretem Atlantyk.
    Cisza pokazuje Omar, kładąc palec na ustach. Dorodna kozica w zasięgu naszego wzroku. Nie widzi nas. Wiejący od oceanu wiatr jest naszym sprzymierzeńcem.
    Zza skalnego załomu wyłaniają się młode. Dwie sztuki. Matka w oczekiwaniu na nie skubie trawę. Pewnie uznała, że teren jest bezpieczny i młodym nic nie grozi. Strącony przez nas kamyk płoszy kozice. Kilkoma susami znikają za załomem, zza którego się wyłoniły. Szmer osuwających się kamieni zdradza kierunek ich ucieczki.
    Spoglądam na Omara. Niebezpiecznie wychylony nad urwiskiem pokazuje na duży otwór w ścianie.
    - Young – no – school – silver.
    Rozumiem. W młodości podobnie jak ja często „omijał” szkołę. Szukał skarbów. W tym wypadku srebra. Zaczynam go rozumieć. Pewnie nie srebra teraz szuka. Jeśli już, to czegoś co jest echem tamtych lat i pasjonująca podróżną w krainę młodzieńczych wspomnień. A zatem jest strażnikiem tajemnicy. Podziw dla jego pasji i umiejętności wspinaczkowych, niezbędnych, aby do otworu się dostać, wyrażam krótkim – champion. Śmiejemy się obydwaj. Z trudem namawiam Omara do zdjęcia.
    Pokazuje na ocean i w kierunku Agadiru. Zrozumiał, że chcę wracać. Rusza przed siebie pokazując by iść za nim. Meandrując między kaktusami, schodzimy w dół. W miejscu naszego spotkania żegnamy się. Ciepłe „szukram” wraz z cukierkiem służy za całe podziękowanie.
    Idę wolno w dół, co chwilę oglądając się do tyłu. Sylwetka Omara, wyraźnie widoczna na tle niebieskiego nieba, upewnia mnie w przekonaniu o jego tajemniczej misji. Mam wrażenie, że pożegnałem się z kimś bliskim. Tymczasem górską panoramę Atlasu zdążył już zastąpić seledynowy Atlantyk.
    Mimo woli uśmiecham się do wczorajszych wspomnień. Równie niesamowitych, co ryzykownych. Niełatwa decyzja, by w drodze powrotnej z Sahary, dotrzeć do Tafraoute, okazała się słuszna. Choć „zaowocowała” nocną jazdą przez wysokie przełęcze i wąskie serpentyny. Położona w górach Antyatlasu, niczym w krainie tysiąca baśni i legend wioska, sprawia wrażenie raju na ziemi. Malownicze skały, fantazyjnych kształtów ostańce, skąpane wśród kwitnących migdałowców, drzew argan i palm mogą z powodzeniem z majestatem Sahary lub królewskim Marakeszem konkurować. Miasto czarów i magii, tysiąca zapachów i kolorów, grajków, tancerzy, akrobatów, iluzjonistów, zaklinaczy węży, proroków i mistyków; gdzie sacrum z profanum obok siebie „mieszkają” jest zjawiskiem niepowtarzalnie szczególnym.
    W drodze powrotnej spoglądam na ocean. Jego ogrom miast przerażać – uspokaja. Daleko w sąsiedztwie horyzontu majaczy sylwetka statku. Zdaje się stać w miejscu. Widok portu w Agadirze przypomina o końcu eskapady. Sympatyczna załoga hotelu Odysse Park żywo interesuje się tym gdzie byliśmy. Wreszcie spotkanie z Januszem. On także spędził dzień ciekawie i przyjemnie.
    Zastanawiam się jak przebiegłby incydent ze starcem, gdybyśmy szli z razem. Pewnie z goła inaczej. Po pierwsze w kupie siła. A po wtóre, kto wie czy to nie ważniejsze. Niemal nienaganny arabski, którym mój kolega wprawiał miejscowych w niekłamany podziw zapobiegłby z pewnością traumatycznemu przebiegowi spotkania. No cóż. Pewnie tak miało być. Nastał czas powrotu. Samolot, którym lecimy, wzbił się już dawno w powietrze. „Zanurzony” w myślach spoglądam w dół. Z oceanu wyłaniają się wyspy Kanaryjskie. Sylwetka największej góry Hiszpanii Pico de Teide rośnie w oczach. Lądujemy na Teneryfie. Cypel skalny obok lotniska przypomina Gibraltar. Na tym na szczęście kończą się podobieństwa. Tu także kończy się nasza niecodzienna przygoda z Afryką, Marokiem, Atlasem i nie tylko.
© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA