Strona główna / nr 4 (10) - JESIEŃ 2006 / KORONA ZDOBYTA - REKORD POPRAWIONY
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
KORONA ZDOBYTA - REKORD POPRAWIONY!


Góry Świętokrzyskie zdjęcia galeria I

Beskidy, Babia Góra Beskid Żywiecki wschód słońca zdjęcia galeria

Beskidy, Beskid Mały Leskowiec zima w górach zdjęcia galeria

Tatry Mięguszowieckie Szczyty zdjęcia

Tatry Orla Perć, Kozia Przełęcz zdjęcia galeria 4
KORONA ZDOBYTA - REKORD POPRAWIONY!

Stefan Czerniecki

   -Kamil, my już nie dajemy rady. To ponad nasze siły. Wstańmy jutro nieco później. Dajmy na to o siódmej - te słowa Kasi siódmego dnia wyprawy świadczyły o tym, że powoli już się kończymy. Codzienna pobudka o 4:20, szybkie zbieranie bagażu, śniadanko i jeszcze w porannym półmroku rozpoczynanie zdobywania kolejnego szczytu. Czwórka atakujących Koronę Gór Polski stopniowo zaczynała mieć po prostu dosyć. Bicie rekordu ma jednak swoje prawa, do których trzeba umieć się dostosować. Tak też robiliśmy. Niektórzy mniej ukrywali zmęczenie, inni bardziej. I tak np. dopiero w 3 dni po powrocie do domów wyszło na jaw, że Kasia od drugiego dnia wyprawy pokonywała szczyty z nogą nadającą się do usztywnienia. Tak. Pobicie rekordu w zdobywaniu 28 najwyższych szczytów wszystkich pasm naszego kraju wymaga nie lada poświęcenia. Nie lada... Ale po kolei.

Początki

   Pomysł Kamila i Kasi zelektryzował nas wszystkich. Pobić rekord w zdobyciu najwyższych szczytów z wszystkich 28 górskich pasm Polski - to było coś. Dotychczasowy nieoficjalny rekord wynosił 11 dni i 8 godzin. To można było zrobić szybciej. Wszyscy o tym wiedzieliśmy. Wszyscy chcieliśmy, aby nowy rekord stał się naszym udziałem. Ta wspólna pasja doprowadziła do wykrystalizowania się grupy, którą łączyła jedna idea. Zrobić coś szalonego, ale zarazem krzewić turystykę bezpieczną. Przyczynić się do popularyzacji pieszych wędrówek górskich - niekoniecznie po tych najwyższych pasmach - i dać upust naszej pasji, jaką są góry. W skład ekipy weszli: Kamil Marek (kierownik), Kasia Niedźwiedź (z-ca kierownika, piechur), Stefan Czerniecki (piechur), Jan Ufnal (piechur), Grzegorz Wierzbicki (piechur) oraz Wiktor Paul (kierowca). 4 sierpnia zapakowaliśmy 20-letniego Volkswagena i pełni nadziei, ale zarazem i obaw ruszyliśmy, aby spełniać swoje marzenia.
   Jako pierwsza do pokonania - Łysica. Zegar ruszył. Od tej pory wszystko już zaczęło być robione na czas. Stawienie się na wspólnym posiłku, zbiórka w samochodzie, wejście na szczyt... Jednak paradoksalnie w pierwszych dniach to nie kondycja ani zmęczenie były naszym głównym problemem. Stał się nim... samochód. Tak. Wiktor po dojechaniu w Bieszczady ze łzami w oczach oznajmił, że silnik jest na wykończeniu. Chciałoby się rzec „Jak to? Tyle miesięcy starannych przygotowań. Szukania sponsorów, patronów medialnych, szlifowania kondycji. I teraz, kiedy już się zaczęło, kiedy już mamy okazję tego dokonać, na drodze ku wszystkiemu staje coś, na co wpływu nie mamy - maszyna.” Smutek, przygnębienie - trudno wyrazić pierwsze dni wyprawy. Rzucony raz na parę minut żart Wiktora nie pomagał. Wszyscy mieliśmy świadomość, że ten samochód to jego miłość. Że zawodzi on nas, ale przede wszystkim jego. Powoduje, że od tego momentu każde wejście na szczyt, mimo, że udane, pozostawia wciąż niepewność. Czy to wszystko nie idzie na marne? Czy dojedziemy w Karkonosze, aby ustanowić rekord na Śnieżce?

Góry zmienne są...

   Ale od czego w takich momentach są góry. To przecież dla nich tu przyjechaliśmy. I one nas nie zawiodły. Na najwyższym szczycie Beskidu Niskiego, Lackowej, każdy z nas miał okazję zobaczyć swoje widmo Brokenu. O świcie, kiedy przyroda dopiero muskana przez pierwsze promyki słońca, budziła się do życia, te same promyki utworzyły nad cieniem każdego z nas swoistą aureolę. Było pięknie. Krople rosy wciąż wisiały na leniwych gałęziach świerków. Przy bajkowej grze porannego światła zdawać by się mogło, że przyprószone są cieniutką warstewką śniegu. Wszyscy stanęliśmy. Nikt nic nie mówił. To są chwile, w których nawet złośliwość rzeczy martwych nie może nic popsuć. To są góry.
   Kolejne dni zapamiętamy jako wyścig nie tylko z czasem. Do rywalizacji przystąpiła także aura. Uczciwie należało jednak przyznać, że chodzenie w deszczu było wpisane w plan wyprawy. Trudno bowiem spodziewać się w górach przez 9 dni tylko pięknej pogody. Złośliwość natury polega jednak na tym, że ze wszystkich dni na największą ulewę musiała wybrać akurat ten, w którym do pokonania mieliśmy 31 km. Z czym jednak porównać bosy spacer po dopiero co zmoczonej łące górskiej, gdy zza chmur właśnie wychodzi upragnione słońce? Cisza po ulewie w górach jest zjawiskiem niepojętym. Nie próbowaliśmy jej zrozumieć, nawet gdy mieliśmy chwilę przerwy i każdy próbował wziąć coś z tej chwili dla siebie. - Po co się spieszyć, gdy jest tak pięknie! - radośnie krzyczał Grześ, gdy powoli zaczynały wysychać mu rzeczy.

Najtrudniej, bo najludniej

            Trzeciego dnia zaczęły się problemy zdrowotne w drużynie. Kostki Kasi były już tak spuchnięte, że trudno było je dostrzec. U Jasia odezwał się nadciągnięty przed dwoma miesiącami Achilles. Zaś Grzesia zaczęły gnębić zawroty głowy spowodowane wstrząśnieniem mózgu, jaki przeszedł na dwa tygodnie przed wyprawą. Trudno było cieszyć się widokiem Tatr ze szlaku na Turbacz, czy faktem obecności na tak dalece oddalonym od cywilizacji szczycie, jakim jest Mogielica, podczas gdy grupa jest o krok od rozsypki. Tym bardziej, kiedy przed nami dwa najtrudniejsze dni. Wpierw trzeba pokonać Rysy, by zaraz potem przemieścić się i następnego dnia pokonać Babią Górę, Czupel i Skrzyczne. Udało się. Weszli i zeszli wszyscy. O Rysach rozwlekać się nie ma sensu. Dla kogoś, kto w ciągu kilkunastu godzin ma okazję kontemplować ciszę i intymne spotkanie człowieka z przyrodą na Mogielicy lub Czuplu, fakt sprzedaży lodów i chipsów zaraz obok Morskiego Oka jest szokiem, który jest ciężki do zaakceptowania. Tabuny ludzi wjeżdżających busikami i dorożkami na, uważany za najpiękniejszy z polskich zakątków, gryzie się z ideą założenia górskiego parku narodowego. Próżno bowiem podziwiać piękno samotnego Mnicha czy kaskady potoku spod Czarnego Stawu podczas, gdy obok pani w obcasach objada się lodami, zaś ktoś inny właśnie otwiera puszkę piwa. Schodząc z Rysów trudno było dojrzeć kontury schroniska nad Morskim Okiem. Widać było tylko kolorową plamę - mrowie turystów.

„To chyba tu!”

            Pod względem wytrzymałościowym najtrudniejszym wejściem okazał się być szlak na Babią Górę. Nie ze względu na drogę, lecz pogodę. Wypłaszczenie podszczytowe w warunkach ciągłej wichury i deszczu wystawiło nas na prawdziwą próbę. Deszcz zacinał praktycznie równolegle do poziomu. Próżno było się przed nim kryć. Widoczność ograniczała się do 20-30 metrów. – Spadajmy stąd! I to jak najszybciej! – krzyknął Grześ chowając aparat na szczycie i czym prędzej rozpoczął zbiegać w dół. W starciu z wiatrem i ulewą nie wszyscy mieli równe szanse. Ze względu na wątlejszą figurę Kasia parę razy była spychana ze szlaku. Od upadku wielokrotnie uratowały ją kijki. – Jak zejdę, zabiję Kamila za tę górę. Niech mnie zamkną. Mam to gdzieś! – złościła się podczas zejścia na kierownika, dla którego Babia Góra jest nota bene ulubionym szczytem ze wszystkich wchodzących w skład Korony Gór Polski. Piękno gór polega też na ich zmienności. Bo któż z nas mógł się spodziewać, że to, co zmoczyliśmy w drodze na Babią, wysuszy nam słońce oświetlające stoki Skrzycznego?

            Problemem, który pojawiał się kilkukrotne podczas naszej wędrówki było znalezienie szczytu. Nie na wszystkie bowiem prowadził znakowany szlak. W przypadku Kłodzkiej Góry należało w pewnym momencie odbić ze szlaku i po prostu analizując morfometrię okolicy szukać najwyższego punktu. Gdy ktoś w końcu krzyknął z entuzjazmem „To chyba tu!”, okazało się, że w tym właśnie miejscu na drzewie czerwoną farbą napisano „Kłodzka G.”. Gdzie indziej nie było już tak łatwo. Znalezienie repera na Skalniku zajęło nam ok. 15 minut. Okazało się, że jest on schowany w zaroślach, gdzie nie prowadzi żadna ścieżka. Żadnego repera natomiast nie znaleźliśmy na Barańcu oraz na Wysokiej Kopie. Nie było jednak wątpliwości, że stoimy na szczytach. Wszak wszystko się zgadzało: poziomice na mapach przebiegały odpowiednio do tego, co widzieliśmy podczas wspinaczki i były to bez wątpienia najwyższej wyniesione w okolicy punkty. Brak reperów może świadczyć o zaniedbaniu turystycznym niektórych pasm górskich Polski. Podczas gdy masa turystów okala Rysy czy Tarnicę, w drodze na urokliwy Rudawiec nie spotkaliśmy ani żywej duszy. A wejście jest wprost przepiękne! Dolina może równać się z tatrzańską Doliną Małej Łąki. Po jej obu stronach szemrzą strumyki. Część z nich jakby w zwolnionym tempie spływa po zielonych mchach. Wchodząc na szczyt idziemy wąską ścieżką pięknie poprowadzoną między dostojnymi świerkami. Gdzieniegdzie trzeba ominąć wilgotne łąki leśne. Idąc po grani szczytowej widzimy pomiędzy koronami drzew ślicznie niebieskie niebo. Pod nami zaś dorodne jagody, których pewnie nikt już w tym roku nie zbierze. Trudno się oprzeć...

Zmęczeni szczęściarze

            Ostatnie dni to już prawdziwa walka z czasem. Wszyscy chcemy, aby ten rekord był jak najlepszy, lecz jednocześnie, aby nie zapodziać gdzieś naszej głównej idei. Mamy wrażenie, że na niektórych szczytach stajemy się jakby częściami przyrody. Kiedy moczy nas kolejny deszcz, stajemy się w pewnym sensie jego częścią. Kiedy trzeba założyć okulary przeciwsłoneczne, traktujemy słońce jak kogoś, kto z nami bije rekord. Kiedy wchodzimy na szczyt, zaczynamy rozumieć ideę pokonywania w życiu trudności. Zaciskamy zęby, bo już jesteśmy tak blisko. Do poprzednich dolegliwości dochodzą kolejne. Samochód wciąż się trzyma. Mimo że staramy się odepchnąć tę myśl, jednak każdy z nas już wie, że rekord zostanie pobity. Mamy szczęście. Uniknęliśmy burzy. Samochód nas dowiózł tam, gdzie chcieliśmy. I co najważniejsze, na ostatni czerwony szlak na Śnieżkę wychodzimy wszyscy. Część kuleje. Inni psioczą na „basen” w butach. Gdy jednak wszyscy znaleźliśmy się na najwyższym szczycie Karkonoszy doszło do nas, że zrobiliśmy to, na co tyle czekaliśmy. Udowodniliśmy sobie, że warto próbować. Kamil wyłącza zegar wyprawy na dokładnie 8 dobach 12 godzinach i 25 minutach. – Kochani – rzekł – mam przyjemność pogratulować wam pobicia nieoficjalnego rekordu w zdobyciu Korony Gór Polski o 2 dni 19 godzin i 35 minut!

Nie mamy siły się cieszyć. Do nas dotrze to dopiero po paru dniach. Może później.             – Stefan, czujesz zmęczenie? – pyta podczas zejścia Jaś – Bo ja mam już serdecznie dość. Świadomość tego, że jutro nie muszę wstawać o 4:20 i zasuwać na kolejny szczyt jest dla mnie tak kojąca, że nie mogę w nią uwierzyć.- Na dole czeka na nas Wiktor, jak zwykle uśmiechnięty. – Panowie, rekord, nie rekord, ale samochód wytrzymał. Jestem z niego dumny!- I my też. I my też....

Przedsięwzięcie udało się zatem w stu procentach. Pobiliśmy rekord. Zaskoczyliśmy nawet naszego kierownika, który zaplanował wyprawę na ok. 10 dni. Łącznie każdy z piechurów przeszedł 230,5 km, pokonując łącznie 12,12 km przewyższenia. Nasz ukochany Volkswagen przejechał ok. 2500 km. Chodzenie po naszych polskich górach okazało się być nie lada gratką. Okazało się że nie trzeba wyjeżdżać do dalekiej Tajlandii, aby poczuć w górach dzikość i samotność. Miejsc gwarantujących podobne przeżycia jest w naszym kraju aż nadto. Mamy tylko nadzieję, że pozostaną one tak dziewicze jeszcze przez długie lata. A może i na zawsze.

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA