Strona główna / nr 1 (11) - ZIMA 2007 / ZAKOCHANI W KAUKAZIE
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
ZAKOCHANI W KAUKAZIE

[ Kaukaz Elbrus Uszba zdjęcia galeria ]
Rozsypane na obrusie nieba gwiazdy uśmiechają się. Ekscentryczny karawan chmur, ciągniony przez pegazowe rumaki nocy przesuwa się ku Bałkarii. Delikatny welon melancholii snuje się po Elbrusowym stoku. Subtelnej konstrukcji cisza podejrzanie milczy. Światła czołówek z trudem pokonują kurtynę nocy. Zmrożony śnieg szarmancko skrzypi raniony ostrzami raków. Wszechobecna ciemność skrywa szczeliny. Krokiem rozważnym, pełnym nocnej celebry, z przyjacielem Jackiem Ormickim, pniemy się ku górze. Z precyzją szwajcarskiego zegarka zdobywamy kolejne metry góry. Jego sylwetka ledwo majaczy przede mną. Noc schowała także góry.
O regularności z jaką posuwamy się, informuje mnie światło Jacka latarki i jego rytmiczny oddech. Idę za nim. Chwile podczas których każdy słucha bicia swojego serca, służą nam za odpoczynek. Światła idących powyżej nas tańczą na śniegu, niczym świetliki na łące. Zza stromo opadającego stoku wychylają się pierwsze promienie słońca. Rozżarzony balon słońca ostrożnie posuwa się ku górze. Ciemne sylwetki kaukaskich olbrzymów zwolna jaśnieją. Gdzieś daleko w Gruzji wstaje dzień.
Rozglądamy się wokół ciekawie. Przed nami stający dęba Elbrus. Za nami misternie utkana koronka szczytów Kaukazu. Słońce, pełznąc ku nim, ukazuje je w pełnej krasie. Wszystkie niczym modelki na wybiegu, świadome swego piękna. Jednak prymat dumnej Uszby 4700 m i eleganckiego Dongus Oruma 4452 m nie budzi zastrzeżeń. Sylwetka Czegetu niemal niewidoczna na tle głównej grani. Mały Dongus Orun także reporterskich fleszy słońca zwyczajny. Jeszcze raz spoglądam w kierunku Gruzji. Może kiedyś?
Odgłos Jackowych raków przywraca mnie Elbrusowi.

Tempo, jakim idziemy, jest niezmiennie takie samo. Dotarłszy do końca skał Pastuchowa, robimy dłuższy popas. Siedząc tyłem do Elbrusa, delektujemy się widokiem co to przysłowiowy dech zapiera. Ostre turnie szczytów w wyścigu ku niebu ptakom podobne. Słońce niemy narrator rewii piękna, majestatycznie przemieszcza się po niebie. Okrzyk - uwaga kamienie - często słychać na lodowcu. Pędząc z góry, nie ułatwiają marszu. Z dużo mniejszym wigorem niż one ruszamy ku górze. Zakosy drogi niczym morskie fale kołyszą nami raz w lewo raz w prawo. Cały czas ostro w górę. Ba, mam wrażenie, że coraz ostrzej. Z niemałym trudem docieramy do podnóża pierwszych grzęd wschodniego Elbrusa.
Smak czekolady wespół z suszonymi owocami ożywia nadzieję na sukces. Choć sprinterski rytm oddechów lekko ją studzi. Próbuję przemóc senność. Z wysiłkiem unoszę powieki do góry. Po chwili ruszamy dalej. Sięgam wzrokiem w górę. Żadnych zmian. Stok najwyraźniej prowadzi na audiencje do nieba. Żeby choć przez chwilę nie tak stromo. A może idziemy źle. Jednak ślady Niemców, prowadzonych przez poznaną w schronisku Luizę, zdają się temu przeczyć. Nasze "przebiegi" wydają się być krótsze, a postoje dłuższe. Ale to pewnie tylko wrażenie. Zatrzymujemy się kolejny raz. Jacek usadawia się na dwóch niemałych kamieniach. Ja obok. - Jak myślisz, Jacenty, czy kiedykolwiek ujrzymy Elbrusowe siodło? - pytam.
O rany. Jacek padł. Pełen niedobrych myśli podchodzę do niego. Nie daje znaku życia. Nie dopuszczam do siebie natrętnych myśli, które niczym stado wron, dopadły moją głowę. Przecież tempo było kontrolowane, a postoje rytmiczne niczym wskazania manometru. I gdy sięgam po Jackową rękę, z jego wnętrza, niczym gejzer wulkanicznej lawy, wydobywa się potężne chrapnięcie. Kakofoniczne dźwięki brzmią jak najpiękniejsza muzyka. Spuszczam z siebie nagromadzone powietrze. Ów jak gorąco. Z radością spoglądam na rytmicznie unoszącą się ku górze Jacka sylwetkę. Nieprzespane dworcowe noce, wespół z całodobowymi oskrzelowymi atakami kaszlu na lodowcu dają znać o sobie.
Po prostu zasnął. Lawendą wspomnień ogarnięty wracam na chwilę myślami do wszystkich naszych górskich przygód i awantur. Od wyprawy w niemal dziewiczy Taurus po dzisiejszą. Wszystkie wymyślił Jacek. Wszystkie były wspaniale niepowtarzalne. Tak jak zawsze wszystko u niego. U licha. Co on takiego w sobie ma. Pewnie obok morza cech i umiejętności, których mu bezzawistnie zazdroszczę, ma to coś. Jest naznaczony nieuleczalnym piętnem romantyzmu i przygody. Oby dane było nam jeszcze nie jedną razem przeżyć.
Ze świata wspomnień wracam dzięki młodej damie. Czy on żyje? Żyje, ale tylko w antraktach. Co to znaczy? Raz żyje, raz nie - informuje wyraźnie wystraszoną damę. O, teraz żyje. Pokazuję na wyraźnie unoszący się Jackowy tors. A teraz nie żyje. Dlaczego? Nie wiem. Sama pani widzi. Nie rusza się. A o to chodzi. O to - odpowiadam wyraźnie rozbawionej młodej damie. Po chwili nasz bohater z niemałym trudem otwiera oczy. Niczego nie pamiętam - mówi Jacek. Wiem tylko, że poleciałem w jakąś otchłań. Gdzie my w ogóle jesteśmy? W kilku zdaniach relacjonuję całe wydarzenie. Młoda dama deklaruje swoją pomoc przy zejściu w dół. - Boguś ja wracam - mówi Jacek. - Ty idź w górę. Wracam z tobą - mówię do Jacka. - Boguś nie jesteś moim aniołem stróżem, a ja dzieckiem. Czuję się bardzo dobrze. No idź, czekam w schronisku. I gdy kolejni zdobywcy Elbrusa, mijając nas, deklarują pomoc, krótkim okey przystaję na Jackową propozycją. - Uważaj na siebie. - Ty też. Do zobaczenia w Prijucie.

Ruszam w górę. Wydeptana ścieżka łagodnieje, a po chwili przechodzi w spokojny trawers. Po lewej stronie sylwetka zachodniego Elbrusa. Zbliżam się powoli do przełęczy. Co za radość. Spotykam się z Niemcami z grupy Luizy. Jest też i ona sama.

Cieszymy się ze spotkania i z ich Elbrusowego sukcesu. Dokumentujemy to zdjęciami. Pytają się o Jacka. Uspokajam ich mówiąc, że w dobrym towarzystwie i zdrowiu schodzi na dół. O tym, że zamierzam jeszcze iść na szczyt, milczę. Unikam w ten sposób oczywistych protestów. Wszak to nie ta godzina i pogoda. Niebo niemal w całości pokryte chmurami. Grupa znajomych z Grecji zaczyna powoli schodzić. Robię jeszcze zdjęcie prijutowej sedlowiny u podnóża zachodniego Elbrusa. Pod pozorem pójścia do toalety ginę za pierwszą skalną grzędą, opadającą ze wschodniego Elbrusa. Droga na zachodni zbyt widoczna. Klucząc wśród skał i luźnych kamieni, podążam ku górze. Z żalem spoglądam na wyraźną wstęgę udeptanej „drogi” na wschodni szczyt. Sylwetka zapóźnionego wspinacza wyraźnie przesuwa się ku przełęczy. Ja odwrotnie, pnę się powoli w górę. Przełęcz z wolna chowa się przed moim oczami. Kolejny raz z niepokojem patrzę na niebo. Poranny błękit przykryty pierzyną brzydkich obłoków. Z obawą, w towarzystwie pierwszego groźnego pomruku burzy staję na szczycie. Miast przysłowiowego widoku, który dech zapiera, wał ciemnych chmur zewsząd ku Elbrusowi pędzących. Gdzieś daleko nad stolicą republiki Kabardino Bałkarsiej Nalczikiem, nieco jaśniej. Najciemniejsze chmury płyną znad Abhazji. Nic tu po mnie.

Szybko ewakuuję się ze szczytu. Na przełęczy stawiam się w asyście kolejnych pomruków burzy. Tak szybko jak to możliwe idę trawersem u podnóża zachodniego szczytu Elbrusa. Dochodzę do miejsca rozstania z Jackiem. Pewnie jest już w schronisku. W pośpiechu wrzucam do ust garść suszonych owoców. Zaczynam schodzić w dół stromo opadającym zboczem lodowca. Brak zdjętych na przełęczy raków daje boleśnie znać o sobie. Zjeżdżam na butach w dół, jakbym się sposobił do łyżwiarskich akrobacji. Obraca mną we wszystkie strony. Obawiam się niekontrolowanego spotkania ze szczelinami. Rozważam możliwość ponownego założenia raków.

Potężny grzmot każe się mi z tym pomysłem szybko rozstać. Smukła błyskawica oświetla potężne zerwy lodowca. Ich otwarte paszcze zdają się tylko czyhać na błądzących. Oświetla także dolny fragment skał Pastuchowa. Idę dobrze – mówię sam do siebie. Uskrzydlony dobrą wiadomością dzielnie stawiam czoła stromiźnie.

Nadmiar wody płynącej wierzchem lodowca nie jest moim sprzymierzeńcem. Piruet goni piruet i piruetem pogania. Lecz cóż to. Potargana wiatrem mgła odsłania fragment góry. Z lewej pas skałek z bazą ratowników, a z prawej? No właśnie. Ledwo widoczny punkt przesuwa się wolno w poprzek stoku. Wprost ku czeluściom lodowca. Pewnie człowiek. Czy wie, gdzie idzie? Przyspieszam, na ile mogę. Dystans z wolna maleje. Wreszcie jestem obok. Skulona siedzi na kamieniu. Pytam, co tu robi w taki czas? Spogląda na mnie nieobecnym wzrokiem. Jasny zygzak błyskawicy oświetla wyraźnie twarz nieznajomej. Blade usta zdają się recytować jakiś wiersz. Jej uduchowiony stan, niczym smutku pajęczyna, ogarnia skuloną sylwetkę. Wieczorny nokturn, jak chwiejny płomień świecy, ponownie zagląda w jej spopielałe oczy. Ręce proszą, ciało skargę wnosi. Demoniczny nastrój i mnie się na chwilę udziela.

W jakiej krainie przebywa? Do kogo tak żarliwie przemawia? W mało elegancki sposób podnoszę nieznajomą do góry. Jej ramiona wieszam na swojej szyi. O dziwo, potykając się wzajem o siebie, nie kontaktujemy się zbyt często z matuszką ziemią, choć nieznajoma nie przejawia najmniejszej ochoty, by z siłą ciążenia się zmagać.

Jak zesłańcy na Sybir idący metr po metrze posuwamy się do przodu. Ślad naszych zmagań z lodowcem i własną słabością wyraźnie widoczny na śniegu. A głośne – daj Boh – kończy każdy werset recytowanego przez nieznajomą wiersza. Wiem. To nie wiersz. To żarliwa modlitwa.

Moje przekrzykujące burzę pytania, skąd jest i gdzie zamieszkuje, pozostają nadal bez odpowiedzi. Podczas kolejnego postoju spoglądam na niebo. To co widzę, nic dobrego nie wróży. Zaraz, ktoś chyba woła. Słyszę czyjś głos. I gdy kolejny huk elegancko się oddala, wyraźnie Masza, Maszeńka dociera do moich uszów. W naszym kierunku od najbliższego namiotu podąża jakaś postać. Z zaciekawieniem spoglądam w tamtą stronę. Po chwili jest przy nas. – Dzień dobry. Jak pan znalazł moją żonę? W którym miejscu? Mamy zamiar jutro wybrać się na szczyt. Żona jest ostatnio w nienajlepszej formie. Umarła jej mama. Nie może się z tym pogodzić. Wyszła na chwilę z namiotu i zginęła we mgle. Szukam jej od dwóch godzin. Miałem zgłosić jej zaginięcie ratownikom. Ale ujrzałem was schodzących z góry. Może pan wstąpi do nas na herbatę. Miejsca nie za wiele, ale jakoś się pomieścimy. Jak my się panu odwdzięczymy?

Dziękuje serdecznie za zaproszenie, ale na mnie czekają w Prijucie. Nie wiedzą, gdzie jestem i co się ze mną dzieje. – Dziękuję panu, że zainteresował się pan żoną. – Ja też dziękuję– niespodziewanie odzywa się nieznajoma. Jej twarz po raz pierwszy jest pogodna, a oczy życzliwie uśmiechnięte. Rozstawszy się ze szczęśliwie połączoną parą, powoli zmierzam w kierunku, w którym spodziewam się zastać schronisko. Jakby na moje życzenie potężny poryw wiatru przesuwa mgielny parawan, odsłaniając skalną grzędę i stojące na niej schronisko. Niedługo potem staję w progu naszego przytuliska. Wieść o moim powrocie lotem błyskawicy obiega Prijut. Zatroskany Jacek oddycha z ulgą. Z myślą o mnie zaparzył w termosie herbatę i zaprasza na przygotowany posiłek. Z jego opowieści wynika, że bez większych problemów dotarł do schroniska. A co najważniejsze przed burzą. – Jak się czujesz? – Wspaniale. Nic mi nie dolega – odpowiada. – A ty? – rzuca w moją stronę. Dzięki Bogu. Poza ogromnym zmęczeniem wszystko okey. I w jak największym skrócie relacjonuję moje przeżycia łącznie ze spotkaniem z nieznajomą. Radość z mojego powrotu jest powszechna. Jeszcze kilka razy opowiadam Grekom, Niemcom, Szwajcarom i Austriakom moją przygodę. Równie ciekawi mojej relacji są wspaniali elbruscy przewodnicy, Luiza i Wiktor oraz gotujące ich grupom Nina, Ira i Lena. Zaspokajam także ciekawość zawiadującego Prijutem Saszy. Zaraz po smacznej kolacji autorstwa Jacka przeprowadzam z Saszą wywiad. Mieszka w pobliskim Tyrynauz, a jego pełne nazwisko to Terentiew Aleksandr-Michajłowicz. – Sasza ty pewnie urodziłeś się w górach. – Nie. – Ale chodziłeś i chodzisz po górach. – Nie. – To pewnie twoi rodzice. – Nie. – No to jak? – No tak.

O wiele bardziej rozmowny jest 48-letni Wiktor Janczenko. Od 30 lat w górach Związku Radzieckiego i Rosji. Od 1976 instruktor turystyki, a potem alpinizmu. Od wielu lat przewodnik po Elbrusie, instruktor narciarstwa turowego, wysokogórskiego i lotniarstwa. Uwielbia loty w tandemach. 25 sierpnia 1993 jako pierwszy człowiek na świece „sfrunął” lotnią z Elbrusa. Wcześniej 4 sierpnia tegoż roku uczynił to wraz z dwoma kolegami. Późno dostarczona dokumentacja spowodowała nieobecność ich wyczynu w księdze Guinnesa. Żona Marina także jest przewodniczką po Kaukazie. 11-letni syn Wieczysław już uprawia narciarstwo wysokogórskie, a młodszy Aleksander też pewnie pójdzie w ich ślady. Wiktor wspinał się we wszystkich wysokich górach Związku Radzieckiego, Rosji i Alpach. Był na trekingu w Himalajach. Ale życia bez Kaukazu nie potrafi sobie wyobrazić. To wyjątkowe góry. Ma prośbę do wszystkich, szczególnie młodych kaukaskich wspinaczy. Wpisujcie się do księgi wyjść służby górskiej w Tereskole. To nic nie kosztuje, a może uratować życie. Na pytanie o marzeniach odpowiada – Obym jak najdłużej mógł czynić to, co obecnie robię. Być w Kaukazie i innych górach świata. Podobne życzenie ma druga elbrusowa przewodniczka Luiza Pahl. Niemka z Bawarii zakochała się w Kaukaskim przewodniku Saszy i po ślubie zamieszkała z nim u podnóża Elbrusa w miejscowości Terskol. Ich praca i pasje związane są wyłącznie z Kaukazem.

Zajmują się trekingiem letnim i zimowym wokół Elbrusa i na Elbrus. Narciarstwem tourowym, snow boardem, a dla chętnych szczególnych wrażeń narciarstwem samolotowym. Oprócz pasji mają wspaniałe serca. Dzięki ich bezinteresownej trosce o zdrowie schroniskowej społeczności wielu z nas, na czele ze mną, przetrwało trudne chwile. – Kiedy byłaś ostatni raz w Bawarii? – Jakiś czas temu. Nie szybko tam będę. Kaukaz pochłonął mnie całkowicie. Sympatyczne kuchareczki proszone o kilka słów o sobie, podają tylko imiona. Tak będzie lepiej – oświadczają. – Nie jesteście głodni. Austriacy nie zjedli wspaniałej kaszki. Polecamy. Palce lizać. – Dziękujemy. Przed chwilą zjedliśmy z Jackiem kolację – odpowiadam naszym dobrodziejkom. A ponadto chciałem zamienić jeszcze kilka słów ze znajomymi z Grecji.

Sympatyczni Grecy Julia i Andreas mieszkają w Atenach. Ale bez Kaukazu żyć nie potrafią. Co jakiś czas zjawiają się tu w towarzystwie znajomych. Polubili nas z Jackiem od przysłowiowego pierwszego spojrzenia. Czy można żyć bez Kaukazu. Można. Ale co to za życie? Nie mam najmniejszych wątpliwości. Wszyscy moi rozmówcy są zakochani w Kaukazie. A on tę miłość wspaniale odwzajemnia.
 Zdjęcia: Jacek Ormicki, Jerzy Bogusław Nowak
© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA