Strona główna / nr 2 (12) - WIOSNA 2007 / Makalu
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Makalu


Dwadzieścia kilometrów na wschód od Everestu, w masywie Khumbakarna, wznosi się piramida piątej co do wysokości góry świata - Makalu (8481 m). Pomimo bliskości Everestu, do jej podnóża dochodzi się ze wschodniego krańca Nepalu bardzo długą doliną Arun. W tym samym miejscu bierze również początek szlak do odległej Kangchenjungi. Górę otaczają lodowce: Barun od południowego zachodu, Chago od północnego zachodu oraz Sakyeteng od wschodu. Ze szczytu biegną trzy wielkie granie: ku północnemu zachodowi w stronę Makalu La (7410 m) i Kangcheung (7640 m), oraz ku wschodowi i południowemu - wschodowi w kierunku Makalu South (8010 m). W stronę lodowca Barun ze szczytu Makalu opada wielki filar zachodni. Makalu to góra o wybitnej urodzie, ze względu na lekkość i strzelistość sylwetki porównywana jest często do K-2 w Karakorum. Jej piękne - monolityczne - i bardzo trudne ściany, zwłaszcza południowa i zachodnia, są dla alpinisty atrakcją i sportowym wyzwaniem najwyższej klasy.
Wiosną 1954 roku próbowali wejść na Makalu Amerykanie i Nowozelandczycy (wycofali się z wysokości 7150 m). Jesienią tego samego roku atakowała Makalu wyprawa francuska, kierowana przez Jeana Franco. I chociaż szczytu nie zdobyła, jej plon był bogaty. Francuzi zdobyli między innymi Chomo Lonzo i Przełęcz Makalu, lecz przede wszystkim dobrze rozpoznali teren. Pozwoliło im to lepiej przygotować następną wyprawę. W niewiele zmienionym składzie i pod tym samym kierownictwem francuska ekipa powróciła w Himalaje w marcu 1955 roku. Wykorzystując wcześniejsze doświadczenia i rozsądnie korzystając z aparatów tlenowych, odniosła wielki sukces. Wspinając się na Przełęcz Makalu, skąd dalej północną ścianą, na szczycie stanęli w ciągu trzech kolejnych dni (15-17 maja) wszyscy uczestnicy wyprawy oraz sidar - łącznie aż 9 osób (pierwszymi byli Jean Couzy i Lionel Terray). W tamtych czasach wyprawy zadowalały się zazwyczaj zdobyciem góry przez jeden zespół. Nawet i dzisiaj, w dobie wypraw komercyjnych, stuprocentowa frekwencja na szczycie jest chlubną rzadkością.
Po piętnastu latach zastoju w zdobywaniu góry, w 1970 roku weszli na Makalu granią południowo - wschodnią Japończycy (Hajime Tanaka i Yuichi Ozaki). W następnym roku łupem kolejnej wyprawy francuskiej - pod kierownictwem Roberta Paragota - padł piękny i trudny filar zachodni. Na wierzchołku stanęli Bernard Mellet i Yannick Seigneur. Było to jedno z wybitniejszych osiągnięć himalaizmu sportowego tamtych lat. Poszukiwanie atrakcyjnych sportowo formacji doprowadziło w latach siedemdziesiątych do zainteresowania się alpinistów południową ścianą Makalu, mierzącą trzy kilometry wysokości. Pokonali ją w październiku 1975 roku Jugosłowianie Stane Belak i Marjan Manfreda. W rok później, 24 maja na Makalu powstała kolejne nowa droga: południowym filarem, a następnie przez wierzchołek 8010 m weszli na szczyt Milan Kriśak i Karel Schubert z wyprawy czechosłowackiej, kierowanej przez Ivana Galfy'ego. Był to duży sukces, okupiony jednak śmiercią Schuberta w drodze powrotnej.
Poirwszego solowego wejścia na szczyt dokonał drogą normalną Austiak Robert Schauer. W 1981 roku, 15 października zdobył Makalu Jerzy Kukuczka. Wszedł na szczyt w stylu alpejskim, nową drogą, która wiodła południowo - zachodnim żebrem (na prawo od drogi klasycznej) na Przełęcz Makalu, a potem północno - zachodnią granią na główny wierzchołek. Był on uczestnikiem małej, sportowo nastawionej grupy wspinaczkowej kierowanej przez Wojciecha Kurtukę. Wówczas jego wejście było jednym z najwybitniejszych osiągnięć himalajskiej wspinaczki solowej. Wcześniej w czasie tej wyprawy Kukuczka próbował bezskutecznie wraz z Kurtyką i Alexem McIntyre przejść zachodnią ścianę Makalu. Ścianę tę pokonała kolejna polska wyprawa - pod kierownictwem Adama Bilczewskiego; na szczyt wszedł samotnie Andrzej Czok.
We wrześniu 1986 roku dołączyłem pod Makalu do wyprawy kierowanej przez Krzysztofa Pankiewicza. Wówczas to Marcel Reudi, mający już na swym koncie 9 ośmiotysięczników, zaproponował mi wspólną wspinaczkę. Przyleciał do bazy helikopterem i szukał partnera na szybkie wejście w stylu alpejskim. Nie miałem wystarczającej aklimatyzacji, a tym bardziej nie miał jej Marcel, który przybył pod szczyt prosto z nizin. Po początkowych oporach zgodziłem się na jego propozycję, pod warunkiem wszakże, że zawrócę w przypadku kłopotów. Ruszyliśmy właściwie nową drogą, chociaż naszą trasę można by określić też jako wariant drogi francuskiej. Po raz pierwszy zażywałem wtedy środek medyczny o nazwie Diamox, który przyspiesza aklimatyzację, powoduje jednocześnie odwodnienie. Ale, o dziwo, czułem się dobrze. Nasz ostatni biwak wypadł na wysokości 7800 metrów. 24 września ruszyliśmy do ataku szczytowego. Nie byliśmy związani liną i wspinaliśmy się samodzielnie. Szedłem pierwszy i odległość między nami szybko rosłą. Przez cały czas torowałem szlak, a Marcel podążał po moich śladach. Wreszcie dotarłem na wierzchołek. Zapadał zmierzch, należało jak najszybciej wracać. Zdecydowałem więc, że nie będę dłużej czekał na partnera i rozpocząłem zejście. Nie opodal wyjścia z kuluaru prowadzącego na grań podszczytową, mającą w tym miejscu postać śnieżnego konia, pojawił się Marcel. Powiedział, że idzie na szczyt. Sądzę, że dzieliło go od celu około 20 minut drogi. Dałem mu termos z herbatą i każdy z nas poszedł w swoją stronę. Gdy wreszcie doszedłem do namiotu, byłem wyczerpany i traciłem czucie w nogach. Zacząłem je rozgrzewać. O Marcela raczej się nie martwiłem – była piękna, księżycowa noc, jasno jak w dzień, a na śniegu wciąż widniały moje ślady. Wygwieżdżone niebo jest jednak w górach nieodłącznym towarzyszem silnego mrozu. Było mi piekielnie zimno. Gotowałem herbatę i czekałem... Mijały godziny, a Marcel nie wracał. I już nie wrócił.
Nie mogłem mu pomóc. Na wysokości 8000 metrów organizm ludzki funkcjonuje na zwolnionych obrotach. Zresztą od momentu opuszczenia wierzchołka byłem w takim stanie – miałem cały czas tego świadomość – że i dla mnie zejście okazać się mogło tragiczne. Jakże inaczej jest w Tatrach, gdzie więź pomiędzy partnerami wspinaczki jest bardzo duża. Nazywa się to braterstwem liny. W obecnej dobie w górach najwyższych wspinacze jasno zdają sobie sprawę z tego, że uczestnicząc w akcji z innymi, polegać muszą przede wszystkim na własnych siłach.
            Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, ja szedłem w dół, on w górę... podobnie jak Carlos Carsolio i Wanda Rutkiewicz pod szczytem Kangchenjungi. Zakończenie też było podobne. Z tą tylko różnicą, że ciało Marcela znaleźli później Szerpowie.
            W zimie 1990 roku zjawiłem się jeszcze raz pod Makalu. Miało to związek z pomysłem dokonania pierwszych zimowych wejść na pięć najwyższych (tak zwanych „wysokich”) ośmiotysięczników. Nie udało się. Atakując samotnie drogę francuzów na filarze zachodnim, przeliczyłem się z siłami. Doszedłem do wysokości 7300 metrów, ale po biwaku zrezygnowałem z dalszej wspinaczki z powodu niezwykle silnego wiatru. Tak więc góra ciągle czeka na swojego zimowego zdobywcę. Może następnym razem...
 
© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA