Strona główna / nr 2 (12) - WIOSNA 2007 / Baśniowe góry Aladag
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Baśniowe góry Aladag


Pasaże odpływającego lata oplatają mnie jak morskie fale plażę, podczas powrotu ku oceanowi. Pierzasty katamaran dystyngowanie żegluje po niebie. Oblane poranną czekoladą wzgórza, przyjaźnie przytulają wioskę. Wstęga drogi wolno wije się wśród uprawnych pól. Wygrzewający się w słońcu słonecznik, zwiastuje pogodną jesień. Wieża wioskowego minaretu podąża prosto ku niebu. Głos muezzina rozpływa się w powietrzu, jak fale na wodzie. Idę w kierunku gór i kolejnej przygody.
Moje koleżanki i koledzy już daleko przede mną. Nie spieszę się. Jestem spełniony. Pierwsza część górskich planów naszej wyprawy w Aladagu wykonana w stu procentach. Teraz kolej na Demirkazika 3756 m. Oby z takim samym skutkiem. A potem na deser Erciyes Dagi 3917 m w Kapadocji. Póki co, jestem u wylotu kanionu inicjującego dolinę Narpuz. Jego wąską gardziel i ostre, poszarpane ściany nie wyglądają zachęcająco. Pod nogami rumosz skalny wypłukiwany przez wcale niemały potok. W miarę posuwania się ku górze kanion wyraźnie nastramia się, a kamienie są coraz większe. Z niemałą rozkoszą stawiam nogę w miejscu, gdzie kanion rozszerza się i przechodzi w dużą górską halę. Przed sobą dostrzegam znajome sylwetki Zosi i Józia. Do obozu docieramy z nadchodzącym zmierzchem i obawami reszty członków wyprawy. Jacek Ormicki, zatroskany naszą nieobecnością, sposobił się właśnie do wyjścia nam naprzeciw. W asyście pasterzy rozbijamy namioty. Próba nabycia owczego zbyrcoka, za ofiarowane im suweniry kończy się niepowodzeniem. Obdarowani przez Jacka O. papierosami i latarką za wskazanie źródła i odstąpienie miejsc na biwak, nie są skorzy do bilateralnej wymiany. Przynajmniej nie teraz. Rankiem niemal pod osłoną nocy opuszczamy namioty.
Powoli posuwamy się ku górze. Górna część wąwozu zamienia się w piękny kanion i stawia nam coraz większe wymagania. Przewieszone progi, ogromnej wielkości wanty i stawiarska ściana bronią dostępu do Demirkazikowego królestwa. Czynią także drogę podniecająco honorną. O skali trudności świadczą tu i ówdzie napotykane szkielety kóz i owieczek, które oddaliwszy się od stada, tu dokonały żywota. Jedna z nich, nie bacząc na rosnące trudności, podąża za nami jak markietanka za wojskiem. Zdaniem koleżeństwa spodobaliśmy się sobie. Ja jej, a ona mnie. Moje czułe prośby, by zechciała zawrócić - nie skutkują. Dopiero decyzja Marysi, żony naszego kierowcy Andrzeja, zmienia sytuację. Z ociąganiem, głośno pobekując, nasza "znajoma" podąża za nią. Po chwili zdobywamy ostatni próg dzielący nas od górnej części doliny. Oczom naszym ukazuje się sceneria rodem z baśniowych ogrodów Bakczysaraju. Zamki, wieże, turnie i baszty zdobne w piękne leje krasowe, żlebki i formy naciekowe, powleczone budyniową polewą tkwią w bezruchu. A my patrząc na nie, trwamy w niemym zachwycie. Obok nasz cel. Dumny Demirkazik. Niczym Giewont. Jego skalne płyty do rycerskiej zbroi podobne, budzą grozę i podziw. A trapezowata sylwetka przypomina siedzibę inkaskiego władcy. Łańcuch skojarzeń zamyka ścielący się u podnóża Demirkazika rumosz skalny. Wypisz wymaluj złotemu kruszcowi z inkaskich skarbców podobny.
Stromym piargiem pniemy się w kierunku południowo-wschodniej grani Demirkazika. Co rusz wraz z rumoszem zjeżdżamy w dół. Jacek Płończyński nie rad z takiego stanu rzeczy, podąża w górę ku pierwszym skałkom. Idziemy jego śladem. Jaka ulga stąpać po twardym. Tym sposobem w pięcioosobowym składzie: Iwonka, dwóch Jacków, Andrzej i ja docieramy do grani. Stąd już przysłowiowy rzut beretem do Demirkazikowych płyt. Jednak nie wchodzimy jeszcze na nie. Staramy się iść lewą stroną obok grani. Raz bliżej niej, raz dalej. W zależności od tego gdzie łatwiej o chwyty i stopnie. Niespodziewanie wzrok mój, napotyka otwór w skale. Zachęcony okazją, kładę się na brzuchu i wychylam przez skalne okno. Widok jakich mało. Pode mną 1000 metrowa przepaść. W dole radośnie skrzy się tafla Demirkazikowego jeziorka, a na wprost drugi strażnik doliny północnej - Gokif 3479 m. Za nim szerokim łukiem wygięta dolina rzeki Madenbogasi Densi. Kres estetycznej uczcie kładzie zdecydowana prośba Jacka O. - Boguś, proszę stamtąd odejść! Tryb rozkazujący, niepodobny do Jacentego nie pozostawia złudzeń. Pewnie uznał, że nieładnie się bawię. Ale prawdziwa zabawa dopiero przed nami. - Iwonko, powyżej głowy masz chwyt. Nad moją ręką jest dobry stopień. Nie tu. O tak, dobrze. Małżeńskie rady Jacka Płonczyńskiego świadczą o powadze sytuacji.
Rysy i kominki coraz mniejsze, a płyty coraz bardziej strome. Trudności dwójkowe, a my idziemy na "żywca". Jacenty przysiada na małej półeczce. My też się zatrzymujemy. Morze aladackich szczytów zamyka horyzont od południa. Kołujący poniżej kruk zatacza coraz mniejsze kręgi. Zakręciwszy termosy ruszamy w górę. Szczeliny, ryski i pęknięcia z trudem mieszczą pokrwawione palce. Cała nadzieja w podeszwie i skale. Ta ostatnia wyraźnie się "kładzie". Jeszcze kilka kroków. Jesteśmy na szczycie. Gdzie nie sięgnąć wzrokiem - góry. Najwyższy szczyt Aladagu Demirkazik 3765 m - zdobyty. Pełni należnej satysfakcji patrzymy przed siebie. Kaldi, Aladża, Korosay - nasi dobrzy znajomi na pierwszym planie. Daleko stąd nad Kapadocją kolejny cel naszej wyprawy, wulkan Erciyes Dagi 3917 m i jego "kolega" wulkan Hasan Dagi 3268 m. Ale to za kilka dni. Jeszcze zdjęcie szczytowe na tle tureckiej flagi z półksiężycem i wpis do księgi wejść. Mocno skoncentrowani schodzimy na dół. Znajome ryski, półeczki, kominki i zacięcia ponownie przydatne. Tyle, że w odwrotnej kolejności. Świadomość dobrej przyczepności podeszew istotnie waży na naszym samopoczuciu podczas schodzenia. Ogołocony z piargu żleb w miarę szybko sprowadza nas na przełęcz. Równie szybko docieramy do obozu w Narpuz. Przekrzywione słońce oświetla góry płomieniami gasnącego pożaru. Podobnie jak Hasior, zachwyca lękiem. Spoglądam w drugą stronę. Niebo nad stepem w czarno demonicznym kolorze. Daleko stąd widać piorunowy sabat. - Spróbuję dotrzeć przed burzą do dolnej bazy w Cukurbag - rzucam w kierunku szefa wyprawy Jacka Ormickiego. - Nie radzę - odpowiada, wymownie spoglądając w kierunku stepu. - Może zdążę, burza jest daleko. - Zrobisz jak zechcesz. Wolałbym jednak byś został z nami. Rankiem zwiniemy obóz i zejdziemy razem na dół. Decyzja należy do ciebie. - Jednak idę. - Jak chcesz. To ryzykowny pomysł. Krótka wymiana zdań z Zosią i Józiem. Biorę ich namiot, zostawiając im swoją szturmową jedynkę. - Może jednak zostaniesz? Popatrz tam już burza - mówi wyraźnie zmartwiona Zosia.

Szybko idę w kierunku wąskiej, gardzieli wąwozu Narpuz. Ostro opadający kanion pokonuję w niezwykłym napięciu. Brak sznurka. Tylko ręce i nogi. Wapienne podłoże kruche i zdradliwe. Sypki piarg tylko czeka na potknięcie. Wokół niecodziennych kształtów skały. Skalne gniazda, balkony, sterczyny, iglice i turnie nadają kanionowi wymiar baśniowo nieziemski. Niemałych rozmiarów nadzieja na bezpieczny powrót gaśnie wraz z widokiem nieba, pełnego pogrzebowej czerni. Towarzyszące jej świetlne fajerwerki i potężne grzmoty czynią moją sytuację trudną do pozazdroszczenia. Ściana wody, która znienacka spada na mnie, brutalnie uzmysławia mi beznadziejność mojego położenia. Oberwanie chmury – lotem błyskawicy przelatuje mi przez głowę. Gasnącą nadzieję na przeżycie, bezceremonialnie unicestwia potężny huk pędzącej z góry wody. To już jest koniec – przemyka mi przez myśl. Odruchowo chowam głowę między kolana. Po chwili porwany przez wodę pędzę w dół ku nieciekawej przyszłości. Uderzając co rusz plecakiem o brzeg kanionu, czuję, że poruszam się po cienkiej nitce wątłego żywota. Ekspresowa projekcja filmu z moich ziemskich dokonań nie wypada imponująco.
Kolejne spotkanie ze skałą wyrywa mnie boleśnie ze okowów „filmowego” seansu. Uzmysławia także, że jestem jeszcze po tej stronie światła. Chyba jednak niedługo, obwieszczam sam sobie. Wszak żywioł zabawia się mną jak zabawką. Nie mogąc zdzierżyć mojej obecności wśród żywych, rzuca mną co rusz o skały. Niebezpieczeństwo rozstania z plecakiem staje się coraz bardziej realne. Póki jest plecak, póty jest nadzieja.
Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki impet wody maleje. Jakaś dziwna siła porywa mnie i niesie w nieznane. Mam wrażenie, że ktoś mnie niesie. Szatańska muzyka wodnej kipieli oddala się. Atrament nocy nie pozwala nic dostrzec. Szmer namiotowego suwaka uzmysławia mi zmianę mojego położenia. Pełen najgorszych myśli „przebiegam” rękoma ciało. O dziwo, kończyny są całe. Reszta, w tym głowa, też jako tako. Choć mocny ból i smak krwi w ustach mają ochotę z tą diagnozą polemizować. Latarka rzecz by szybko wyjaśniła. Ale gdzieś się podziała. Wstawiona za namiot dłoń napotyka ścianę deszczu, a wzrok nijak z czernią poradzić sobie nie może. Komu zawdzięczam życie? Gdzie jestem? Wspaniały aromat herbaty, zwiastuje szybkie wyjaśnienie zagadki. – Zapraszam na herbatę, piękną polszczyzną odzywa się mężczyzna, którego głowa niespodziewanie pojawia się w namiocie. Trzęsąc zębami z zimna, jak liście osiki na wietrze, podążam za nim i światłem jego latarki. Wzrok niczym świder próbuje przebić ciemność. Tańczące kankana błyskawice, co rusz oświetlają sylwetkę nieznajomego. Jego słuszny wzrost, rzuca się w oczy. Aromat herbaty coraz natarczywiej drażni moje nozdrza. – Proszę pić póki gorąca, mówi gospodarz, wskazując na stojącą na stole herbatę. Skąd znam polski. Studiowałem w Polsce. Miałem dziewczynę Polkę. Planowaliśmy wspólną przyszłość. Rodzina nie zgodziła się na jej wyjazd z Polski. Szkoda. Stara historia. Słabe światło namiotowej lampy ledwo oświetla wnętrze. Rozglądam się wokół. W teatrze cieni powstałym na skutek wiszących na sznurku rzeczy z mojego plecaka, najbardziej absurdalnie i żałośnie prezentował się ten ostatni. Ni to Chaplin po wypraniu, ni strach na wróble. – Do rana wyschną. A tu są rzeczy, w które możesz się przebrać, dopóki twoje nie wyschną. Radzę jednak wypić herbatę. Dobrze zrobi. Nie daję się długo prosić. Jak spragniony wielbłąd kilkoma haustami wlewam ją w siebie. Po chwili krztusząc się pytającym wzrokiem spoglądam na gospodarza. – Przepraszam, zapomniałem powiedzieć, że to specjalna mikstura – mówi uśmiechając się wielki człowiek. – Już niejednemu pomogła. Dziękuję. Choć, coś się mi wydaje, że nie tylko herbacie zawdzięczam życie. Tak prawdę powiedziawszy myślałem, że z tej „podróży” już nie wrócę. – Jak ty to zrobiłeś? – Nic w tym szczególnego. Jestem kierownikiem bazy trekingowej, powstałej z inicjatywy mieszkańca wioski Czukurbag Mehmeda Dőnmeza. Od moich kolegów dowiedziałem się, że poszliście do Narpuz i na najwyższy szczyt Aladagu Demikazika. Od tej pory wypatrywałem was. Zaniepokoiłem się widząc światło latarki u góry. Domyśliłem się, że ktoś schodzi na dół. Na stepie już szalała burza. Wiedziałem, że kanion szybko wypełni się wodą. Stanąłem u jego wylotu. Tam gdzie zwykle woda wylewa się na step. Liczyłem, że z pomocą Allaha wyłowię nieszczęśnika. I udało się. Skąd mam tyle siły? W młodości byłem zapaśnikiem, a potem uprawiałem podnoszenie ciężarów. Trochę krzepy pozostało. – Pozostało, pozostało – przytakuję memu zbawcy. – Prawdę powiedziawszy czarno to widziałem. Niech twój bóg uczyni cię szczęśliwym, tak jak ty szczęśliwym uczyniłeś mnie. Zapraszam do naszej bazy w Czukurbag do znanego ci Mehmeda Dőnmeza. Jaki świat mały. Poznasz moje koleżanki i kolegów. Z pewnością ucieszą się. Właśnie z bazy w Czukurbag wyruszyliśmy przed kilkoma dniami do doliny Syjyrmy, a potem Akszam Pynar. Z założonego tam obozu weszliśmy na Aladżę 3583 m, Korosaya 3473 m i szczyt o roboczej nazwie Szczelinowaty. Spenetrowaliśmy także jaskinię w masywie Kadiego. Po zlikwidowaniu obozu zeszliśmy do Czukurbag na tzw. „przepak”. Po nocy spędzonej u Mehmeda Dőnmeza wyruszyliśmy do doliny Narpuz. Wieczorem rozbiliśmy w niej obóz. Następnego dnia zaatakowaliśmy Demirkazika. Po jego zdobyciu zeszliśmy do obozu w Narpuz. Moje koleżanki i koledzy teraz tam biwakują. Jestem pełen obaw, jak znoszą tę nawałnicę. Burza jeszcze nie ustała. Ja postanowiłem zejść z gór. Miałem nadzieję zdążyć przed burzą. Nie udało się. – Nie tobie pierwszemu. Tu tak często bywa. Kto jest szefem waszej wyprawy? – Jacek Ormicki. – Nie o nazwisko mi chodzi. Czy ma doświadczenie górskie. – Ależ oczywiście. I to jeszcze jakie. Czemu pytasz? – Dziwię się, że taki doświadczony człowiek zgodził się, byś schodził sam podczas burzy. – On nic tu nie winien. Wyraźnie odradzał. Namawiał, bym został. Powiedział wręcz, co o tym myśli. Co mógł więcej zrobić. To była moja suwerenna decyzja. – No tak. A czy był już w Aladagu? – Nie był. Ale dokładną topografię Aladagu znał jak pacierz, grubo przed przyjazdem. Szczyty, przełęcze i doliny recytował jak wiersze na szkolnej akademii. Na potrzeby wyprawy nauczył się tureckiego. Dzięki temu podczas eksploracji szczytów otaczających dolinę Syjyrma mieliśmy cały czas wodę. A z napotkanymi w okolicach Direktasa tragarzami wyprawy francuskiej konferował jak równy z równym, skutkiem czego dowiedział się, gdzie codziennie o godzinie 16.00 powinna być woda. A przecież to nie wodociągi. Następnego dnia bazowy naszej wyprawy Tytus, dokładnie o 16.00 wołał – Woda, woda. I tak już było codziennie. Tyle, że każdego dnia o kilka minut później. Zagadka wyjaśniła się nazajutrz podczas udanego wejścia na Aladżę. Nasza trasa wiodła w górę doliny Akszam Pynar w kierunku przełęczy Avdżi Veli Gedżidi. Tuż pod przełęczą, u podnóża stoków Kaldiego leżał potężny płat śniegu. Jak na tę porę roku i tzw. południową „wystawę” rozmiary miał imponujące. To stąd wytapiana słońcem woda, filtrowana przez kamyczki „śpiewnie” podążała w dół, wypływając we wskazanym przez tureckich tragarzy miejscu. – Bez wody nic nie zdziałasz w górach – wtrąca gospodarz. – Były takie ekspedycje, które z braku wody musiały się wycofać. Aladag to bardzo piękne, ale bardzo wymagające góry. Brak roślinności i wody czyni je bardzo trudnymi podczas eksploracji. I te huraganowe wiatry. A po nich wieczorna cisza i świat niecodziennie pięknych kolorów. Od ochry po yellow bahama. A nocami granatowe niebo, z łąką gwiezdnego kwiecia. – A jak było na Aladży? – Wspaniale. Wejście szczytowe po mocno nastromionych płytach dostarczyło mocnych wrażeń. A widoki przednie. O wiele trudniej było na Korosayu. Prowadząca tego dnia, Iwonka, dzielnie przez nas wspomagana, musiała się nieźle napracować. Ale powiodło się. Niemały zawód sprawiło nam zdobycie szczytu wznoszącego się nad słynną igłą skalną – Parmak Kaya. Piękna droga pełna doskonałych chwytów, stopni, wapiennych filarów, kominów i kuluarów wyprowadziła nas na bezimienny szczyt. Dwie równoległe, głębokie szczeliny, przecinały wzdłuż grzbietu jego kulminację. Korzystając z odwiecznego prawa zdobywców, nazwaliśmy go Szczelinowatym. Stojąc nad urwistą granią, patrzyliśmy na dumną sylwetkę Kaldiego i otoczenie doliny Akszam Pynar. Chwilkę sympatycznej zadumy przerwał okrzyk Jacka P. – Patrzcie, co tu leży między kamieniami – skarpetka. Może przyfrunęła z wiatrem? Podejmuję karkołomną próbę obrony naszej zdobyczy. Wymowne spojrzenie Jacka O. kładzie kres propagandzie sukcesu w moim wydaniu. Krótko mówiąc, ktoś tu przed nami był. Tak jak był w jaskini, do której przed południem opuścili Jacka, szefa naszej ekspedycji, koledzy. No cóż, bywa i tak. A resztę już znasz. Ale mnie wzięło na wspomnienia. O rety. Ty śpisz. – Nie śpię. Byłem przez chwilę w krainie wspomnień. Dzięki tobie jak w starym kinie ożyły dawne, już nieco wyblakłe zdarzenia. Temu, co wymyślił góry – Nobel się należy. Zgadzam się. Mógłbym tak z tobą o górach bez końca. Noc się pewnie już na czwarty bok przewraca. – Skądże. Popatrz. Już świta. Przygotuję śniadanie. – Dzięki. Pora na mnie. Spakuję się i pójdę w step. – Spokojnie. Pozwól wyschnąć na słoneczku twoim rzeczom. Tak interesująco opowiadałeś, że noc minęła jak z bicza strzelił. A słońce coraz wyżej. Ubrania wyschną w oka mgnieniu. A my zjemy coś gorącego. Popatrz tak wygląda nasza baza. Teraz jest pusta. Wczoraj byli tu Francuzi. Stąd ekspedycje wyruszają na Demirkazika. Ojej! Nasz szaszłyk, krzyczy gospodarz i w te pędy biegnie w kierunku znajomego zapachu. Wraca po chwili, promiennie uśmiechnięty. – Zapraszam do śniadania. Nasz turecki smakołyk. Szaszłyk barani. A herbata taka jak wczoraj. Uważaj, żebym nie musiał cię ratować. Smacznego. – Czego szukasz? Kartki. Chcę ci dać swój adres. – Proszę, pisz tutaj. Gdzie mieszkasz? – W Krakowie. – Piękne stare miasto. Byłem tam. Jak smakował szaszłyk? – Wspaniały. Palce lizać. – Cieszę się. Pakujesz się? – Kiedyś trzeba. Moje rzeczy już całkiem wyschły. Czas się zbierać. Umowa stoi. Jeśli dasz radę, wpadnij do Mehmeda. Gdybyś nie mógł, czekam w Krakowie. Niech wszystko, co czynisz, będzie źródłem dobra wszelkiego i uczyni cię spełnionym w miłości i spokoju.
– A ja tobie i całej wyprawie życzę szczęśliwego powrotu do kraju wraz z życzliwym wspomnieniem Aladagu i tureckiej ziemi. – Bywaj, zbawco! – Bywaj! Idę wolno w kierunku wioski za parą miejscowych wieśniaków. Jego dyndające na osiołku nogi przypominają husarskie skrzydła, w ostatniej fazie ataku. Jej zręcznie balansujące biodra perfekcyjnie panują nad tańczącym na głowie koszem. Mijam pierwsze zabudowania wioski. Kurz i piasek niepodzielnie rozsiadły się na pokrzywionych dachach. Schnące na ścianach domów łajno gotowe do podpałki. Dorodne świnie niczym damy z towarzystwa paradują środkiem wioski. Czereda wrzaskliwych dzieciaków schowała się za płotem. Kobiety w popłochu uciekły do domów. Opustoszała cembrowina wioskowego wodopoju. Uśmiechnięta twarz Mehmeda rzuca pytające – Okej? – Okej, odpowiadam. Po dłuższej chwili witam się z „narpuzową” grupą, która teraz dotarła do Mehmedowego sadu. Relacjonuję swoją przygodę i słucham ich niesamowitej opowieści. Oni także przeżyli horror. Lawina tocząca ogromne głazy, wiatr o sile huraganu i ocean wody sprawiły, że będą jeszcze długo mieli co wspominać. Radzi ze szczęśliwego zakończenia pakujemy się, robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia z Mehmedem Dőnmezem i otoczeniem jego domu. Nazajutrz pożegnanie z gospodarzem i ostatnie spojrzenie na Aladag. Pora na wulkan Erciyes Dagi.

Po dziesięciu latach z wysokiego wzgórza nad Uhisar spoglądam na chowające się za horyzontem słońce. Ostatnie promienie oświetlają Kapadocję.
W dole majaczy dostojna sylwetka wulkanu Erciyes Dagi. Z drugiej strony zamazane kontury Hasan Dagi. W milczącej zadumie patrzą przed siebie. Wzrok opiera się o Aladag, Czukurbag, Akszam Pynar, Syjyrmę, Korosay, Aladżę, Narpuz, Demirkazik.
Wracają wspomnienia. Czas podkreślił je czerwoną kreską, gasnącego wokół Kapadocji horyzontu.
Przyoblekł w szaty symbolu. Inny kontynent, wulkany, wysokie egzotyczne góry. Orientalny wymiar czasu i przestrzeni. Niekończąca się dal westchnień.
Jeszcze słychać tętent pulsu i drżenie dłoni. Bryła Demirkazika rośnie i staje dęba. Jest radość, jest smutek. Jest żal i wyschnięta czeluść gardła.
Widoczna hen daleko, długa grzywa Erciyes Dagi mami i przyzywa. Idziemy powoli. „Okulbaczenie” grani nie przychodzi nam łatwo. Mamy kłopoty. Są pierwsze urazy. Jesteśmy coraz wyżej. Podobni kondorom. Zdyszany oddech sukcesu czujemy na plecach.
A jednak wulkan się broni. Wraz z całym zboczem i potężnymi głazami zjeżdżamy w dół.
Usta, nos, oczy, pełne powulkanicznego tufu. Metr w górę, metr w dół. Nieludzkim wysiłkiem wracamy na grań.
Nareszcie Szczyt. Wyżej tylko niebo.
Tęsknym wzrokiem ogarniam Kapadocję. Oczy nostalgią wiedzione wędrują dalej. Z morza mgieł wyłaniają się znajome kontury. Poszarpana grań Aladagu prezentuje się okazale.
Ból przeżyć i radość uniesień.
Ej, czasie! Druhu mój. Chyżo pomykasz do przodu. Zabierz wszystko. Ocal tylko wspomnienia.
Tę sentymentalną podróż po krainie wspomnień dedykuję przyjacielowi Bacy Jacentemu (czytaj Jackowi Ormickiemu) w zbliżającą się rocznicę wspólnej wyprawy do Azji Mniejszej.
Później były inne. Także niesamowite. Ich długa lista w kolejce do wspomnień czeka.
Kolebowe noce w Tatrach pod gwiazd baldachimem. Brzask poranka w Dzikiej. Ściana deszczu, nocą w Litworowej. Śniegu biały tren pod Gładkim nad ranem.
Deszcz komet pod szczytem Spalonej. Elegancko gasnący dzień w Kaczej. Opętańczy taniec piorunów na Żelaznych Wrotach. Krzyk Zawratowej Turni. Estetów wrażenia na Mnichu.
Lodowo-śnieżna otchłań Baraniej Przełęczy. Akrobacje na Żabich. Herbatka pod Lodowym i rosołek w Koziej.
To tylko niektóre z nich. I choć inne były równie wspaniałe, to wspomnienie z Aladagu, na zawsze w pamięci mej pozostanie. Jak miłości pierwszej płomienne westchnienie.

Zdjęcia; Jacek Ormicki, Jerzy Bogusław Nowak

Podpisy pod zdjęciami;

0_12 Kaldi i dolina Akszan Pinar

013 Na szczycie Korosaya, widok na Aladag

014 W drodze na Aladże

015 Kanion Narpuz w drodze na Demirkazik

016Pod szczytem Korosaya

018,19 Panorama z Narpuz

020 W drodze na Demirkazik

026a, 27a, 33  Najwyższy szczyt Aladagu Demirkazik

029, 30,31,32, Na wulkanie Erciyes Dagi

W górach Transylwanii


 Zdjęcia; Jacek Ormicki, Jerzy Bogusław Nowak
© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA