Strona główna / nr 1 (11) - ZIMA 2007 / KIEDY GÓRY ZAPŁACZĄ
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
TATRY TOPR KIEDY GÓRY ZAPŁACZĄ

[ TOPR akcja ratownicza zdjęcia ] [ TOPR akcja ratownicza zdjęcia galeria 2 ] [ Tatry zimą wyprawa TOPR ]
Rok 2001 miał się ku końcowi. Jest 30 grudnia. Na Kasprowym Wierchu zamieć. Chronię się w dyżurce TOPR. Tuż po 13.00 słyszymy w radiotelefonie, że coś dzieje się pod Szpiglasową Przełęczą od strony Pięciu Stawów. Za chwilę wiemy trochę więcej: trójka turystów, nie zważając na III stopień zagrożenia lawinowego (w pięciostopniowej rosnącej skali), wyszła ze schroniska w Pięciu Stawach ku wyniosłej Szpiglasowej Przełęczy. Około południa, gdy byli w Kociołku pod przełęczą, zeszła lawina. Jeden z turystów wydostał się z lawiniska i dotarł do schroniska.
Naczelnik Jan Krzysztof ogłasza alarm: kto może, niech zwija się w Centrali w Zakopanem! Z Pięciu Stawów wyrusza patrol w składzie; Stanisław Krzeptowski Sabała i Jarosław Lech. Z Kasprowego zjeżdżają młodzi i sprawni ratownicy - mogą się przydać w akcji na lawinisku. Zostaje nas trzech, bo ktoś przecież musi pełnić dyżur.
Pogoda uniemożliwia użycie śmigłowca, więc Janek z pierwszym rzutem ratowników jedzie samochodami do Wodogrzmotów. Dalej, Roztoką, trzeba brnąć we wciąż padającym śniegu.
O 14.45 patrol z Pięciu odszukał mężczyznę w zwałach lawiniska. Nie żyje. O 15.30 odnaleziono martwą kobietę.
Zjeżdżam we mgle i kurniawie przez Goryczkową. Martwię się o Staszka, który jest tam, w Kociołku, czuwający przy zwłokach. Poznałem go bliżej dosłownie przedwczoraj. Dyżurował wraz z Bartkiem Olszańskim na Gubałówce. Wciągałem ich obu na opowieści o wyprawach, w których brali udział; przygotowywałem właśnie szóste wydanie "Wołania w górach" i złakniony byłem szczegółów ratowniczej roboty, tym bardzie że wydobywałem je od inteligentnych młodych kolegów, łączących pasje z kontynuowaniem nauki w szkołach wyższych.
W Centrali przejrzałem listę uczestników wyprawy: sami znajomi - od najstarszych po młodzież. Coraz bardziej niepokoiłem się o Staszka i jego partnera. Przecież nie mogą godzinami tkwić na lawinisku, powinni zejść do schroniska - żywi. Co robi Janek? Co ja bym zrobił, gdybym był na jego miejscu? Pewno szedłbym w górę. Po ciała dwojga turystów. Po to, aby Staszek i Jarek mogli wreszcie napić się gorącej herbaty.
Posłuchajmy Adama Maraska, który stara się utrzymać w roli chłodnego kronikarza, ale ja przecież wiem, że Adam był wtedy tam, na tej dramatycznej wyprawie.
Z Pięciu Stawów w kierunku Szpiglasowej Przełęczy wyruszyła 8-osobowa grupa ratowników, pozostali ratownicy wyszli w kierunku lawiniska kilkanaście minut później. Warunki zaczęły się bardzo pogarszać. Padał śnieg, wiał silny wiatr, była mgła ograniczająca widoczność, zapadał zmrok. Ratownicy, brnąc w śniegu, zbliżali się do lawiniska. O godzinie 17.00, kiedy ratownicy; Jan Krzysztof, Maciej Cukier, Grzegorz Bargiel, Henryk Król Łęgowski, Edward Lichota, Andrzej Lejczak, Bartłomiej Olszański, Marek Łabunowicz już prawie dochodzili na próg Kociołka pod Szpiglasową, nagle pękł nad nimi śnieg. Ruszyła lawina, która zabrała ich w dół i prawie wszystkich zasypała. Na szczęście, niektórym udało się wygrzebać spod śniegu głowy i ręce, co pozwoliło im na dalsze odkopywanie. Pierwsi uwolnili się Edward Lichota i Jan Krzysztofi zaczęli odkopywać po kolei pozostałych kolegów, odgarniając śnieg na tyle, by ci dalej sami mogli się odkopywać. Nie można było odnaleźć tylko Bartłomieja Olszańskiego i Marka Łabunowicza. W ruch poszły pipsy (elektroniczne urządzenie sygnalizacyjne - M.J.). Po chwili udało się namierzyć, a później wysondować zasypanych kolegów. Byli pod 2-metrową warstwą śniegu. Po odkopaniu zczęto reanimację. W tym momencie na miejsce wypadku dotarła druga grupa ratowników, którzy przejęli czynności reanimacyjne.
W tym czasie, w Centrali, w Zakopanem zebrała się kolejna duża grupa ratowników. Samochodami i skuterami została ona przewieziona do Pięciu Stawów. Reanimacja kolegów nie przynosiła rezultatu. Kolejne tąpnięcie śniegu i zejście w pobliżu kolejnej lawiny nakazały szybki odwrót z tego miejsca. Transportując w dół swoich kolegów, ratownicy cały czas prowadzili reanimację. Na Wielkim Stawie spotkali się z kolejną grupą ratowników. Znajdujący się w niej lekarze przejęli reanimację, którą prowadzono dalej, po dotarciu do schroniska, już z wykorzystaniem dostępnej aparatury i odpowiednich lekarstw. Niestety, nie przyniosła rezultatu. W czasie akcji ratunkowej śmierć ponieśli ratownicy: Bartłomiej Olszański i Marek Łabunowicz "Maja"*.
Jan Krzysztof w opisie wypadku napisał:
Pomimo stwierdzenia zgonu zasypanych turystów nie podjąłem decyzji o przerwaniu akcji, uznając, że warunki pozwalają na jej kontynuowanie. Wydawała się, że wybieramy optymalną drogę podejścia w celu dotarcia do ciał i oczekujących na nas S. Krzeptowskiego i J. Lecha. Zdaję sobie w pełni sprawę i ponoszę pełną odpowiedzialność za skutki moich decyzji.

Bartłomiej i Marek zostali pochowani z ratowniczymi honorami. Ciała Moniki K., lat 22 i Michała B., lat 27 zwieziono z gór 4 stycznia 2002 r. Zginęło czworo młodych. Czy to wszystko musiało się zdarzyć? Nie, tu nie było żadnego fatalizmu. Turyści popełnili błąb, wybierając trasę swej wędrówki. Zlekceważyli ostrzeżenia przed lawinami. Natomiast kierujący akcją ratunkową miał do wyboru: czekać w schronisku na bezpieczny powrót Staszka I Jarosława, albo pójść w górę. Pytany przez dziennikarzy o moją opinię w tej trudnej sprawie odpowiadałem, ważąc słowa:

            po pierwsze – należy unikać formułowania kategorycznych ocen wydarzeń rozgrywających się w górach, w trudnych warunkach pogodowych, z pozycji obserwatora nieuczestniczącego bezpośrednio w akcji;

            po drugie – nie da się wyeliminować ryzyka z działalności ratowniczej w wysokich górach;

            po trzecie – rozpatrując problem teoretycznie – nawet jeśli kierujący akcją popełnił błąd jakiegoś rodzaju nadgorliwości, nie powinien być za to potępiany,

            po czwarte – stawianie pod pręgierzem za ewentualny błąd nadgorliwości może mieć groźne społeczne następstwa: ktoś inny, stanąwszy wobec niejednoznacznego wyboru, może wybrać opcję nadmiernie zachowawczą, ocierającą się o błąd zaniechania działań w terenie.

            Ratownika dyskwalifikują dwie krańcowo różne przypadłości: z jednej strony ryzykanctwo, zaś z drugiej przesadna lękliwość. Wszystko, co pożądane – mieści się między tymi biegunami; przy czym, im bliżej „złotego środka”, tym lepiej: dla ratowanych i samych ratowników. To oczywiste, że czasem trzeba zaryzykować, rzecz w tym, aby nie pójść za daleko. Ale co to właściwie znaczy: nie posunąć się za daleko! Góry, zima, noc, zawieja – to zmienne tak dynamiczne, że nie ma ludzkiej inteligencji, która mogłaby wyznaczyć optymalny sposób postępowania w danej sytuacji. A przecież i owa sytuacja jest w ruchu. Ktoś przejdzie stromy stok przy III stopniu zagrożenia lawinowego, ktoś inny zostanie pogrzebany już przy I stopniu. Każdy, kto choć trochę zna góry, zdaje sobie sprawę z niejednoznaczności ocen; iść w górę, czy zrezygnować. Tu rzadko kiedy sytuacja pozwala na luksus jasnego wyboru. Szczególnie dotyczy to ratowników. Turysta, narciarz, alpinista może zdać się na rozwój wydarzeń, na przykład na pogodę. Jeśli leje deszcz lub szaleje zawieja, jeśli mgła ogranicza widoczność, jeśli nadchodzi noc – to decyzja jest banalnie łatwa: zostać w schronisku, wycofać się z trasy, umykać w dolinę ku ludziom. Natomiast ratownik ma swoisty przywilej działania niemal w każdych warunkach. A to bywa niebezpieczne.

            Zginęli młodzi ludzie. Ich rodziny zostały ze swoim smutkiem i cierpieniem. Zginęli dwaj ratownicy. Ponieważ znałem ich obu, śmierć odebrałem głęboko. Marek grał jeszcze w góralskiej kapeli na otwarciu wystawy „Błękitny Krzyż, czyli ratownictwo tatrzańskie w piśmiennictwie polskim”, zorganizowanej przez Bibliotekę Narodową i TOPR. Z Bartkiem byłem umówiony na noworoczny obiad w Zakopanem. Wciąż dźwięczała mi Markowa muzyka, powracały do mnie opowieści Bartka o wyprawach, w których uczestniczył, o śmierci dziewczyny i chłopca w masywie Giewontu. Oddając do druku szóste wydanie „Wołania w górach”, nie stać mnie było na techniczny opis tragedii pod Szpiglasową. Chciałem jednak dać wyraz tej swojej bezradności i buntu, i dlatego odważyłem się na taką nietypową wypowiedź, na wiersz zatytułowany „Pożegnanie”. Oto on:


Alarm.
 Klekocze Sokół
Tu! W ścianie. W skalnym kociołku.
Są!
Maszyna drży w zawisie,
na linach zjeżdżają ratownicy.
W skalnej niecce porośniętej bujną roślinnością
pleniącą się na wapieniu
- chłopak i dziewczyna.
Spleceni.
Jakby, spadając, trzymali się za ręce.

Pomylili drogę.
Zaczęli schodzić z wierzchołka wspinaczkową
zachodnią granią
i spadli.
Jak to się stało, że są razem,
nieomal wtuleni w siebie?
Tylko traf zdarzył, że zatrzymali się
tu, w środku ściany, że nie spadli
niżej.

Nie można było ich rozdzielić.
Ułożyliśmy ciała w siatce,
i na "długiej linie", pod brzuchem Sokoła,
do kostnicy.
Mieli po siedemnaście lat - mówi Bartek.

Jest słoneczny, zimowy dzień;
pijemy grzane piwo z sokiem,
mając przed sobą masyw Giewontu.

Wiem, wiem, wiem.
Mamy jako ludzie wolną wolę,
decydujemy - w zasadzie - o naszych wyborach.
Ale gdzie jest Bóg,
którego dziećmi ponoć jesteśmy!
Dlaczego milczał, gdy tych dwoje, dzieci przecież,
skierowało się ku śmierci?
Gdzie był?

Bartek - z uśmiechem - rozkłada ręce,
jakby dziwił się pytaniom siwego.
Marek - z zamkniętymi oczami - gra góralską muzykę
na melodię: Cichoj, stary, nie chciej za dużo.

Dlaczego na to pozwoliłeś?
- jeśli w ogóle jesteś.
A jeśli jesteś, ale po ludku czasem
bezradny - czy zapłakałeś?

Milczysz. To Twoja stała metoda.
Co masz na swoje usprawiedliwienie?
Noc, mgłę, trzeci stopień zagrożenia lawinowego
- powiadasz.
Mówisz - ledwo zrozumiale - o wolnej woli,
przypominasz - mało taktownie - o ratowniczym przyrzeczeniu.
Lepiej już milcz.

Bartek i Marek szli po inną parę,
która lodowaciała w zastygłej lawinie.
Jęknął stok,
stęknęły góry,
pękła pościel śniegu.
Śpią. Tacy młodzi.
Nic nie mów.
Widzę Marka zasłuchanego w swoją muzykę gór,
widzę Bartka opowiadającego o niecce
tonącej w bujnej roślinności.

*A.Marasek, Kronika ratownicza TOPR w 2001 roku, "Wierchy" 2001.
Na postawie "Wołanie w górach" - Michał Jagiełło
Zdjęcia: Andrzej Marasek
 
© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA