Strona główna / nr 1 (11) - ZIMA 2007 / MOJE SYCYLIJSKIE WIGILIE
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
MOJE SYCYLIJSKIE WIGILIE

[ Sycylia zdjęcia galeria ] [ Campineto Romano ]
Jest zima 2004 roku, grudzień, wieczór. Via Garibaldi, główna ulica Messyny płonie tysiącami białych światełek zawieszonych na palmach, fikusach, 3-metrowych kaktusach. Policja zatrzymuje ruch dla idącej środkiem jezdni procesji adwentowej.
Stoję na chodniku i patrzę jak nadpływa morze świateł świec, falujące, niespokojne jak skryte w ciemnościach morze Jońskie, oddalone stąd tylko o 200 metrów. Procesja przepływa, zanika głos odmawianych litanii, zwartą falą wlewają się teraz samochody. Na via Garibaldi wraca przedświąteczny zgiełk.

Za zakrętem wpadam na św. Mikołaja. Ten kłaniający się przechodniom wielki plastik to chyba jedyny element ozdobny, który ma w sobie posmak kultury amerykańskiej, tu nieznanej, traktowanej pogardliwie. Św. Mikołaj stoi przed jedną z niezliczonych cukierni. Najsłynniejsza w Messynie nazywa się "Dodis". W jej witrynach, ustawione w piramidach na wielopoziomowych, srebrnych tacach, piętrzą się malutkie ciasteczka migdałowe, orzechowe, pistacjowe, skomponowane z najlepszą czekolada. Nadziewane kandyzowanymi figami, daktylami, mandarynkami, które kilka miesięcy wcześniej dojrzewały pod palącym słońcem w gajach pomarańczowych. Wszystkie smaki są tu bardziej prawdziwe.
W kawiarni 'Dodis" kupuję kawałek 'torta siciliana'. Jest to biszkopt ponczowy z kremem cytrynowym oblany lukrem z pistacji i trzeba przyznać, że słodycze sycylijskie są kwintesencją słodkości. Nawet tak skromny zakup jest perfekcyjnie zapakowany i przewiązany złotym sznureczkiem. Gratis dostaję piękny i szczery uśmiech ragazzo - Salve! Buon Natale!- ciemnooki potomek Sikelów, pierwszych mieszkańców wyspy żegna mnie starym, rzymskim pozdrowieniem i życzy dobrych świąt. Wracam do domu w powodzi świateł wdychając po drodze wszechobecny zapach mocnej kawy, jaki wydobywa się z otwartych do późna barów. Przy niewielkim wysiłku wyobraźni można by zobaczyć tę strużkę brązowego dymku, który płynie, krąży wśród palm zdumionych diamentowymi kreacjami, wiruje wokół św. Mikołaja, a potem rozpływa się nad messyńskim portem o kształcie sierpa.
Na kilka dni przed Wigilią dziesiątki starych i młodych mieszkańców wyspy maszerują ulicami z dużymi pudłami panettone, drożdżowej baby, wypiekanej w wersjach z bakaliami, kawałkami czekolady, lub z lukrem. Twórcy opakowań dają istne popisy swojej sztuki, gdyż panettone już przed świętami jest elementem dekoracyjnym domu. Wcześniej właściciele sklepów układają z nich kompozycje nawet na chodnikach, bo życie tej wyspy nigdy nie zamyka się czterech ścianach prywatności. Ono toczy się na ulicach we wspólnocie. Baba drożdżowa urasta w tym okresie do rangi obowiązkowego prezentu, z jakim przychodzi się do przyjaciół i znajomych by złożyć życzenia. Liczniejsze rodziny gromadzą nawet kilkanaście sztuk, co wystarcza do Wielkanocy, kiedy to panettone wypiera colombo, czyli takie samo ciasto ale w kształcie gołębia.
Atmosferę Natale (Bożego Narodzenia) kształtują też dwa ważne święta religijne - Niepokalane Poczęcie (08.12) i Św. Łucja (13.12). Sycylijczycy są bardzo religijni, autentycznie przeżywają uczestnictwo w procesji z figurą M. B. Niepokalanej. 3-metrowa statua na wysokim postumencie jest wieziona ulicami na specjalnej platformie na kółkach. Okryta złotym płaszczem ozdobionym kamieniami, w morzu białych lilii i w oślepiającej w ciemnościach iluminacji jest doprawdy poruszająca w swoim pięknie i egzotycznym nastroju. Możliwość toczenia platformy jest wyróżnieniem, stąd liczni chętni tłoczący się wokół górującej Madonny. Zamiłowanie do wielkich ulicznych procesji kościelnych i świeckich, z udziałem gigantycznych figur i w atmosferze entuzjazmu to spadek po okupacji hiszpańskiej, o której przeciętny Sycylijczyk nie pamięta lub zgoła o niej nie wie, choć kontynuuje narzuconą mu niegdyś tradycję.
Św. Łucja patronuje jednemu z najkrótszych dni w roku i uważana jest za opiekunkę oczu. Msza poranna kończy się błogosławieństwem przyniesionych gotowanych ziaren pszenicy. Po powrocie do domu trzeba je zjeść jeszcze rano by zyskać pewność, że tego roku nasz wzrok nas nie zawiedzie. Do pszenicy można dodać soli lub cukru. Ja dodałam miodu spod Etny mając w ten sposób niespodziewaną a miłą sercu namiastkę kutii, jaką gotowała moja babcia ze Wschodu.
Wigilijny poranek był dużo spokojniejszy niż w Polsce. Żadnej bieganiny i pośpiechu i tylko ja produkowałam "danie polskie", o co poproszono mnie raczej z kurtuazji niż chęci poznania. Grzybowa z łazankami bulgotała nostalgicznie a ja starałam się zamienić tęsknotę na bardziej pożyteczną obserwację, co jest przecież obowiązkiem podróżnika nawet, jeśli z lekka pochlipuje. Po godz.20-tej, gdy już dawno świeciła pierwsza gwiazdka nad "la terra dell sole" (ziemią słońca) zaczęli napływać goście, jako że wieczór miał mieć charakter składkowy, przyjacielsko - rodzinny. Pomimo sirocco (przenikliwy wiatr znad Afryki), wilgoci, która jest głównym symptomem zimy sycylijskiej i deszczu, panie przybywały w szpilkach, ubrane na czarno, który to kolor obowiązuje przez całą zimę, o ile nie przez cały rok Każda z nich przynosiła rybę a panowie miejscowe wino nieco silniejsze niż pija się tu zwykle do obiadu. Tego dnia jak w całej chrześcijańskiej Europie nie jada się mięsa. Stół z białym obrusem, oczywiście bez sianka i opłatka, przybrany gałązkami pini zapełnił się niezliczoną ilością wariacji na temat " ryba". Niestety dla mnie były to pesce crudo, tj. ryby wędzone, ale tak delikatnie, iż były prawie surowe. Płaty bordowego w kolorze tuńczyka, duma i tradycja Messyny - ryby spada, których filety mają wielkość patelni, półmiski frutti di mare, drobne ślimaczki polewa się świeżym sokiem z cytryny i olejem z czarnych oliwek, który ma zielony kolor morza Tyrreńskiego i konsystencję bliską wody. Moja grzybowa wystąpiła gdzieś pomiędzy kolejną rybą a deserem i została potraktowana jako makaron z sosem grzybowym ze zdumiewającą wszystkich przewagą tego ostatniego. Nie miałam im za złe ciut krzywdzącej opinii, gdyż Włosi nie znają i nie jedzą zup poza swoją minestrone, czyli jarzynową na wodzie. Dwie rzeczy są ważne na stole Południa, chleb i wino. Chleb zawsze świeży, wino zawsze młode. Całość Wigilii kończyło panettone i drobne prezenty.
Miałam okazję docenić metafizykę polskiego wieczoru, tu jej brakowało. Sycylijskie spotkanie przy stole nie różniło się wiele od innych uroczystości rodzinnych. Myślałam o tym idąc na tradycyjną Pasterkę o północy. Kaskady białych lampek komponowały się wspaniale z żywą o tej porze roku zielenią, z krzakami bugenwilli, która fioletem i czerwienią wspina się uparcie po starych, popękanych murach. Cóż, ta scenografia jest dużo bliższa wydarzeniom w Betlejem sprzed dwóch tysięcy lat.
 

„Boże Narodzenie spędzaj z najbliższymi w domu, a Wielkanoc z kim chcesz” – tak mówią na Sycylii. Prawdziwa festa rodzinna i obżarstwo zaczyna się 25 grudnia. W pięknej willi w Torre Faro na przedmieściach Messyny przeżyłam ten zmasowany atak kuchni śródziemnomorskiej, która przynajmniej w tym okresie lekka nie jest. Tak więc obowiązkowy aperitif to białe wino, antipasto – grzyby w occie balsamicznym, melanzana, papryka i pomidory w pikantnym oleju. Pasta, czyli twardy makaron – al dente zapiekany na wszystkie sposoby z warzywami ma obowiązkowy składnik – salsę, sos pomidorowy. To włoski produkt specjalny, rzecz święta, dobro narodowe. Antyczny przepis na jej produkcję był następujący – dojrzałe, słodkie pomidory należało przetrzeć przez sito, uzyskaną masę wylać na dębowy stół tak, by woda wyparowała pod żarem słońca. Długą, drewniana chochlą mieszało się tą masę a wieczorem stoły przenoszono pod dach. I tak przez trzy dni aż do uzyskania gęstego sosu, który nie ma równych sobie. Specjałem typowym dla Sycylii jest też focacio, rodzaj pizzy o grubszym cieście z solonymi szprotkami lub czterema rodzajami sera, zapiekany w piecach. Po daniach makaronowych, do których należy też lasagnia, panowanie nad stołem objęły mięsa. Rasowy Sycylijczyk rzadko jada wieprzowinę uważając ją za gorszy i niezdrowy gatunek. Mięsem naczelnym jest młoda wołowina. Taką też podano, pieczoną na ruszcie, obłożoną rozmarynem, zielonym pieprzem i zawadiacko sterczącą czupryną fenkułu za co pani domu odebrała należne komplementy. Zaangażowanie kobiet, ich wola bycia idealną panią domu, współczesną westalką jest godna podziwu. Nigdzie nie czują się one tak dobrze jak w kuchni, gdzie ich krępe postacie o ciężkich biodrach i piersiach balansują w aromacie śródziemnomorskich ziół.

 Gdy już zapach pieczystego rozpłynął się w powietrzu uciekając przez uchylone okno ku jońskiej plaży, podano kilkanaście gatunków ciast w większości zrobionych na bazie marcepanu, orzechów, masy sezamowej z dużą ilością czekolady, którą tutaj jada się tylko sezonowo, tzn. zimą. Po deserze były jeszcze owoce: granaty, specjalny gatunek winogron o kształcie łezki i słodyczy miodu, cacci, owoce, które wg. kształtu i koloru są słodkim bratem bliźniakiem pomidora. Kropką nad „i” jest zawsze i niezmiennie kawa. Ta z wyspy słońca ma konsystencję kremu, objętość pięciu łyżeczek i działanie diabelskie, stąd w barach podaje się często równolegle szklaneczkę wody. Ja poprosiłam moich znajomych o herbatę, co skwitowano pełnym troski pytaniem czy dobrze się czuję. Poczciwą herbatę pije się tu tylko w przypadku niestrawności. Zastępczo dostałam rumianek, który jest panaceum na wszystko.

Żegnaliśmy się późno, bo Sycylijczyk raczej się nie śpieszy, nie stresuje czasem. Kocha słońce, jedzenie, kobiety i przyjaciół, dokładnie w tej kolejności. Akceptuje świat w jego odmienności. Dopiero, gdy ktoś zagrozi tym podstawom jego życia staje się niebezpieczny.

Na patio przed domem odprowadzają nas niewidoczni mieszkańcy, osiem kotów. Uratowane z zakamarków portu są zadowolone z tak licznych gości. To oznacza niezłą  ucztę z resztek w ten bożonarodzeniowy wieczór. Czmychają za krzaki oleandrów tratując świeżo rozkwitłe fiołki alpejskie by jeszcze raz zerknąć jednym, zielonym kocim okiem zza pnia palmy Ach! ci obcokrajowcy, dlaczego odjeżdżają,  przecież tak tu pięknie! Sycylijski kot nie może tego pojąć.

No, strzelaj, strzelaj, tylko w górę! – życzliwie doradza mi właściciel domu i dubeltówki. Jest 23.50, za chwilę Nowy Rok 2006. Stoję na balkonie kamieniczki w centrum wsi pod Palermo. Myślę o minionych świętach w portowej Messynie. To zaledwie 200 km. stąd, a jaka różnica. Kryształowa przejrzystość górskiego powietrza sprawia, że pokryte śniegiem Madonie są na wyciągnięcie ręki. Ale nie czas na rozmyślania, muszę strzelać. Zamykam oczy i celuję w granatowy aksamit palermitańskiego nieba. Na chwilę przycichają petardy z szacunku dla prawdziwej broni. Potężne echo odbija się od białych, kamiennych ścian domów wspinających się terasami w górę. Gwar, śmiechy, sztuczne ognie nie pozwalają zasnąć do rana. Młodzi szaleją na motorach wożąc swoje piękne dziewczęta, istne wulkany energii i radości życia o włosach czarnych jak lawa sycylijskiej Etny. Starsi znoszą to cierpliwie. Ci potomkowie Fenicjan, Greków, Arabów i Normanów potrafią przetrzymać i taki najazd. Skupiona radość Natale przechodzi w dionizyjski okres karnawału. Palermo bawi się całym sercem i całą kieszenią. Zaczyna świętować w listopadzie kiedy na placach pojawiają się choinki, których intensywna kolorystycznie dekoracja przypomina, że jesteśmy na krańcach Europy, o krok od Afryki. Nawet odległe od centrum uliczki, tak wąskie, że aby przepuścić samochód trzeba rozpłaszczyć się na ścianie domu, są pełne radości i światła. Przed Teatrem Narodowym, którego strzegą dwa potężne kamienne lwy, niebosiężne, marmurowe schody znikają pod czerwienią gwiazd betlejemskich. Palmy okręcone od stóp do głów lampkami tworzą na tle wieczornego nieba białe, graficzne wzory. Ruchliwa zawsze stolica teraz jest w stanie zenitu. Corso Vittorio Emanuele i via Calatafimi, najdłuższa ulica Sycylii to tunele w oślepiającym blasku iluminacji. Chodniki na których bezkarnie parkują auta są już nie do przebycia zablokowane straganami mieszkańców dzielnic arabskich, latynoskich, azjatyckich. Sprzedają wszyscy i wszystko. To element zabawy, a ta lub inna religia nie ma znaczenia. Natale jest dobre dla każdego. Mercato (targ), które pracuje przez cały rok i przez całą dobę, przed Wigilią  jest przesiąknięte zapachem świeżo złowionych ryb. Kutry, łódki i najstarsze łajby wypływają w morze Tyrreńskie, najchętniej nocą. Ich światła tworzą nową linię horyzontu. Na promenadzie nad dwukilometrową plażą Mondello można kupić świeże polipy .Jeszcze żywe w wiadrach z wodą zerkają w górę bezrzęsym okiem i rozciągają swoje osiem nóg. Za chwilę giną w wielkich kotłach z wrzątkiem, wrzucane tam żywcem. Amator bomby białkowej jaką jest mięso polipa, dostaje go potem na wielkim jak koło młyńskie talerzu i polewa męczennika sokiem z cytryny i olejem. Mięso przypomina trudną do pogryzienia gumę bez smaku i lepiej popić ten przysmak szklaneczką wina by zatrzeć wspomnienia. Wieś sycylijska je mniej mięsa także w święta, więcej ryb i własnych jarzyn. Dumą rolnika spod Palermo są karczochy w odmianie z kolcami. To piękna, rozłożysta roślina o twardej łodydze i owocu kształtem przypominającym złożony kwiat lotosu. Może być gotowana, smażona, nadziewana. W czasie świąt czuje się na ulicach słodki zapach fritteddy, potrawy ze smażonej cebuli, zielonego groszku, fasoli i karczochów. Nie może też zabraknąć mustazzoli, ciasteczek z migdałami, cynamonem i goździkami.

            Capodanno, Nowy Rok to dobry dzień na polowanie. W górach poluje się na dzikie króliki, zające i ptaki. Właściciel dubeltówki ma też dziesięć rasowych, wyszkolonych psów, które są głównymi aktorami tego dnia. Ponieważ jestem zdecydowaną przeciwniczką tej rozrywki, zaklinałam w myślach wszystkie sycylijskie króliki by nie opuszczały swoich tajemnych nor. I udało się! Efektem wysiłku psio-ludzkiego był jeden zastrzelony w locie ptak. Oczywiście polowanie uznano za stracone a mnie za czarownicę, której się więcej nie zabierze na męską wyprawę.

            Le Madonie,(Carbonara 1979m n.p.m.) to sycylijskie przedłużenie Apeninów w dużej części zamknięte w obszarze parku narodowego. W górnych partiach pokryte bielą śniegu, w dolnych pełne zieleni i kwiatów, obfitują w zwierzynę. Nie udało mi się na szczęście spotkać licznych węży i dzikich kotów, ale psy poszły tropem afrykańskiego jeżozwierza, który łaskawie pozostawił dla mnie swój 20-centrymetrowy , biało-czarny kolec. Bogactwo flory zadziwia nawet zimą. Począwszy od orchidei, cyklamenów i peonii, poprzez żarnowce, 300-letnie ostrokrzewy, eukaliptusy i pinie, aż po endemit jakim jest abate dei Nebrodi, drzewo szpilkowe w liczbie 31 unikalnych okazów. Buki i dęby witają nowy rok ozłocone. Piękno tych gór jest trudne do opisania. Przecięte głębokimi wąwozami, szczytami żółto- brązowe, u stóp pełne winnic i gajów oliwnych, dają krajobraz westernowy, niepokojący, dziki.

            Późnym popołudniem słońce ześliznęło się ze szczytów, omiotło ciepłym promieniem powracającą z harców grupę myśliwych i schowało się w falach morza Tyrreńskiego po raz pierwszy w 2006 roku. Trzy dni potem żegnałam Sycylię ale tej ziemi trudno powiedzieć addio, żegnaj, tu się mówi – a domani, do jutra. Więc, do jutra, piękna wyspo.

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA