Strona główna / nr 1 (11) - ZIMA 2007 / PÓŁNOCNA ŚCIANA MATTERHORNU
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
PÓŁNOCNA ŚCIANA MATTERHORN

 Tragiczna wyprawa Wawrzyńca Żuławskiego i Stanisława Grońskiego na Mont Blanc du Tacul  Zdobycie Eigeru
Niewiele jest na Ziemi gór o tak pięknym kształcie jak Matterhorn. Czworograniasta piramida, obelisk skalny o wierzchołku załamanym nad wschodnią ścianą wyrasta z lodów i śniegów wysoko w niebo: na wysokość 4487 m n.p.m. Ten majestatyczny olbrzym na granicy Szwajcarii i Włoch samotnie odpiera ataki fenu, zawiei i burz. Usytuowany w Alpach w rejonie o największym skupisku szczytów czterotysięcznych Matterhorn stoi sam wyizolowany, jakby natura, jak dobry architekt, chciała wyeksponować swój najdoskonalszy twór.
O ile Matterhorn z zachwytem się ogląda, o tyle niewygodnie się na niego wspina. Jego majestatyczne kształty tworzy krucha skała, która rozsypuje się pod stopami.
Szczyt ten w rozwoju alpinizmu odgrywał ważną rolę. Zdobyto go jako ostatni z alpejskich olbrzymów w 1865 r. pod koniec "Złotej Epoki Alpinizmu" ? okresu dominacji zamożnych Anglików, których stać było na kosztowne wypady w Alpy oraz opłaty za wiodących ich przewodników.
Walka o zdobycie Matterhornu toczyli głównie, niekiedy wspólnie, londyńczyk Edward Whymper oraz Jean-Antoine Carrel uparty góral z Valtournanche. W 1865 r. Whymper przybywa do Zermatt, aby zaatakować Matterhorn po raz siódmy. Także i w tym roku towarzyszyć miał mu Carrel. Tymczasem w rozgrywkę tę włączył się założony w 1863 r. Club Alpino Italiano (CAI), wprowadzając w nią motyw nacjonalistyczny. Jego celem stało się zdobycie przez Włochów Matterhornu W 1865 r. Quintino Sella ? profesor uniwersytetu w Turynie, minister finansów, jeden z największych polityków włoskich tego okresu oraz prof. Felice Giordano ? geolog badający strukturę Alp organizują włoską wyprawę na Monte Cervino prowadzoną przez Carrela. Miała ona wyprzedzić Whympera nieomal za wszelka cenę. Carrel chciał zdobyć Matterhorn, bo ugruntowałoby to jego pozycję najlepszego znawcy gór tego regionu. Z kim go zdobędzie, było mu obojętne. Wybrał swych bogatych i ustosunkowanych ziomków, a nie liczącego się z każdym pensem Anglika, który nie był zbyt majętny. Poza tym proponował on atak na szczyt od strony Zermatt, a nie od płd. jak chciał Carrel. Gdy Whymper dotarł na umówione z Włochem spotkanie, ten go zwiódł przepraszając że musza wspólną wyprawę przełożyć o kilka dni. Whymper odprawił swych przewodników i przeszedł do Breul, gdzie miał oczekiwać na Carrela. Tam nazajutrz dowiedział się, że Włoch wyruszył już do swej ekipy i rozpoczyna atak na Matterhorn. Oburzony nie poddał się. Zszedł do Zermatt, gdzie udało mu się uformować przypadkowy sześcioosobowy zespół z alpinistów z przewodnikami i z nimi wszedł w grań Hernli, aby nią osiągnąć szczyt.
Na graniach Matterhonu zarówno ze strony włoskiej jak i szwajcarskiej rozgorzała walka. Bój toczył się nie tylko o to, kto zdobędzie szczyt, lecz i z której strony. Poza nacjonalistycznymi przesłankami Giordano kryła się bowiem bardziej przemawiająca do Carrela pobudka: utylitarna. Strona, z jakiej osiągnie się wierzchołek, ściągnie turystów, których będą wodzić miejscowi. Na stokach Matterhornu trwała więc także walka o przyszłość słonecznego Valtounanche i ukrytego w głębokiej kotlinie Zermatt. Zwyciężył Whymper mimowolny sprzymierzeniec Szwajcarów. 14 lipca 1865 jego ekipa pierwsza osiągnęła wierzchołek. Wiktorię okupiono drogo. W drodze powrotnej giną: Douglas, Hudson, Hadov i Cros.
+++
Drugim zdarzenia ważnym w historii rozwoju alpinizmu, mającym miejsce na Matterhornie, było zdobycie północnej ściany tego szczytu.
Po pierwszej wojnie światowej popularność alpinizmu znacznie wzrosła. Przestał on być rozrywka dla bogaczy, których stać było na długie i kosztowne wędrówki z przewodnikami.
W latach trzydziestych alpinizm stał się jedną z form ucieczki od codzienności dostępną nieomal dla każdego. W weekendy tysiące młodych ludzi głównie z Austrii, Niemiec i Włoch wyruszało w gniazda skał w leżące blisko ich miejsc zamieszkania, gdzie wspinali się nieomal cały rok. Powstawały nowe ośrodki i szkółki wspinaczkowe. Odkrywano nowe tereny, coraz to wyższe pasma górskie, doskonalono technikę i sprzęt zapewniający wspinającym większe bezpieczeństwo, m.in. wprowadzono haki, karabinki, asekuracje z haków, technikę czynnego wykorzystania haków i liny itp. Dzięki tym innowacjom pokonano najwyższe i najtrudniejsze urwiska Wilder Keiser, Karwendelu i Dolomitów, a w skalę trudności dróg alpejskich Welzenbacha wprowadzono nowy szósty stopień - skrajnie trudno. Wkrótce z techniką wypracowaną w Alpach Wschodnich ruszono na podbój ścian Alp Zachodnich.
To alpiniści specjalizujący się we wspinaczce po górach wapiennych w drugiej połowie lat 30-tych zdobyli triadę największych płn. ścian Alp: Matterhornu, Eigeru i Filar Walkera w Grandes Jorasses.
Pierwszą z nich była płn. ściana Matterhornu. Zdobyli ją w 1931 r. bracia Franz i Toni Schmidowie studenci politechniki z Monachium. Ściana ma 1100 m wysokości.
Młodzi Niemcy do Zermatt przybyli na rowerach obładowani ekwipunkiem wspinaczkowym i rozbili namiot na łąkach Schwarzsee. W ścianę wchodzą 31 lipca, aby po trzydziestu czterech godzinach wspinaczki i biwaku na stojąco - na wysokości 4150 m - w szalejącej burzy osiągnąć wierzchołek. Załamanie pogody przedłużyło się. Bracia w ciężkich warunkach dotarli Solwayhutte, gdzie czekali kolejne 36 godzin na poprawę warunków, zanim zdecydowali się na zejście.
Pokonanie płn. ściany Matterhornu uznano za punkt zwrotny w historii zdobywania wielkich północnych ścian Alp. Zdobywcy musieli pokonać ciąg, jak na owe czasy, ekstremalnych trudności wyraźnie przekraczających pułap ówczesnych możliwości. Na olimpiadzie w Los Angeles w 1932 r. bracia Schmid za zdobycie płn. ściany Matterhornu udekorowani zostali złotymi medalami.
Alpiniści starszej generacji, głównie Anglicy, osiągnięcie to, a także ich następców, przedstawiają jako "gladiatorskie popisy wspinaczy" i przejaw faszystowskiego fanatyzmu. Określenie "wspinacz" miało tutaj wydźwięk pejoratywny. Wypowiedziami tymi dyskredytują konkurentów i tłumaczą utratę swej dominującej pozycji. Hitler i Mussolini wykorzystywali sukcesy górskie swych rodaków dla podbudowy prestiżu faszyzmu, a alpinizm popierali, bo przygotowywał młodzież na dobrych żołnierzy.
Zmiana ilościowa i jakościowa, jaka miała miejsce w alpinizmie, rozpoczęła się wcześnie. Nie była to tylko zmiana pokoleniowa, ale także demograficzna: alpinizm zdemokratyzował się. Alpiniści z Alp Wschodnich, których satysfakcjonowała walka z trudnościami terenu górskiego, sukcesy swe zawdzięczali wyłącznie dobremu wyszkoleniu i sprawności nabytym w trakcie weekendowych treningów w skałkach oraz doświadczeniu i odwadze. Alpiniści wywodzący się z wyższych warstw społecznych obciążeni obowiązkami zawodowymi, społecznymi i towarzyskimi swą działalność górską sprowadzali do okresowych, najczęściej urlopowych wypadów w Alpy. Sprawnością fizyczną i kondycją ustępowali wspinaczom i w rywalizacji z nimi byli na straconej pozycji.
+++
O przejściu płn. ściany Matterhornu w 1961 r. nie myślałem. Należałem do czteroosobowej grupy, której Klub Wysokogórski zorganizował wyjazd do Oberlandu, aby zaatakowali płn. ścianę Eigeru. W jej skład wchodzili Jan Długosz, Czesław Momatiuk, Jan Mostowski i ja, Stanisław Biel. Bardzo chcieliśmy wykonać to zadanie. W trakcie próby podjętej 3 sierpnia w ścianie Eigeru spotkaliśmy się z dwójką doskonałych alpinistów angielskich Chrisem Boningtonem i Donen Whilliansem. Atak zakończył się na "Trudnej Rysie." Zbliżył on oba zespoły. Zdecydowaliśmy, że nie będziemy z sobą rywalizować i następną próbę podejmiemy wspólnie. Utworzyliśmy, szumnie mówiąc, Polish-British Eiger Expedition. Razem czekaliśmy na poprawę warunków w ścianie aż do 18 sierpnia. 

                     +++

Szesnasty sierpnia przyniósł duży opad śniegu do wysokości ok. 1500 m n.p.m., który  okrył grubą, białą kołdrą całą okolicę. Sytuacja stała się beznadziejna. Wiedzieliśmy, że warunki w ścianie nie poprawią się szybko, bo zbliża się jesień z krótkimi dniami i chłodem. Z zespołów  czekających tak jak my na poprawę pogody w płn. ścianie Eigeru pierwsi wycofali się Austriacy. Już w połowie dnia zwinęli swój namiot w Alpiglen i zeszli do Grund. Dzień później schodzą na dół młodzi Niemcy.

18 sierpnia zbieramy się i my. Decydujemy się rozwiązać Polish-British Eiger Expedition. Anglicy otrzymali wiadomość, że w Chamonix, gdzie jest lepsza pogoda, oczekują ich koledzy i kolejne wyzwanie: niezdobyty Filar Freney na Mont Blanc. Ma po nich przyjechać znajoma Amerykanka Anne.

Nasza czwórka jest w gorszej sytuacji: wyczerpały się nam zapasy żywności i franki. Na szczęście wyjrzało słońce i można było wysuszyć namioty przed zapakowaniem. Po ostatnim wspólnym obiedzie schodzimy do Grund.

Christan i Don są podnieceni, dla nich kończy się męcząca bezczynność. Anne nie ma jeszcze w Grundewaldzie. Czekamy. Nagle Długosz, jedyny z naszej czwórki znający dobrze angielski, zwraca się do Boningtona: − Macie jedno miejsce w samochodzie, może zabiorę się z wami?

Byliśmy zaskoczeni: chyba Janek ma jakiegoś zaskórniaka dewizowego; nie ma wizy francuskiej, a szwajcarska, podobnie  jak nam wszystkim,  już się kończy.

Christian odpowiada natychmiast: − Oczywiście... Nasze uwagi o braku wizy francuskiej zbywa lekceważąco: − Tu Europa, samochodu z rejestracją angielską nikt nie sprawdza. Przerzucimy cię przez granicę szwajcarsko- francuską w obie strony.

Janek jest uradowany, nie odstraszają go ewentualne konsekwencje po powrocie do kraju.

Mostowski i ja chcieliśmy jeszcze przed wyjazdem do kraju podjąć próbę. Bilety kolejowe zakupione w Warszawie jako punkt docelowy podawały Zermatt. Postanowiliśmy to wykorzystać. Pogoda w Alpach Pennijskich z reguły jest lepsza niż w Oberlandzie, a nad Zermatt wyrasta Matterhorn ze słynną północną ścianą. Jeżeli warunki śnieżno-lodowe będą w niej dobre, może uda nam się przejść ją  przed upływem ważności naszej wizy szwajcarskiej. Te kilka franków szwajcarskich, które jeszcze mamy, wystarczy nam na dwa czy trzy noclegi w Zermatt i w schronisku Hernlihutte.

W Zermatt, gdzie byliśmy wiosną 1959 roku, poznaliśmy Bernharda Binera − właściciela Banhoff hotel, a także prezesa miejscowej sekcji Club Alpin Suisse (CAS) pana Lennera.  W Zermatt więc nie zginiemy.

W Grundenwaldzie Anne jeszcze nie ma. Christ czeka na nią w umówionym miejscu. Reszta udaje się na camping w Grund, gdzie w szopie zdeponowaliśmy część naszych rzeczy. Na campingu konsternacja. Z rzeczy Mostowskiego ukradziono prawie nowy garnitur, koszulę, przewodniki górskie po Oberlandzie oraz książkę Harrera „Biały pająk”.

 Zawiedliśmy się na uczciwości Szwajcarów. Chociaż czy Szwajcarów? Szopa na campingu nie była zamykana, lecz dostępna dla wielu nacji. A więc strata ta to nie następstwo nadmiaru zaufania do gospodarzy, lecz naszej lekkomyślności.

Tego wieczoru rozstaliśmy się: Długosz z Anglikami wyjechał do Zermatt, Momatiuk wsiadł do pociągu jadącego do kraju, a ja z Mostowskim po noclegu w szopie z sianem wyruszyliśmy do Zermatt.

++++

Do Zermatt przyjechaliśmy 19 sierpnia wieczorem o 19.00. Binera w hotelu nie ma. Przyjmuje nas jego siostra Paulina i lokuje w maleńkiej klitce na poddaszu z materacami. Aktualnie zajmuje ją tylko jeden Anglik. Po godzinie wraca gospodarz. Długo ściska nasze dłonie i natychmiast każe nam przenieść się na parter. Nasze protesty, że to luksusowy pokój, na który  aktualnie nas nie stać, zbywa krótko − Między przyjaciółmi pieniądze się nie liczą.

Zaczyna się rozmowa o poprzednim spotkaniu. − Wiem, że w 1959 r.  nie zabraliście się z Eiselinem na Dhaulagiry, a ty − zwraca się do mnie − przeszedłeś w lecie tego roku Filar Walkera w Jorasses. Co robiliście po tym? − W 1960 roku byliśmy w Hindukuszu Wysokim w Afganistanie. Tam jako drugi zespół weszliśmy na Noszak 7490 m n.p.m. Ubiegli nas Japończycy, którzy w Wachan dotarli miesiąc przed nami. A wiec to od Polaków dowiedział się Eiselin o Hindukuszu. W tym roku wybrał się tam z małą ekspedycją. Nie znam jeszcze jej osiągnięć.

Gdy powiedzieliśmy mu, że już jutro wybieramy się na północną ścianę Matterhornu szybko pożegnał się.... Nie zabieram wam czasu, musicie się przygotować.

 +++

Po śniadaniu wyruszyliśmy do Hornlihutte: schroniska na stoku Matterhornu u stóp grani Hornli. Z Zermatt wyjeżdżamy kolejką linową na Stafalpen. W kolejce nie ma zniżki dla członków SAC, a szkoda. Pomimo popołudniowej godziny kolejka jest pełna typowych mieszczuchów udających się do restauracji na Stafalpen, aby napić się mniej lub więcej wyskokowych napojów.

Do Hornlihutte (3260 m) przychodzimy o 15.30. Podejście z Stafalpen zabrało nam 1,5 godziny. Wbrew obawom schronisko jest prawie puste. Zostawiamy rzeczy i z Mostowskim idziemy na lodowiec Matterhorn. Lodowiec ma wyraźne dwa piętra rozdzielone uskokiem skalnym i wyrastającą nad nim barierą seraków. Aby dostać się pod ścianę Matterhornu, trzeba osiągnąć górne piętro. Musimy założyć ślad, aby nocą łatwiej było podejść do wejścia w ścianę. Pod wieczór wracamy do schroniska.

Gospodarzem schroniska jest stary Koening. Wysoki, przygarbiony latami mężczyzna w sztruksowych spodniach. Podchodzimy do niego. − Gut morgen − zajęliśmy miejsca na górze.

Przypatrzył się nam badawczo . − Idziecie na północną? − zapytał. Potwierdziliśmy zaskoczeni jego domyślnością. Widząc nasze zdumienie, uśmiechnął się. − Siedzę tu od lat, wystarczy mi spojrzeć. Jego pociągła twarz o dużym zaczerwienionym nosie zamarła w bezruchu. Było to oznaką myślenia. − Może nawet nie być źle, silny wiatr zwiał świeży śnieg − oznajmił, a po chwili zapytał − O której wstajecie? − O dwunastej. Chcemy się zaraz położyć spać.

Istotnie po pół godzinie z pełnymi żołądkami rzuciliśmy się na posłanie. Niestety, usnąć nie było łatwo. Nie pomogły nawet środki nasenne. Do izby raz po raz wkraczali nowi, rzucali plecaki, ubierali chodaki − to w alpejskich schroniskach obowiązek − i z piekielnym łoskotem zbiegali na dół. W jadalni szumiało jak w ulu. Monologi przerywały wybuchy śmiechu. Nakryliśmy uszy kocem, walcząc z ogarniającą nas wściekłością. Wrzawa przeciągła się do późna. O 22.00 rozbawione towarzystwo przeniosło się do sypialni.

                       +++

− Dwunasta − trącił mnie Janek. Podniosłem się zaskoczony: nie słyszałem budzika. Ubraliśmy się po cichu i zsunęli z posłań. Miałem ochotę stanąć obok chrapiącego w najlepsze sąsiada, cisnąć z całej siły but o podłogę, przejechać mu po oczach latarką, nie dać mu spać, niech i on nas zapamięta.

Opanowałem się. Na sali było jeszcze pełno innych Bogu ducha winnych ludzi. Na pewno niejednemu z nich sen jest równie potrzebny jak nam. Koening pamiętał o nas. W jadalni na gorącym piecu stał wrzątek. Manewrując wśród leżących pokotem na ziemi − jakaś spóźniona grupa − osiągnęliśmy kosz z naszą żywnością. Mostowski zaparzył herbatę. Szybko wypiliśmy po kubku, resztę wlaliśmy do manierki i wyszli na dwór.

Po chwili byliśmy przy polu śnieżnym obok pierwszego uskoku w grani Hornli. Ubraliśmy raki i ruszyli w dół. Światło z latarki czołowej wyrywało ciemności tylko niewielkie koło terenu. Błogosławiliśmy pomysł zrealizowany wczoraj. Przedeptane ślady nieomylnie prowadziły ku przesmykowi w skałach.

Dziś zmarznięty śnieg w szczelinie obok skały trzymał lepiej. Stąpaliśmy po nim pewnie. Pomimo ciemności próg pokonaliśmy łatwo. Pamiętaliśmy jeszcze usytuowanie chwytów i stopni. Po progu jeszcze kilka metrów po śniegu i stanęliśmy przed nieznanym.

Nad nami wyrastało strome pole lodu. Na jego nierównościach załamywało się światło latarki. Szklisty lód wyglądał nieprzyjemnie.

−Wiążemy się? − zapytałem. − Dopiero w ścianie − odpowiedział zdecydowanie Janek.

Mostowski zaatakował. Już pierwsze metry pokazały, że nie jest tak źle. Zęby raków i ostrze czekana przebijały skorupę. Janek przeszedł już 10 metrów, a ja jeszcze stałem, patrząc z niedowierzaniem na przeszkodę, która ustępowała tak łatwo.

Po chwili ruszyłem za nim. Z siłą wbiłem w lód prawą stopę, aby zęby raków trzymały. Następnie to samo zrobiłem czekanem. Przy pomocy kilku powtarzających się ruchów zdobywam wysokość. Początkowo interesowała mnie tylko techniczna strona każdego kroku. Zamach nogą, uderzenie czekana są tylko takie, jakie wymaga teren. Czerń nocy sprzyja koncentracji. Po chwili mam za sobą 30 metrów lodowego stoku. Kostki nie przyzwyczajone do nałożonej na nie pracy, buntują się. Gorączkowymi uderzeniami wyrąbuję platformę, aby dać im  wypocząć.

Kilka metrów wyżej wprost nad mą głową wspina się Mostowski. Właściwie to widzę tylko rozjaśnioną powierzchnię lodu i błyszczące groty zębów raków wymierzone we mnie. Na chwilę łapie mnie paraliżujący strach: co będzie, jeżeli raki puszczą?

Dotarliśmy do skały, co przyniosło ulgę. W miejscu, gdzie ze skałą łączy się lód, powstaje naturalny stopień. Z jaką rozkoszą postawiłem na nim nogę. Ciężar rozłożony na 12 zębów raków  nie dokuczał. Zaczęliśmy się posuwać w prawo. Niestety, wędrówka wzdłuż skały nie trwała długo. Na granicy strumienia światła majaczył skośny lodowy zachód. Raczej domyślaliśmy się, niż widzieliśmy,  że to była nasza droga. Okazało się, że po ciemku za szybko weszliśmy w ścianę. Wejście w potężny  lodowy zachód przecinający w lewo skos dolną część  ściany zaczynało się znacznie dalej. My, idąc prosto w górę trudnym terenem, osiągnęliśmy  ten zachód wysoko, prawie w środkowej jego części. Gdy znaleźliśmy się na właściwej drodze, już dniało.

Pomyłka zabrała nam sporo czasu. Ciemne dotychczas niebo rozjaśniło się. Pojawiły się strzeliste kształty  sąsiednich  szczytów.  Odkrył się nasz stok − stal się wymierny.  Wysoko nad nami zamykały go skały. Po nocnych błądzeniach pole lodowe wydaje się łatwe. Ma tylko około 50 stopni stromizny. Idziemy bez rąbania, tylko na koniuszkach raków. Początkowo jestem tak pewny siebie, że nie korzystam z czekana. Gdy jednak raz obsunął mi się rak, zreflektowałem się. Lodowy stok podcięty szczeliną, stał się nagle stromy.

 W górnej części lodowego zachodu trawersujemy do wylotu rynny wyprowadzającej w środek właściwej ściany. Warunki w tej stromej depresji są złe. Po długim okresie złej pogody  skała licznych progów i ścianek pokrywa polewa lodowa, a nierówności są zasypane śniegiem. Raki ślizgają się, a chwyty trzeba czyścić. Co gorsze asekuracja jest iluzoryczna. Nie ma miejsca na wbicie pewnego haka. Ponadto rynną co jakiś czas spadają kamienie.

Dopiero pod wieczór osiągamy wysokość schroniska Solway. Tu na obrzeżu rampy zakładamy biwak. W dachówkowatym terenie nie udało się nam znaleźć nawet platforemki. Spędzamy noc na dwóch wygrzebanych niewyraźnych stopniach. Na jednym siedzieliśmy, ściślej opieraliśmy siedzenie, drugi dawał oparcie dla stóp. Baliśmy się obsunięcia w trakcie ewentualnego snu. Haki asekuracyjne, do których przywiązaliśmy się, nie były pewne. Gdy jakoś ułożyliśmy się, Janek wziął się do topienia śniegu na herbatę. Niestety, jakiś nieopatrzny ruch któregoś z nas zakończył marzenia o łyku gorącego płynu. Straciliśmy nie tylko ciepłą wodę, ale i „borda”[1].

Z radością powitaliśmy świt. W świetle wstającego dnia otworzył się nam widok na środkowa część ściany. Nie był on zachęcający. Mięliśmy przed sobą olbrzymią sięgającą nieba płaszczyznę stromych, zalodzonych i ośnieżonych płyt podciętych w dole pionowym urwiskiem. Teren, w którym każde obsuniecie musi zakończyć się tragicznie.

Przełknęliśmy coś na sucho i ruszyliśmy w górę. Szybko okazało się, że w ścianie jest gorzej niż sądziliśmy. Strome płyty, ułożone na sobie dachówkowato, były kruche i popękane. Ich warstwy i odłamki cementował i spajał lód. Widać było − czuło się, że wiązanie to jest bardzo słabe, a ustalona równowaga chwiejna. Zaburzyć ją może byle jaka przyczyna: wyrwany chwyt, źle obciążony stopień, a nawet spadający z góry kamień. Poruszanie  się w takim terenie, w dodatku zaśnieżonym, wymaga uwagi i wyczerpuje psychicznie.

Pniemy się do góry mali i obcy w ogromnej monotonnej ścianie. Nie ma w niej żadnych punktów orientacyjnych. Kluczymy wyszukując najdogodniejszej trasę. Wspinamy się bez asekuracji. W dachówkowate strome i obłe płyty nie da się wbić pewnego haka. A bez haków, w terenie, gdzie ubezpieczający sam z trudem stoi, asekuracja jest niemożliwa:  szarpniecie obsuwającego się i jego może wyrwać ze stanowiska.

Gaston Rebuffat, czołowy alpinista francuski przełomu XX wieku, autor szóstego  przejścia płn. ściany Materhornu w swej książce „Gwiazdy i burze” pisze o tej ścianie − ... Skała jest krucha za to lód twardy. Nie ma miejsc dogodnych do asekuracji ani kryjówek na wypadek burzy. Poza tym nieustannie schodzą kamienne lawiny... Nie wbijemy tu ani jednego haka; źle wchodzą i słabo trzymają. Dwa, które wbiłem na jakimś trawersie, Raymond bez trudu wyciągnął ręką... Idziemy w rakach i nie zdejmujemy ich do końca drogi... Walka wciąż nieustanna, trwa bez przerwy. Ani chwili odpoczynku, ani pięciu minut. Ciągle te spękane, grożące zawaleniem, połamane, potrzaskane, przylepione do lodu i otynkowane lodem płyty. Ciągle szklące się płyty, kuluary i sople czarnego lodu otulone śniegiem, wciąż te same sterty kamiennych tabliczek ułożonych jedna nad drugą... Zatopieni pośród masy zamarzniętych skał wykonujemy czarną i ryzykowną robotę. W tej ścianie... Gra polega na dobrowolnym zamknięciu się w więzieniu, jakie stanowi północna ściana Matterhorn... kontynuuje Rebuffat... później – na ucieczce z niego, a celem  jest znalezienie najbezpieczniejszej drogi wyjścia.[2]

Istotnie wspinaczka w tej ścianie nie sprawia przyjemności. Nie ma tutaj ekstremalnych trudności, których pokonanie daje satysfakcję, lecz hektary zdradzieckich płyt, na których każde postawienie stopy, każdy krok wymaga uwagi, a tych kroków trzeba zrobić tysiące. Ta monotonna,  wyczerpująca fizycznie i psychicznie wędrówka trwa i trwa. W górze płyty i płyty  w dole z wolna oddalająca się zerwa. Nieziszczalne marzenie, to aby napotkać stopień, na którym można by było normalnie stanąć.

Na ścianę tę wybiera się ten, kto jej przejściem chce potwierdzić swoje umiejętności,  doświadczenie górskie, rozwagę i hart alpinisty. To egzamin alpinistycznej klasy w zakresie wspinaczki lodowo-skalnej. Jego zdanie satysfakcjonuje, ale takich ścian się nie powtarza... Wszyscy, którzy mieli okazje wspinać się na północnej ścianie, wspominają jedynie przemożne pragnienie ucieczki z tego chaosu spiętrzonych skał i pokrytych przeźroczystym lodem szczelin − pisze Gian Piero Motti.[3].

                                             +++

 Powoli zdobywamy wysokość. Wczesnym popołudniem docieramy do miejsca, gdzie stromizna ściany maleje, a ograniczające ją granie Zmutt i Hernli zaczynają zbliżać się do siebie. Świadomość, że do wierzchołka już blisko, dodaje sił.

 Grań szczytową osiągamy koło 16.00. Na szczycie nie zatrzymujmy się dłużej. Spędza nas głównie pragnienie. Nie mamy w ustach nawet krztyny śliny, aby zwilżyć spierzchnięte wargi. Ostatni łyk płynu piliśmy prawie dobę temu.

 Z kopuły szczytowej schodzimy uskokiem grani Hernli zabezpieczonym linami poręczowymi, stalowymi klamrami i łańcuchem. To obchodząc ten uskok po płn. ścianie, zginęła czwórka zdobywców Matterhornu. Stromy odcinek grani poniżej „Shulter” z uskokami i płytami zabrał nam sporo czasu. Gdy osiągnęliśmy platformę, na której stoi schronisko Solway (4003 m),  zapadał już mrok.

W różnych reklamówkach jest napisane, że to schron ratunkowy dający pewne schronienie w przypadku załamania pogody, wyposażony w materace, koce, awaryjny zapas żywności oraz apteczkę. Nic podobnego. Byliśmy w nim z Jankiem wiosną 1959 r. i poza materacami niczego nie było. Myśleliśmy, że latem będzie lepiej. Niestety, nic się nie zmieniło, a brud i nieporządek był jeszcze większy. Marzenia o łyku jakiegokolwiek płynu prysły. Niemniej po biwaku w ścianie nocleg na materacu był luksusem.

Rankiem ledwie słońce wstało, pojawiła się pierwsza grupa amatorów wejścia na Matterhorn prowadzona przez przewodników w czerwonych swetrach. Musieli wyruszyć z Hernlihutte o świcie. Zaglądali do środka i obrzucali nas ciekawymi spojrzeniami. Z reguły nie zatrzymywali się dłużej, nie zadawali pytań. – Czeka was jeszcze długa droga – popędzali ich przewodnicy.

My także wyruszyliśmy szybko. W Henrlihutte będziemy się mogli wreszcie napić. Obsesyjne marzenia o gorącej herbacie popędzały nas.

                                     +++

W Hernlihutte, gdy siedzieliśmy przy którymś z rzędu kubku herbaty, miła niespodzianka. Otwierają się drzwi schroniska i wschodzi dwóch mężczyzn. Rozglądają się po sali, podchodzą do nas i pozdrawiają – Hore zdar. – To czołowi taternicy czechosłowaccy- Czech Radowan Kuhar – mistrz alpinizmu CSR i Słowak  Zdeno Zibrin. Znam ich z Tatr, a Kuhara  i z Alp. Spotykaliśmy się w 1957 roku pod zachodnią ścianą Dru, w 1959 roku prawie równocześnie powtarzaliśmy Filar Walkera w Grandes Jorasses.

– Co za spotkanie? Co tu robicie? – zapytał  Zdeno. – Zeszliśmy po zrobieniu płn. ściany – odpowiadamy. – A my się właśnie na nią wybieramy. Jakie są na niej warunki? Z dalszej rozmowy wynikło, że po jej zrobieniu wybierają się na północną ścianę Eigeru.

                  – My byliśmy pod Eigerem – relacjonujemy im nasz pobyt w Grundenwaldzie. –Niestety, pogody nie doczekaliśmy się, a teraz gdy poprawiła się musimy wracać do kraju. Skończyła się nam forsa.

Radowan i Zdeno wymienili po cichu kilka zdań. Po tym Kuhar przedstawiał nam zaskakującą propozycję: – Jeżeli chcecie i poczekacie dwa dni  w Zermatt,  to możemy wspólnie wybrać się na Eiger. Jesteśmy samochodem.

Zadaliśmy sobie pytanie, skąd to postanowienie? Zapewne i oni czuli respekt przed płn. ścianą Eigeru i woleli zaatakować ją we czwórkę.

Naturalnie skorzystaliśmy z tej oferty. Mile spędziliśmy te dwa dni. Staruszek Biner zaprosił nas na wystawną kolację w najdroższym hotelu w Zermatt z przystawkami, dziwną zupą, dwoma mięsnymi daniami, a na koniec z langustą. Tej ostatniej nie jedliśmy jeszcze. Wygłodzeni, pałaszowaliśmy wszystko szybko. Biner nie nadążał za nami. Gdy na talerzu została tylko langusta, musieliśmy długo czekać na fundatora. Nie wiedzieliśmy, jak się do niej zabrać. Złożyliśmy także wizytę Paulinie oraz prezesowi Lennerowi.

Po powrocie Czechosłowaków wsiedliśmy do ich Skody i pojechaliśmy do Grundenwaldu. Tam następnego dnia wyjechaliśmy w czwórkę kolejką na Eigergletscher, gdzie przespaliśmy się, aby nocą wyruszyć na płn. ścianę. Niestety, prześladował nas pech. Nocą sprowadził nas do Grundenwaldu policjant. Odkryto, że skończyła się nam ważność wizy szwajcarskiej. Na drugi dzień nasi koledzy weszli w ścianę sami. Nam policja zagroziła, że jeżeli do wieczora nie opuścimy miasta, zostaniemy deportowani. Ale i tym razem los się do nas uśmiechnął. Przygodny sąsiad z campingu zawiózł nas motocyklem do Brna, gdzie załatwiliśmy przedłużenie wiz i jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do hotelu Eigergletscher, a nocą weszliśmy w ścianę. Wierzchołek Eigeru osiągnęliśmy w tym samym dniu, co nasi czechosłowaccy koledzy. Perypetie z przejścia płn. ściany Eigeru opisałem w artykule „W północnej ścianie Eigeru” zamieszczonym w „ Górach Wysokich ” wiosną 2005 roku.

                                 +++

Wyjazd alpejski w 1961 r. był udany. Osiągnęliśmy więcej niż planowaliśmy: mieliśmy przejść północną ścianę Eigeru. Na warunki w tej ścianie czekaliśmy długo: do czasu gdy Eiger przysypał śnieg. Obóz rozwiązaliśmy 18 sierpnia, chcąc kilka dni, jakie pozostały nam do planowanego powrotu do kraju, wykorzystać na własną rękę.

Janka Długosza Anglicy przeszmuglowali do Chamonix, gdzie uczestniczył w pierwszym przejściu Filara Freney na Mont Blanc (I przejście, 28-30.08.), sztandarowym problemie alpejskim ówczesnych lat. Mostowski i ja przerzuciliśmy się do Zermatt i tam przeszliśmy północną ścianę Matterhornu (XIX przejście, 20-21.08), a następnie północną ścianę Eigeru  (XX przejście, 31.08–1.09.). Tę drugą udało się nam przejść po części dzięki Czechosłowakom, którzy przewieźli nas swym samochodem z Zermatt do Grundelwaldu, a głównie sąsiadowi z campingu, który bezinteresownie zawiózł nas motocyklem do Berna i pomógł załatwić przedłużenie wiz.

                                             +++

Należeliśmy do pokolenia, które wspinało się po Tatrach w latach najtrudniejszych dla taternictwa polskiego. W okresie pierwszej połowy lat pięćdziesiątych − gdy zaostrzone przepisy o poruszaniu się w strefie nadgranicznej zamknęły dla indywidualnej działalności taternickiej najciekawsze partie Tatr Polskich. Wolno było się wspinać tylko w obrębie Hali Gąsienicowej, Doliny Pięciu Stawów i na Mnicha w kotle Morskiego Oka. Przepis ten ówcześni taternicy nagminnie łamali, wspinali się po całych Tatrach Wysokich, a część, w tym i my, nie tylko polskich.

W Tatrach działaliśmy okresowo, ale częściej niż większość ówczesnych taterników.  Mieszkaliśmy w Krakowie i na Śląsku, a więc dla nas Tatry był niedaleko. Jeszcze bliżej mieliśmy Skałki. W nich spędzaliśmy każda wolną chwilę. Szybko więc opanowaliśmy arkana techniki wspinaczkowej.

Obowiązkiem każdego pokolenia jest granice możliwości rozszerzyć - inny słowy - rekord pobić. Oczywiście wysiłku tego nie całe pokolenie, ale jego najwybitniejsze jednostki... -pisał zasłużony nestor polskiego taternictwa Roman Kordys. W Tatrach szybko powtórzyliśmy tatrzańskie rekordowe drogi naszych poprzedników. Udowodnić, że ich rekord został pobity, mogliśmy dopiero w Alpach. - ...Kiedy w roku 1957 nasi alpiniści przebyli...legendarne urwisko Petite Dru < Długosz, Momatiuk i ja> było dla krajowej opinii sportowej wielkim zaskoczeniem... - pisze Zbigniew Jurkowski. - Wszak wyczyny te mocno wyprzedzały wszystko, czego do owej pory Polacy zdołali dokonać w Alpach. Rychło też w ostrej dyskusji starły się dwa poglądy. Alpy tylko dla zawodowców alpejskich – wołali jedni, inni... nie rezygnowali z planów dalszego zdobywania najtrudniejszych urwisk alpejskich. Dyskusja rychło pozostała wspomnieniem. Przerwał ją bowiem argument najlepszy z możliwych. 22 lipca 1959 roku Stanisław Biel i Lechosław Utracki stają szczycie Poite Walker (4208 m) w masywie Grandes Jorasses po dokonaniu 21 przejścia osławionego Filara Walkera.

Polskie przejście Filara Walkera, poza olbrzymią wartością sportową ma również - jak się wydaje - bardzo istotne znaczenie dla rozwoju naszego alpinizmu wyczynowego. Wrota do europejskiego alpinizmu sportowego...zostały teraz otwarte na oścież. Alpy nie tylko dla zawodowców -.pisze.[4]

Tymczasem i po tym przejściu zdarzały się głosy, że i Filar Walkera to droga w większości skalna. Chcieliśmy udowodnić, że stać nas na przejścia najtrudniejszych i najniebezpieczniejszych dróg lodowo- skalnych. I to się nam udało.

[1] Palnik butanowy obudowany pojemnikiem na ogrzewany płyn.

[2] Gwiazdy i Burze. Gaston Rebuffat.  Publication - wydanie drugie. s.91.

[3] Wielkie Górskie Przygody. StefanoArdtto. Wyd. Muza s.a. Warszawa 2001. s.137.

[4] Od Łomnicy po Mont Blanc. Z. Jurkowski. Wiedza Powszechna 1969.Warszawa s.81- 84.

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA