Strona główna / nr 2 (12) - WIOSNA 2007 / Słyszałem tylko jaskinie i swój oddech
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Słyszałem tylko jaskinie i swój oddech


W sportowym pokonywaniu jaskiń znaczną rolę odgrywa nie tylko wyszkolenie techniczne grotołazów i ich przygotowanie kondycyjne, ale także stosowanie stale udoskonalanego sprzętu. Właśnie w sprzęcie, a co za tym idzie i w stylu podziemnej wspinaczki zaszły zmiany tak wyraźne, że można je określić jako rewolucyjne. Dla młodego wspinacza jaskiniowego, który dysponuje dziś linami z tworzywa sztucznego, specjalnymi przyrządami do zjazdu i do podchodzenia na linie, lekkimi materacykami i śpiworami, wygodnymi kombinezonami i poręcznymi palnikami do przyrządzania posiłków, opis sprzętu używanego jeszcze na samym początku lat sześćdziesiątych brzmi jak fragment zamierzchłej, historycznej opowieści górskiego dziadunia.
Gdy przypomnę sobie pierwsze jaskiniowe kroki (począwszy od 1960 r.), kiedy to w pionowych partiach zwanych studniami trzeba było zawieszać setki metrów ruchomych drabinek i ciężkie, twardniejące w niskich temperaturach sizalowe liny, kiedy to nosiło się ze sobą gumowe, nadmuchiwane materace i ogromne śpiwory, a także całą kuchnię z kopcącymi prymusami na denaturat lub benzynę, a nawet - co dziś brzmi już wręcz groteskowo - karbidowe lampy, i gdy porównam z obecnie używanym sprzętem, widzę jak na dłoni ogrom przemian. Zmiany te w sposób bezpośredni musiały też dotknąć Pogotowie. To, że dziś TOPR przeprowadza sprawne i skuteczne akcje ratownicze w jaskiniach, że została pokonana kolejna bariera organizacyjno-techniczna i psychologiczna, jest zasługą trzech ludzi; każdy z nich, w swoim czasie, zrobił wiele, by Pogotowie i pod ziemią czuło się pewnie. W dziedzinie tak skomplikowanej, jaką jest ratownictwo górskie, kwestią bardzo ważną jest tradycja, a należy przez to rozumieć wieloletnie narastanie doświadczeń. I to nie tylko czysto technicznych. Technikę można względnie szybko opanować. Tradycji nie zbuduje się na poczekaniu. Jestem zdania, że poziom ratownictwa wysokogórskiego jest zawsze wypadkową dorobku turystyki, taternictwa, narciarstwa, przewodnictwa, speleologii, medycyny związanej z urazowością typową dla gór, a także ochrony przyrody. Każde z tych pojęć należy rozumieć szeroko. Krótko mówiąc, nie da się stworzyć Pogotowia bez osiągnięcia odpowiedniego poziomu w wielu dyscyplinach, które składają się na to, co można nazwać k u l t u r ą turystyki górskiej. Jest to więc tyleż kultura materialna, techniczna, ile kultura duchowa, symboliczna. Tylko żywe wiązanie tych dwóch sfer może stworzyć warunki do dobrej pracy Pogotowia - instytucji, ale i organizacji społecznej zarazem.
Najkrócej mówiąc: podwójny status człowieka związanego z Pogotowiem polega na tym, że jako członek organizacji jest ochotnikiem w pełni dysponującym swą osobą, ale jako uczestnik akcji ratunkowej czy pełniący dyżur staje się trybikiem w organizmie zwanym służbą ratowniczą. Jest to więc świadome i dobrowolne przekazanie części swojej wolności i suwerenności osobistej na rzecz zespołowego działania, jakim jest ratownictwo. W sposób szczególnie wyrazisty dwoistość ta, scalona w jeden typ postawy życiowej i zawodowej, występuje u ratowników zawodowych. Postawa ta jest wypracowywana indywidualnie przez każdego z ratowników, ale punktem wyjścia, fundamentem, jest autentyczna i stała obecność tradycji; na tyle trwałej, że można się na niej oprzeć, i na tyle otwartej, że nie istnieje niebezpieczeństwo skostnienia w pusty tradycjonalizm. To drzewo wciąż rośnie, przybywają mu nowe słoje; nowoczesne ratownictwo jaskiniowe, ratownictwo z powietrza, udział lekarzy w trudnych akcjach...
Nie byłoby dzisiejszych sukcesów śmigłowcowych, gdyby nie dr Antoni Janik z Rabki i kpt. pilot Tadeusz Augustyniak. To oni - oraz wielu innych, których tu wymienić nie sposób - tworzyli nową tradycję, której piękne karty W. Wolański, J. Siemiątkowski i ich koledzy.
Nie byłoby stałego wręcz udziału lekarzy-ratowników w trudnych akcjach ścianowych i jaskiniowych, gdyby nie wielu lekarzy współpracujących z Pogotowiem od jego narodzin. Ich następca, dr J. Hajdukiewicz, wchodził w góry wyżej i głębiej niż oni, a R. Janik uczynił to zasadą. I dziś mamy już tradycję, że lekarz desantuje się ze śmigłowca, byle tylko móc dotrzeć do rannego. Nazwiska lekarzy: Roberta Janika, Jacka Albrechta, Józefa Janczego, Romana Mazika a ostatnio Grzegorza Barnasia i Sylweriusza Kosińskiego - często pojawiają się na kartach tej książki.
Tradycja jaskiniowa zaczęła się na dobre kształtować na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Przeprowadziliśmy wtedy intensywne szkolenie w trudnych tatrzańskich jaskiniach, a J. Śmiałek był pierwszym rzecznikiem nowego, lekkiego stylu pokonywania grot. Jego myśl kontynuowali wybitni speleolodzy wśród kadry zawodowej Pogotowia - M. Kołodziejczyk i K. Szych, a ostatnimi laty - Roman Kubin.
Pięciu Słowaków pokonywało Wielką Śnieżną. Podczas zjazdu do Studni Wiatrów jeden z nich runął w dół, ponosząc śmierć na miejscu. Było to 13 września 1997 r. tuż przed północą.
Do TOPR wiadomość o wypadku dotarła dopiero nazajutrz, o godzinie 17.25. Przed Romanem Kubinem i liczną ekipą stanęło trudne zadanie wydobycia ciała Attili B. Leżał głęboko: na poziomie - 550 m od otworu. Spełnili dobrze swe zadanie. Wymieńmy chociaż paru, aby oddać sprawiedliwość ich ciężkiej i niewdzięcznej pracy. Oto oni: Roman Kubin, Rafał Kidoń, Wojciech Mateja, Marcin Józefowicz, Andrzej Lejczak i Jacek Broński. I wielu innych.
Przyczyna wypadku? Okrutnie pospolita: brak węzła na końcu liny. Alpiniści jaskiniowi doprowadzili niemal do perfekcji technikę poruszania się w jaskiniach. Pokonywanie głębokich podziemi to konieczność zjazdu na linach w pionowych studniach i przez bardzo strome skalne progi. Aby przyspieszyć posuwanie się w głąb, grotołazi mają szczegółowo rozpracowane poszczególne partie jaskini, a w plecakach (worach) sprzęt konieczny do pokonania danego odcinka groty. Słowacy mieli najpewniej liny "zworowane", czyli umieszczone w długich i obłych worach według odpowiedniej kolejności: do studni głębokiej na 40 m tejże długości lina, na dziesięciometrowy próg lina krótka, byle sięgnąć nogą poziomej części korytarza.
Grotołaz stał na brzegu czterdziestometrowej Studni Wiatrów. Na uprzednio zamocowaną linę założył przyrządy do zjazdu i asekuracji. Obciążył linę. Zawisł na niej całym ciałem. Zwolnił przyrząd hamujący. Jechał gładko na rolce zjazdowej.
I nagle - koniec liny.
Runął z wysokości trzydziestu metrów.
Bo to była lina przeznaczona na dziesięciometrowy skalny próg, a nie na czterdziestometrową studnię. Gdyby jednak na końcu tej krótkiej liny był zwykły węzeł, to rolka zjazdowa zatrzymałaby się na węźle. Grotołaz wróciłby po linie na brzeg studni i naprawił swój błąd, zakładając właściwą linę.
Prosty węzeł - i żyjesz. Brak węzła - i nić życia rwie się jak przetarta lina.

11 kwietnia 1999 r. późnym popołudniem grotołazi-nurkowie zgłaszają, że jeden z uczestników ekspedycji do Jaskini Śnieżnej nie wyszedł z podziemi: Gdzieś się stracił.

Roman Kubin organizuje poszukiwania. Ekipę ratowniczą zabiera na pokład śmigłowca Ryszard Hojdys. Desant możliwie wysoko i blisko otworu jaskini. Ratownicy wślizgują się zalodzonym, stromym i ciasnym korytarzem. Potem piękny zjazd na linie w wapiennym dzwonie Wielkiej Studni. Zwyczajne czynności alpinistyczne w tym fascynującym cudzie natury.

Nazajutrz o godzinie 14.00 poszukiwany wyczołgał się razem z ratownikami na powierzchnię. W dobrym zdrowiu i kondycji.

Podczas wycofywania się z dolnych partii Śnieżnej szedł ostatni. Nie wiedząc kiedy, znalazł się w bocznym ciągu groty. Zanim się zorientował, koledzy byli już gdzieś wyżej, poza zasięgiem głosu. Wrócił do głównego traktu jaskini, przespał się i ruszył ku wyjściu. Samotność w wielkiej i głębokiej jaskini to bardzo specjalne przeżycie. Świadomość, że byle awaria światła czy drobna nawet kontuzja nogi lub ręki to – dosłownie – żywotny problem, wzmaga napięcie, które dość łatwo może przerodzić się w niepokój, ten zaś w strach. W takim stanie myśli się przede wszystkim o szybkim wydostaniu na powierzchnię i to wewnętrzne parcie ku górze, gdzie swobodna przestrzeń i zapach czystego górskiego powietrza może być dodatkowym zagrożeniem; szybko – to często znaczy niedokładnie. A w jaskini tak wiele przecież zależy od umiejętności używania sprzętu, właściwie zawiązanego węzła pętli, prawidłowego założenia na linie urządzeń umożliwiających pokonywanie przewieszonych studni i pionowych progów.

Nigdy nie byłem w takiej sytuacji, ale wystarczyło mi to, co przeżyłem właśnie w Jaskini Śnieżnej. Przebywałem w niej kiedyś dostatecznie długo – siedem dni i nocy – aby zacząć zapuszczać się samotnie w długie korytarze i ich odnogi. Robiłem to pod kontrolą; oddalałem się zaledwie na kilkadziesiąt metrów, gasiłem światło i nasłuchiwałem, czy dolecą do mnie głosy kolegów szykujących się do biwaku. Za którymś razem poszedłem tak daleko, że słyszałem tylko jaskinię. I swój oddech. Przestraszyłem się i nerwowo sięgnąłem do przedniej części kasku, aby zapalić latarkę czołową. Jednak światło nie rozbłysło. Wystąpił na mnie pot. A równocześnie czułem suchość w gardle. Pamiętam, że pierwszym uczuciem, jakie mnie ogarnęło, była wściekłość na siebie, że w tak idiotyczny sposób wpędziłem się w kłopoty. Drżały mi ręce, gdy ponownie próbowałem uruchomić latarkę. Bez skutku. Położyłem się na wznak, powtarzając głośno: Spokojnie, tylko spokojnie. Po chwili sięgnąłem tam, gdzie powinna być czołówka, dotknąłem, gdzie trzeba. Odetchnąłem. Nie muszę wołać do kolegów, aby mnie stąd wydostali jak ślepego szczeniaka. A byłem wtedy tak głupio ambitny, że to wołanie uznałbym za swoją porażkę.

A teraz opowieść o wielkiej wyprawie do Jaskini Zimnej, którą ratownicy tatrzańscy przeprowadzili 30-31 stycznia 1976 r. Pisząc o tej wyprawie, będę się posługiwać – jak zawsze – „Księgą wypraw” oraz rzetelnym reportażem Wojciecha Adamieckiego pt. „Jaskinia Zimna: wielki poker”.

Tuż po północy, ledwie zaczął się 30 stycznia – była dokładnie godzina 0.40 – Grupa Tatrzańska otrzymała zawiadomienie, że w Jaskini Zimnej zdarzył się wypadek – jeden z grotołazów, Zenon Z., spadł z lawiną kamienną. Przy poszkodowanym, mocno potłuczonym i poranionym, znajdowało się dwóch kolegów.

W godzinę po alarmie wyruszył pierwszy zespół ratowników. Ze względu na warunki śniegowe ratownicy dojeżdżają samochodami tylko do Kir. Dalej skuterem śnieżnym przewożeni są ludzie i sprzęt – zapisano w „Księdze wypraw”.

U wylotu jaskini założono prowizoryczną bazę – pozostał w niej Stanisław Janik, kierownik całej akcji. Do Zimnej weszła doborowa ekipa pod wodzą Antoniego Janika. Około godziny 9.00 ratownicy dotarli do rannego – było to 1200 m od otworu, w tak zwanym ciągu górnym (dolny ciąg stanowią syfony, w których przeprowadzono wyprawy w 1958 i 1966 r.). Jak się okazało, spadł on z blokami skalnymi z wysokości 20 m doznając bardzo poważnej kontuzji głowy: dwukrotne złamanie kości jarzmowej, otwarte złamanie zatoki czołowej, złamanie obu szczęk, złamanie obu nóg, w tym jedna – otwarte złamanie obu kości. Jak powiedział mi potem Robert Janik, najlepszy bez wątpienia lekarz-ratownik, jakiego kiedykolwiek miało tatrzańskie Pogotowie, grotołaz był w ciężkim stanie: Zmierzyłem mu ciśnienie skurczowe – siedemdziesiąt, tętno – sto, sto dziesięć na minutę![1]

I znów „Księga wypraw”: Po udzieleniu pierwszej pomocy lekarz Robert Janik polecił dostarczyć ze szpitala leki, by podtrzymać życie rannego i umożliwić transport. Były to m.in. opaski gipsowe, dolargan, dextran i leki potrzebne do kroplówki. Jednocześnie rozpoczęto transport stwierdzając, że droga jest każda godzina. Dla wszystkich było już oczywiste, że od Roberta teraz zależy wiele, bardzo wiele. Leki zostały dostarczone śmigłowcem i doniesione do wnętrza, gdy transport znajdował się 900 m od wylotu. Cały transport był niezwykle trudny. Ciasne zaciski zmuszały do wyjmowania rannego z worka transportowego, przeciskania go bokiem (3 miejsca), czasem z użyciem siły. Dwukrotnie podczas transportu lekarz aplikował rannemu kroplówkę. Złamaną nogę (otwarte złamanie) zagipsowano.

Pierwsze 700 m od miejsca wypadku transportowano 11 godzin. Pierwszy odcinek (około 20 m) bardzo ciasnym kominem ranny przeciągany był po plecach ratowników, groziło bowiem obsunięcie rannego w ciasną szczelinę. Następnie 40 m w dół, do tzw. Chatki. Stąd założono kolejkę na 10-metrowy próg. Podczas zakładania kolejki runęły bloki skalne, szczęśliwie obok wyprawy. Dalszy transport przebiegał wąskimi korytarzami do studni z wodą. Nad studnią założono 15 m kolejki. Dalej błotnistym korytarzem do następnego ciasnego komina z niezwykle ciasnym zaciskiem, który ranny przebył pionowo, popychany z góry (b. trudny moment).

A oto co powiedział potem Adamieckiemu Robert Janik: Znowu kontrola ciśnienia. Utrzymywało się w granicach sto – sto pięć. Niewiele więcej mogłem mu już pomóc. Mogłem tylko zwalczać ból. Trzeci raz dałem Zenkowi dolargan. Ale nie tak, żeby go zupełnie uśpić. Chciałem mieć ślad jego reaktywności i dowód, że nie pogarszają się funkcje mózgu. Kiedyś, jak pracowałem w pogotowiu szpitalnym, wezwano mnie do kobiety z kolką wątrobową. Dałem dolargan. Wpadła w taki wstrząs, że trzeba ją było ratować na oddziale reanimacyjnym. Dobrze wiedziałem, że jeśli później ktoś będzie oceniał moje postępowanie z Zenkiem, będą zwolennicy i przeciwnicy tego, co robiłem. Ale nie miałem wyboru. Naprawdę nie miałem wyboru. Tak sobie myślałem, że każdy lekarz zrobiłby to samo co ja, tylko może nie każdy byłby w stanie tam dojść. Jak ja się ucieszyłem, kiedy chłopak wyjęczał: – Mnie się chce lać! – Więc nerki pracują normalnie, a poniżej ciśnienia 70-80 blokują się. – Chłopie, lej w portki, nie przejmuj się – powiedziałem. To może się wydawać brutalne, wiem. Przecież absurdalne, niemożliwe byłoby stosowanie cewnika w tych warunkach. Jako lekarz muszę powiedzieć: cała ta sytuacja była bez precedensu. O prokuratorze, który mi grozi, jeśli Zenek... też myślałem, owszem. Ta specyfika warunków kazała mi podejmować absolutnie własne decyzje, bo nic tu się nie zgadzało z kanonami podręcznikowymi. Dokładnie, co dostał na ból i uspokojenie? 6 mililitrów pyralginy, 100 miligramów dolarganu. Dwa razy po 50 miligramów dolcontralu. Dwa razy cardiamid.

Dawałem mu mało szans. Dopiero w połowie drogi, po jakichś dziesięciu godzinach transportu zaczęła mi świtać nadzieja, może wytrzyma.

I znów „Księga wypraw”: Około 60 m zjazd Czarnym Kominem dokonali z rannym W. Gąsienica Gładczan i J. Gąsienica Roj. Ostatni trudny odcinek to kruchy komin, gdzie sypały się kamienie. Dalszy transport był znacznie łatwiejszy, jeszcze kłopotliwsze było przebycie tzw. Zapałek -150 m od wlotu. Zapałki musiano nieco rozkuć, ranny nie mieścił się bowiem w ciasnym korytarzu. Około godziny 4.00 ostatniego dnia stycznia ranny był na powierzchni.

W wyprawie wzięło udział dwudziestu czterech ratowników i kilku grotołazów. Cała akcja trwała blisko 30 godzin. Średnia szybkość posuwania się z rannym – 75 m/godz.

Na wniosek naczelnika GOPR, Jana Komornickiego, Rada Państwa przyznała medale Za Ofiarność i Odwagę następującym uczestnikom tej niezwykłej wyprawy: Józefowi Bobakowi, Maciejowi Gąsienicy, Kazimierzowi Gąsienicy Byrcynowi, Włodzimierzowi Gąsienicy Gładczanowi, Józefowi Gąsienicy Józkowemu, Janowi Gąsienicy Rojowi, Antoniemu Janikowi, Stanisławowi Janikowi, Robertowi Janikowi, Rafałowi Mikiewiczowi, Krzysztofowi Żurkowi i Andrzejowi Królowi.

Zakończmy tę relację cytatem z reportażu Adamieckiego: W dwa tygodnie po zakończeniu wyprawy ratunkowej wchodzę z Robertem Janikiem na Oddział Chirurgiczny szpitala zakopiańskiego. – Nie byłem jeszcze u niego – mówi Robert.

Mały pokój. Dwa łóżka. Na jednym z nich – długi, trochę wychudzony chłopak. Obręcze gipsowe otaczają głowę. Pisze list. Zenek. – Mogę rozmawiać – kiwa głową. Robert staje w nogach jego łóżka, opiera się o poręcz, patrzy. Zenek mówi bardzo niewyraźnie.

Pamięta dokładnie cały przebieg wyprawy z kolegami wrocławskimi. I ten ostatni epizod.

...Była to dość wysoka sala, chciałem sprawdzić, czy zapieraczką nie można by wejść w górę, zobaczyłem, że nie da rady, więc zamierzałem wracać, widocznie złapałem się czegoś ruchomego, poleciałem, za mną inne kamienie i dalej już nic nie pamiętam... Podobno coś wygadywałem, majaczy mi się, jakby ktoś ciął mi spodnie, wkładał rękę do ust... O gipsowaniu w jaskini dowiedziałem się z gazety, siostry w szpitalu mówiły mi, że helikopter kursował z lekarstwami... Nie rozumiem, jak to możliwe, żeby człowieka tamtędy tachać... Musiałem kupę ważyć w tym wszystkim... Na pewno którąś z dziewczyn lepiej byłoby transportować, tylko nie wiem, czy one by wolały (uśmiech)... Tak, zaraz podam adresy kolegów we Wrocławiu...

Robert zapytał:

– Zenek, czy ty mnie z kimś kojarzysz, moją twarz?

– Nie kojarzę... Czy myśmy się kiedyś spotkali? A... jak się pan nazywa...

– Janik.

Zenek mruży oczy.

– Tak... mówili mi, że oprócz GOPR-u panu zawdzięczam, że teraz oddycham... było ze mną podobno ciężko...

– Tak. Było ciężko, chłopie – mówi Robert[2].

 

Na podstawie książki Michała Jagiełło: „Wołanie w górach”

 



[1] M. Jagiełło, Kroplówka w Jaskini Zimnej, „Gościniec” 1976, nr 7.

[2] W. Adamiecki, Jaskinia Zimna: wielki poker, w: Zagrożenie, Warszawa 1980, s. 24-25, 43-44.





 
© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA