Strona główna / nr 3 (9) - LATO 2006 / SZANSA DLA CIEBIE
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
SZANSA DLA CIEBIE, WYPRAWA WSPINACZKOWA W ANDY PERUWIAŃSKIE

 
Lodowy Raj

Jest luty 2004 r. Na dworze siarczysty mróz i to mnie cieszy. Wchodzę na stopnie domu, aby przywitać się z Alkiem. Wiele o nim słyszałam, świetnie wspina się w lodzie, wraz ze słowackim alpinistą, Juliusem Jakubcem, wydał przewodnik i założył szkołę wspinania lodowego w Słowackim Raju, po drugiej stronie Tatr. Właśnie tu przyjechałam. Wita mnie szczupły, sympatyczny brodacz około 50-tki.

Przy kolacji zasypuje mnie pytaniami:
- Skąd jesteś? Gdzie pracujesz? Gdzie się wspinałaś?
- Co Ty książkę piszesz? – pytam zirytowana.
- Nie, ale kiedyś wspinałem się z dziewczyną podobną do Ciebie. To było dawno, jakieś 15 lat temu. Była pielęgniarką z Wrocławia...
- ...bo to była moja siostra, a Ty musisz być Ali z Rusinowej Polany. – dopowiadam zaskoczona.
Śmiejemy się oboje. Zaczynamy wspominać beztroskie czasy spędzane w sercu Tatr, na polanie w góralskim szałasie, z żywiołami za pan brat. Wspominamy też ludzi, którzy odeszli: Pecol, Kotwica, Darek...
            Następnego ranka wyruszamy w śnieżno-lodowy raj. Idąc zamarzniętym korytem rzeki, mijamy otulone świeżym puchem świerki. Pokonujemy zwalone konary drzew, przeręble, a potem drewniane pomosty i metalowe drabinki. Zamarznięty wodospad robi na mnie wrażenie. Połyskuje w słońcu i kusi żeby go spróbować. Szybko się uczę nowej techniki wspinania, raki – dziabki, raki – dziabki, pionowo i w górę. Wysiłek przynosi radość.
- To jest lepsze niż sex! - stwierdzam zmęczona w trzecim dniu wspinaczki.
            Wieczorami, w gronie przyjaciół, snujemy  plany wspólnej wyprawy. O wyborze góry decydują nasze marzenia oraz możliwości finansowe. Sen o wielkiej lodowej ścianie, sen o najpiękniejszej górze świata, sen o  Alpamayo ma się spełnić. Jedziemy do Peru: Staszek, Alek, Piotrek i ja.
Napęd na 4 koła
Na sześć tygodni przed wylotem dzwonię do Stacha, kierownika wyprawy:
- Miałam wypadek samochodowy... Uraz kręgosłupa...
-  ... Jak się czujesz? Jak to się stało?
Opowieść o zdarzeniu zamykam załamanym głosem:
-     Chyba nie pojadę...
- Jesteśmy zespołem!  Aby samochód jechał musi mieć 4 koła. Każda osoba jest ważna!
Zawiadomię kolegów. Będziemy w kontakcie. Wracaj  szybko do zdrowia.
Chwilę potem telefony od kolegów:
- Ja Cię znam, Ty  pojedziesz  nawet z nogą w gipsie.
- Dasz radę! Jesteśmy z Tobą!
Pojechałam... z kołnierzem Schantza w plecaku i zestawem przeciwbólowym. Pojechałam też z przekonaniem, że w razie potrzeby, mogę liczyć na moich przyjaciół. W górach rodzi się specyficzna przyjaźń. Jest to zaufanie i poczucie bezpieczeństwa w dobranym zespole. Ludzi związanych liną łączy wspólny trud i radość zwycięstwa. Łączy też wyczuwalna nić porozumienia, kiedy w chwili zagrożenia lub porażki, rozumiemy się bez słów.  Wymiana krótkich spojrzeń oznacza wówczas:
- Mam do Ciebie pełne zaufanie.
- Możesz zawsze na mnie liczyć.
To luksus o jakim może marzyć większość ludzi, tam w dolinach, w pogoni codziennych spraw. 
Nasz zespół
Jak przystało na dobry wóz, za kierownicą zasiadł człowiek z największym doświadczeniem:
Stanisław Proszak z Rzeszowa – kierownik wyprawy, wytrawny przewodnik górski, taternik, alpinista i himalaista, wspinający się od 20 lat latem i zimą, najwyższy osiągnięty szczyt - to Aconcagua, 6 962 m n.p.m. w Andach,
Pilotem kierowcy został:
Aleksander Michalicki z Rymanowa Zdroju – instruktor wspinania lodowego, taternik i alpinista z 20-o letnim doświadczeniem, najwyższy szczyt –  to Elbrus 5 633 m n.p.m. w Kaukazie,
Pasażerowie:
Piotr Polak z Wadowic – prezes firmy „Drewex”, głównego sponsora wyprawy, alpinista, najwyższy szczyt – to Island Peak 6 189 m n.p.m. w Himalajach,
Anna Borecka-Pasek  z Wrocławia – alpinistka, wejścia na Mont Blanc, oba wierzchołki Elbrusu, najwyższy osiągnięty szczyt - to Aconcagua  6 962 m n.p.m.
Każdy z nas miał podwójną rolę do spełnienia: udział w przygotowaniach i aktywna rola na wyprawie. Stachu był doskonałym organizatorem i kierownikiem. Alek współpracował z mediami i sponsorami. Na Alpamayo miał poprowadzić nową drogę. Piotr wspierał finansowo budżet wyprawy. Zapewniał też kontakt ze światem przez łączność satelitarną. Moim zadaniem było nauczenie się języka hiszpańskiego i rola tłumacza w kontaktach z peruwiańczykami, którzy mówią tylko w rodzimym języku. 
Mogłabym tu mieszkać
Po 28 godzinach podróży wreszcie jesteśmy w hostelu Julio Cesar’s. Za nami kilkanaście godzin lotu z międzylądowaniem na małej wysepce Bonnaire na Antylach Holenderskich. Ciężkie wilgotne powietrze, silny wiatr i nieprawdopodobny upał sprawiają, że przejście 200-metrowego odcinka przez rozgrzaną płytę lotniska wydaje się wyczynem. Na szczęście na lotnisku jest klima i zimne piwko. Lima wita nas nocą i osaczającymi ludźmi, którzy przekrzykują się nawzajem oferując swój transport. Poznaję Teresę, licencjonowanego przewodnika, która pomaga nam dostać się na dworzec autobusowy. Stamtąd po sprawdzeniu bagaży podróżnych, sfilmowaniu każdego pasażera, wsiadamy do autobusu, gdzie zamykają nas na klucz – dla bezpieczeństwa. W  Huaraz liczącym 50-tys. mieszkańców, czuję się jak w domu. Tylko z okna na piętrze widok zapierający dech. Ponad miastem domów z palonej gliny i sterczących drutów zbrojeniowych z wiecznego placu budowy, ponad dachami, na których widać kury i śmieci, i wylewaną  na ulice pianę w wypranej bielizny, ponad tym wszystkim górują białe, majestatyczne szczyty masywu Cordiliera Blanca. Tam udamy się za kilka dni, a tymczasem podziwiamy łunę wschodzącego słońca nad mierzącym 6768 m n.p.m. Huascaranem.
Z poziomu morza jestem na wysokości 3 200 m w przytulnym hoteliku, w słoneczny dzień, z widokiem na ośnieżone pasma. Czuję błogi spokój i ukojenie, ten rodzaj wewnętrznej ciszy, który towarzyszy mi tylko w górach. Po tę właśnie ciszę podążam dalej i wyżej. Aż nie chce się stąd wychodzić. Mogłabym tu mieszkać i patrzeć...  

Peruwiańska góra narodowa

Pisco – to rodzaj miejscowej wódki i narodowy szczyt. Warto spróbować – tego drugiego. Dla nas miała być górą aklimatyzacyjną, łatwym trekkingiem do wysokości 5 752 m. Po obrywie seraków stała się górą alpinistyczną. Cztery wyciągi w przewieszonym śnieżno-lodowym terenie, oznaczały wspinaczkę z użyciem specjalistycznego sprzętu do wspinania i asekuracji. Tylko dobry sprzęt, doświadczenie alpinistów i zgrany zespół mogą zapewnić bezpieczeństwo w górach. Na czynniki pogodowe nie mamy wpływu, ale mamy bagaż górskich doświadczeń, który pozwala minimalizować ryzyko. To dzięki tym „garbom” pokonywaliśmy szczeliny przykryte nocą, a w dzień mogące pomieścić nawet autobus. Wspinaliśmy się we mgle przy wejściu i palącym słońcu w zejściu. Na szczycie stanęliśmy we czwórkę: Piotr, Stachu, ja i Laco, Słowak którego poznaliśmy w Limie. Po powrocie z Pisco wypiliśmy peruwiańskiego szampana, którego dostaliśmy od Alka. Szkoda, że nie mógł być z nami.

Sen o wielkiej ścianie

Aby dotrzeć do bazy pod Alpamayo, na wysokość 4 200 m, trzeba odbyć podróż drogą zaczepioną na górskim zboczu, z widokiem na wstążki rzek, gliniane wioski i szachownice pól, położone do 2 000 metrów poniżej. Kręta szutrowa droga wije się przez 25 km, dostarczając nam 25 km niezapomnianych wrażeń i widoków niczym ze śmigłowca.  Potem jeszcze transport bagażu na mułach i przejście 36 km w spiekocie, w zaduchu, w kurzu. W bazie rozbicie namiotów w środku nocy, ale przy świetle wschodzącego księżyca. Jeszcze tylko trzeba rozpakować bagaże, przynieść wody z potoku na herbatę,  zjeść cokolwiek i spać. Rano można by się napić herbaty, ale... woda wyschła. Nie mogłam uwierzyć, czyżby śniło mi się, że stąd nabierałam w nocy wodę. Cóż, trzeba zejść do potoku poniżej. W bazie czekała nas jeszcze jedna niespodzianka. Księżyc w pełni był wróżbą... załamania pogody. Przez 6 dni spadło metr śniegu, lawiny schodziły co chwilę, nie pytając o porę dnia i nocy. Huczało jak w dyskotece. Po pewnej stabilizacji pogody czekał nas wymarsz do bazy wysuniętej na 5000 m po depozyt – sprzęt, który wynieśliśmy tam kilka dni wcześniej w nadziei na wielką ścianę. Cel naszej wyprawy zrealizowaliśmy w 50%. Zdobyliśmy Pisco, lecz nie podjęliśmy się wspinaczki na  mierzące 5 947 m Alpamayo, bo ryzyko było zbyt wielkie. W tym czasie w Andach zanotowano największe od 60 lat opady śniegu.

Nie lubię powrotów

Dla mnie Góry są to skały, w które ludzie wpisali legendy. Taką legendę, a właściwie mroczną historię ma najwyższy szczyt Peru, Huascaran. W latach siedemdziesiątych z jego północnego zbocza zeszła lawina, która w ciągu 2 minut przykryła lodem, błotem i kamieniami 18 000 ludzi w miejscowości Yungay. Tam zamiast miasta jest teraz symboliczny cmentarz.

Ludzie zawsze będą chodzić w góry, dla wyczynu i zmęczenia,  dla palety barw i całej gamy emocji, i po prostu dlatego, że góry istnieją i zawsze są poza dobrem i złem. I jeszcze dlatego, że do gór się wraca jak do domu, po drodze spotykając Ludzi, którzy nie pozostaną nigdy obojętni. W górach odkrywamy siebie i to co jest najważniejsze – odkrywamy drugiego człowieka.

Męski sport

Alpinizm jest trudną dyscypliną sportu. Wymaga pełnego zaangażowania, stałego doskonalenia swoich umiejętności, gry zespołowej i tego co najważniejsze – odpowiedzialności za siebie i za życie partnera.

Alpinizm uważany jest często za niebezpieczny sport, dla ludzi lubiących ryzyko. Jest w tym wiele prawdy. Prawdą jest również to, że alpiniści wspinają się w zespołach, ze wzajemną asekuracją w trudnym terenie, w kaskach i przy użyciu atestowanego sprzętu, i statystycznie rzecz ujmując, mają rzadziej wypadki w górach niż turyści. Ludzie gór biorą pod uwagę zmieniające się  warunki pogodowe. Nie narażają bez potrzeby swojego zdrowia, bo nad wyraz kochają życie i wolność. Natomiast w górach wysokich wspinają się najlepsi.

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA