Strona główna / nr 4 (10) - JESIEŃ 2006 / ZA KOŁEM POLARNYM
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
ZA KOŁEM POLARNYM

Szczyty Uralu Polarnego lśnią w słońcu niczym lodowe zamki. Niemego zachwytu pełni, wraz z przyjacielem Zbyszkiem Bieniem podążamy na rakietach w śnieżnobiałą dal. Choćby na zawsze, choćby bez końca.
    Ślady białego zająca niczym węzełkowe pismo Inków, zagadkowo układają się na śniegu. Beztrosko pasące się stado reniferów przesuwa się ku tundrze. Gwiazdki śniegu, brylantowym perłom korali podobne, zalotnie uśmiechają się i wdzięczą, co rusz pąsem konfuzji oblewane.
    Flotylla chmur majestatycznie wędruje po niebie. Chylące się ku ziemi słońce, szpalerem krzyczących promieni oświetla góry. Uralowa grań wyraźnie kontrastuje z granatowym niebem.
    Leśno - tundrowy zagajnik, szalem nostalgii otulony, sprawia wrażenie nieobecnego. Zastygła lawina udaje, że nic się nie stało. Widoczna w dali przełęcz, mami pozorną ciszą. Głębokie westchnienie wiatru, wyraźnie temu przeczy. Zdradza bliskość oceanu i rychłą zmianę pogody.
    Muzyka przesuwanych po śniegu wypożyczonych z Centralnego Ośrodka Turystyki Górskiej w Krakowie rakiet, koi zmęczenie. Niosą nas tak, jak od wieków noszą mieszkańców północy. Równie dzielnie poczynają sobie Zbyszkowego pomysłu sanie. Sunąc za nami niemal bezszelestnie, subtelnie znaczą przebytą drogę. Choć zarówno im, jak i nam przychodzi to coraz trudniej.
    Jesteśmy przecież za Kołem Polarnym. W pobliżu Oceanu Arktycznego. Zdjęcia z napisem: Europa - Azja, zrobione dwa dni wcześniej, nie budzą wątpliwości. Zmęczenie wyraźnie wkrada się w nasze ruchy. Są coraz mniej sprężyste, a oddech coraz płytszy. Oczy nieustannie poszukują miejsca na biwak.
    - Tutaj? - pytająco spoglądam na Zbyszka? Po chwili pokonując zmęczenie, ubijamy śnieg.
    Na jako tako wyrównanym plato rozbijamy marabutowy namiot. K-2 to brzmi dumnie. Opromieniony zasłużoną, nie tylko himalajską sławą spisuje się tak, jak przystało na członka elitarnego klubu.
    Narowisty wiatr staje w poprzek naszym zamiarom. Z trudem stawiamy namiot. Chwilę potem, zmęczeniem pokonani, odpływamy do krainy ciszy i spokoju.
    Ranek zastaje nas w drodze. Na skrzydłach satysfakcji niesieni podążamy do wylotu doliny. Wiszące nad nami nawisy czekają na właściwy moment. Nienaturalnie piękny masyw Raisy zamyka horyzont. Blady księżyc w drodze do sypialni błąka się po niebie. Słońce zdziwione jego obecnością zdaje się go nie dostrzegać.
    Tundrowe krzewy za polarny lasek zającom, lisom i wilkom służą. Ich wzajem krzyżujące się ślady wyraźnie to potwierdzają. Nasza dolinka dociera do dużej śródgórskiej depresji.
    Nie do wiary, toż to domy. Dwa psy niczym komitet powitalny, wesoło ogonami merdając, zbliżają się do nas.
    - Baks, Den, sidiet! - stanowczy głos mężczyzny w kożuchu osadza psy nieomal w miejscu. - Wołkow Michaił Wasilewicz, gawari Misza - donośnym głosem przedstawia się nieznajomy. Czynimy to samo, wyciągając dłonie do powitania. Zaprasza do siebie i nie pytany szybko zaspakaja naszą ciekawość. Tędy biegnie linia kolejowa Workuta - Łabytnangi.
    - Jestem monterem torów. Sprawdzam je codziennie, a w razie potrzeby naprawiam przekładnie i zwrotnice. W tym celu codziennie przemierzam po torach wiele kilometrów. Bez względu na pogodę. W kurniawie, zadymce i śnieżycy na piechotę, a jak to nie możliwe, to specjalnym pojazdem. Moja żona Irina mieszka w Incie z córką Jewgienią, która jutro, 10 kwietnia, kończy 19 lat. Ja pochodzę z południa, z Baszkirii. Byłem 8,5 roku na wojnie. 23 lata przepracowałem w kopalni.
    - Co tu zatem robisz? - pyta Zbyszek.
    - Przyjechałem podobnie jak inni, zwabiony bardzo dużymi zarobkami. Dzisiaj to już tylko wspomnienie, a pracować trzeba. Chodźcie, poznam was z innymi.
    - Wasilij Piotrowicz, poznajcie się - mówi Misza. - To Polacy, wędrują na rakietach śnieżnych po Uralu Polarnym. Chcą też przejść na nich przez rzekę Ob.
    - Miło mi - mówi właściciel skutego lodem wagonu.
    - Myślę, że po powrocie do Polski powiecie, że u nas jest pięknie i można na nartach i rakietach wędrować, tak jak wy to czynicie. A o nocleg nie trzeba się martwić.
    - Nocleg znajdzie się także u mnie - mówi Sapełkin Siergiej Wiaczesławowicz (Sieroża) - coś przygotuję.
    - I u mnie - mówi Tamara. Pracuje także na kolei.
    Z przetargu u kogo mamy spać zwycięsko wychodzi Misza.
    Ale wcześniej odwiedzamy wagon Piotrowicza. Ku naszemu zaskoczeniu, nie dość, że przytulny, to jeszcze pełen sympatycznych gości.
    - Sieroża, Jura, Alosza - recytują swoje imiona goście.
    Lista naszych znajomych rośnie. Podobnie jak zainteresowanie nami.
    Informacja o naszej wędrówce na rakietach i zamierzone przejście Obu robi na nich wrażenie.

Zapraszają do Łabytnangi. Zaproszenie przyjmujemy.

Tu korzystają z rozkoszy szusowania na nartach.

Póki co, żegnamy się udając na nocleg do Miszy.

Specjalną miksturą produkcji Miszy podlewamy nasz nocny rozgawor. Widać, że przypadliśmy mu do gustu. On nam też.

Słowiańskim duszom nocy za mało, by człowiek człowieka wysłuchał i zrozumieć potrafił. Skutkiem czego, opowieść Miszy o jego ukochanej Baszkirii zamienia się w jeden niekończący się monolog. Tu i ówdzie westchnieniami do stron ojczystych przerywanym.

– Czy widzieliście kiedy kwitnący łan słonecznika? Czy wiecie, jak pachną sady w Baszkirii? Musicie tam pojechać. Zapraszam. Choć tu też jest pięknie. Czy jest takie drugie miejsce na świecie? Gdzie jest taka cisza? Gdzie są takie góry?

Dniało, gdy powieki nasze z grawitacją dzielnie walczącprzegrały.

Rankiem w towarzystwie Sierioży Sapielkina wyruszam na poszukiwanie zagubionej taśmy. Znajdujemy ją bez trudu.

– Tylko nie zapomnij napisać, że u mnie za rok będzie można spać – przypomina Sierioża w drodze powrotnej.

– Napiszę. – O kim miałbym pisać, jak nie o was. Spakowani i gotowi do wymarszu żegnamy się z załogą bazy nieumarłych.

– Den, Baks, nie nada – strofuje czworonogi Misza.

Wzrokiem pełnym nostalgii ogarniam okolicę. Dopiero teraz zauważam, iż dachy domów ledwo ze śniegu wystają. Mam też wrażenie, podobne Zbyszkowemu, iż znamy tych ludzi od dawien dawna. Zadzierżgniętą znajomość manifestujemy gorącymi uściskami i podarkami. My wręczamy Miszy balsamy z maścią tygrysią na czele, a on nam mapę Jamalsko – Nienieckiego Okręgu z dedykacją oraz korzeń żeńszenia. Rozmarzony bezwiednie powtarzam za Miszą. Gdzie jest takie drugie miejsce na ziemi?

Raptem ku naszemu zaskoczeniu zaprzęg reniferów niczym taxi na dworcu w Krakowie, z fasonem zatrzymuje się obok nas.

– Dobro pażałowat – nienagannym rosyjskim odzywa się wysiadająca z sań kobieta.

– Witajcie – odpowiadamy.

Mężczyzna odziany w skórzany skafander przywiązuje renifery do swojej ręki. Z sań słychać płacz zakopanego w skórach dziecka.

Młodsza z kobiet tuli je do siebie. Jej eleganckie kolorowe buty wykonane, jak się okazuje, ze skóry reniferów, mogłyby być ozdobą niejednego salonu. Wystająca spod kożucha bluzka pełna kwiecia, jak wiosenna łąka.

I gdy Zbyszek z Miszą i Sieriożą wymieniają adresy, nawiązuję dialog ze starszą kobietą.

Pytam kim są, jak się nazywają, skąd przyjechali i jak żyją.

Moja rozmówczyni, podobnie jak jej rodzina, należy do plemienia hodowców – Nieńców. Jej rosyjskie nazwisko Taiberi Raisa Aleksiejewna.

Mówi po rosyjsku. Jej zięć, który powozi zaprzęgiem, a także jej córka bardzo słabo znają rosyjski. Płaczący w saniach wnuczek ma dopiero 3 miesiące.

Jej rodzina żyje w pięciu czumach – namiotach. Razem 35 osób. Rodzinne stado to 800 reniferów. Pasą się z dala od czum, bez specjalnego dozoru. Rano zabierają renifery do zaprzęgu po drewno w tundrze. Jeżdżą za nim na nartach i saniach. Głęboko pod śniegiem znajduje się mech – chrobotek. W jego poszukiwaniu renifery przemierzają ogromne połacie tundry.

6 listopada Nieńcy obchodzą Dzień Renifera. Pościgi z lassem i wyścigi reniferów to tylko niektóre z tradycyjnych zabaw towarzyszących świętu.

– Wszystko co mamy na sobie i co jest nam niezbędne do życia, pochodzi od reniferów – mówi kobieta.

Nieńcy to także urodzeni myśliwi. Polują na kuropatwy, lisy, zające i wilki, a nierzadko i na niedźwiedzia.

– Podczas krótkiego lata łowimy ryby, zbieramy grzyby, jagody, brusznice – ciągnie dalej opowieść o życiu w tundrze.

Młode reny rodzą się co roku. Ale tylko jedynaki.

– Mam siedmioro dzieci, 3 córki i 4 synów. Wszystkie urodziłam w czumie z pomocą matki mojego męża. Moja córka nazywa się Łaptandier Jekatierina Iwanowna. A wnuczek ma na imię Fiedia. To dla potrzeb administracji rosyjskiej. Daleko stąd, w Workucie mamy skrzynkę kontaktową.

Co pewien czas musimy pojechać do miasta, by zobaczyć, czy władza czegoś od nas nie chce. Właśnie teraz tam się wybieramy – kończy opowieść Taiberi Raisa Aleksiejewna.

Żegnamy się z nieniecką rodziną. Życząc pomyślności deklarujemy, że pisząc o mieszkańcach północy, nie zapomnimy i o nich.

Podczas ponownego pożegnania z Miszą nietrudno było nam oprzeć się wrażeniu, iż nasz znajomy zbyt przesadnie ceremonię tę celebruje. Mówiąc wprost – przeciąga. Rzecz się wydaje, lecz nie od razu.

Spoglądam przed siebie i oczom nie wierzę. Jakieś monstrum, machając czymś na wzór skrzydeł, zbliża się do nas.

Nieustannie wysuwany do przodu taran, wzmaga atmosferę grozy. Perpetuum mobile albo kosmici. Ani jedno, ani drugie. Widać to nie tylko po rozbawionej minie Miszy. Śmieją się także z okna specjalnego tiepłowoza – maszyniści.

– Nu, dawaj – pokazują na nas.

– Zapraszają was do środka – podpowiada Misza. Dwa razy nie trzeba nam powtarzać. Z mozołem, w towarzystwie plecaków, pniemy się po drabinie w górę. W sali silników huk jak w piekielnych czeluściach. Po chwili jesteśmy w kabinie maszynistów.

Przekrzykując pracę silników, witamy się z żywą legendą Północnych Kolei Syberyjskich – Władimirem Litwinowem Anatoliewiczem, ojcem dwóch dorodnych córek.

30 lat kolejowej włóczęgi za Kołem Polarnym – to brzmi imponująco. Mówi, że nie wie, kiedy to minęło.

Pytam krzycząc: – Czy nie żałuje?

Uśmiecha się i po chwili odpowiada, patrząc na mijane góry.

– To najwspanialsza kolej świata. Nie zamieniłbym jej na żadną inną. Proszę. – Pokazuje po chwili na kierownicę, czyżby zapraszał nas do wspólnego prowadzenia tiepłowaoza.

Kolejne „pożałsta” utwierdza nas w tym przekonaniu.

Po chwili dumni ponad normę wszelką, wespół ze Zbyszkiem i Wołodią, prowadzimy maszynę. Patrząc przed siebie, mam nieodparte wrażenie, że tory którymi jedziemy, wiodą prosto do nieba.

A wszystko to w rytm znanej dumki „Niesie Hala wodę” nuconej przez zastępcę Władimira, Siemienowa Siergieja Grigoriewicza. Przywędrował z Ukrainy w te strony 20 lat temu, skuszony dużymi zarobkami. Wiele lat przepracował w kopalni węgla w Workucie. Teraz jest zastępcą maszynisty. Decyzji tej, podobnie jak jego przełożony, nie żałuje.

– Żeby tak jeszcze częściej zobaczyć można było żonę Swietłanę i syna Sergieja – kończy swoją opowieść.

– No, zuchy – odzywa się Władimir. – Chcecie z nami jechać dalej, to zapraszamy. Jeśli jednak, jak powiadacie, wasz kierunek odwrotny, czas się żegnać.

Tak też czynimy. Dziękując za wspaniałą przygodę, obiecujemy o nich nie zapomnieć w syberyjskich wspomnieniach.

Długi górski wał to – duma Uralu Polarnego – Raisa. Jej smukła sylwetka zrobiła niemałą karierę wśród kobiecych imion. Co rusz spotykane swobodnie pasące się stada reniferów, obecnością obcych nie zaprzątają sobie wcale głowy. Leniwie wijącej się rzece Sob, nigdzie nie spieszno. Słynne więzienie Harp nie bez powodu za Kołem Polarnym na syberyjskiej ziemi usytuowano. Wieść niesie, iż wśród pensjonariuszy są również potentaci naftowi.

Wreszcie jesteśmy nad Obem. Jedna z największych rzek świata, razem z Irtyszem 6000 km. Pierwsza od zachodu wielka rzeka Syberii.

Nie dalej jak w ubiegłym roku w mongolskiej tajdze szukałem źródeł Jeniseju. Dzisiaj stoimy nad Obem, niemal w miejscu, w którym wpada do Morza Arktycznego.

Sesja zdjęciowa na Obie poświęcona sponsorom wyprawy odbywa się tylko z moim udziałem. Zbyszek ortodoksyjnie wierny czasom romantycznych wypraw, niechętnie uczestniczy w takich ceremoniach.

Ruszamy. Zbyszek przodem, ja za nim. Odważna hipoteza, że lód pod śniegiem jest wolny od szczelin, pęknięć i otworów, zdaje się być jak na razie słuszna. Śnieg zalegający lód blisko brzegu jest niezwykle głęboki. Mimo rakiet na nogach zapadamy się wyraźnie. W miarę oddalania się od brzegu warstwa śniegu maleje. Marsz staje się mniej uciążliwy.

Idziemy każdy oddzielnie. Po chwili jednak zbliżamy się do siebie, by zrobić kilka zdjęć.

Skutkiem mojej nieuwagi baterie z aparatu wpadają do śniegu. Dwa małe otworki znaczą miejsce ich zniknięcia. Szukanie bateryjek w głębokim śniegu rękoma uzbrojonymi w olbrzymie łapawice, to tak, jakby szukanie przysłowiowej igły w stogu siana. Zbyszek próbuje mi pomóc. Gołą dłonią odnajduje jedną zgubę. Po chwili rozpoczyna heroiczną walkę o palce. Skutki starań są mierne i sytuacja robi się niewesoła. Udaje mi się namówić go na założenie mojej polarsportowej łapawicy. Efekt jest niemal natychmiastowy. Wraca czucie. Palcom Zbyszka już nic nie grozi.

Zadowoleni takim obrotem sprawy podążamy przed siebie, rozkoszując się krainą niekończącej się bieli. Rozpiera nas radość, podobna do tej z przed laty, kiedy spełniło się jedno z naszych marzeń. Weszliśmy ze Zbyszkiem na nartach na kultowy Wysoki Wierch i zjechaliśmy słynnym Płajem Akademickim. Szczęściem odurzeni, w milczeniu i w towarzystwie siarczystego mrozu, wracaliśmy wówczas nocą przez śpiącą, ukraińską wioskę. Księżyc jasną smugą znaczył naszą drogę. Zapiał kur, zaskrzypiał żuraw.

W oknie opatulonej śniegiem chatki zabłysło światło. Pogodna staruszka częstując nas herbatą z żurawinami, zapraszała do pełnego piernatów łoża.

No cóż, dziś ani piernatów, ani łoża. W zamian puchowa pierzyna śniegu i niewidoczna linia horyzontu. Tego właśnie pragnęliśmy. To się nam marzyło.

Znana zasada, by nie czynić marzeniom pogrzebu, sprawdza się co do joty. Odkładana nie z naszej winy wyprawa dobiega końca.

Rozglądam się za Zbyszkiem. Jego sylwetka ledwo majaczy w dali. Idzie zupełnie innym halsem.

Wyciągam aparat, by zrobić slajd alpinusowemu plecakowi i tatrzańskiej blasze. Włóczymy się już razem ponad 10 lat po świecie. Przed nim były inne, równie udane.

– Jak tam? – pytam zbliżającego się Zbyszka.

– Wspaniale – odpowiada. – Lód twardy, rakiety niosą, a o palcach już dawno zapomniałem.

Ruszamy wolno dalej ku niewidocznemu brzegowi. Jego cienka linia wyraźnie dystansuje się od nieba. Wolno wychodzimy na brzeg, oglądając się za siebie. Ślady naszych rakiet i sań dostarczają nam dodatkowej porcji satysfakcji. Męskie uderzenie dłoni z krótkim „dziękuję” spina naszą wyprawę klamrą radości i zadowolenia.

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA