Strona główna / nr 2 (12) - WIOSNA 2007 / 3 x 5000 m n.p.m.
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
3 x 5000 m n.p.m. - CZYLI ŚLADEM PIĘCIOTYSIĘCZNYCH WYGASŁYCH WULKANÓW


Pomysł tej wyprawy powstał na początku czerwca. Wraz z grupą znajomych z Krakowa wybieraliśmy sie do Gruzji na Kazbek (5047 m n.p.m.). Oboje z Romkiem dysponowaliśmy zdecydowanie większą ilością czasu, więc do naszych wakacyjnych planów zakradły się jeszcze dwie inne pięciotysięczne góry leżące stosunkowo blisko siebie - Ararat w Turcji (5135 m n.p.m.) oraz Damavand w Iranie (5671 m n.p.m.).

ARARAT (5135 m n.p.m.)
Z technicznego punktu widzenia biblijna góra Ararat jest łatwa do zdobycia. Największym problemem do pokonania na jej zboczach jest skomplikowana sieć zależności od tamtejszych agencji turystycznych wydających zezwolenie na jej zdobycie. Zasadniczo nie można wejść na szczyt Araratu bez uiszczenia zapłaty za usługi przewodnickie, które w zależności do narodowości potencjalnego klienta wahają się od 300$/os (dla Irańczyków i Gruzinów) do 1000$/os (dla Amerykanów i Niemców).
W cenę tę wliczone jest podjechanie samochodem terenowym na wysokość ok 2000 m n.p.m., następnie transport bagaży na koniach do bazy na 4200 m n.p.m., wyżywienie oraz, co najważniejsze, uniknięcie "military problem" w trakcie zdobywania góry. Co jednak jest zaskakujące, a co jednocześnie świetnie odzwierciedla tamtejsze "klimaty", za wodę w bazie, doprowadzoną gumową rurką ze źródła, trzeba płacić 2$/litr. Wykupując taką wyprawę w miejscowym biurze turystycznym, których jest mnóstwo w Dogubeyazit, ma się również zapewnione usługi przewodnickie, które jednak, naszym zdaniem, są zbędne. Trudno się zgubić na zboczach tej góry.
Do bazy I na 3100 m n.p.m. prowadzi szeroka, piaszczysta droga wśród ostów i kępek wysuszonych traw, która następnie przemienia się w typową, górską ścieżkę. Przejście do bazy I na 4200 m n.p.m. jest dość nużące - wiedzie niezmiennie wśród labiryntu powulkanicznych skał. Jednak odnalezienie właściwej drogi nie powinno nikomu sprawić problemów. Samo wejście na szczyt (5135 m n.p.m.) jest oznaczone tyczkami poustawianymi co 100 metrów. Kopuła szczytowa pokryta jest lodowcem, stąd niezbędne są raki i czekan.
Sami zdobywaliśmy szczyt po trosze uprawiając partyzantkę wśród wypalonych słońcem wąwozów przez pierwszy odcinek drogi. Dzięki temu udało nam się zbić cenę do...50$/os! To wszystko jednak kosztem nieustannego napięcia i niezbyt przyjemnych kontaktów z miejscową ludnością. Gdy zmęczeni bezustannymi zaczepkami zaczęliśmy ich ignorować, zaczęli rzucać z nas kamieniami... Jedynym miłym akcentem było podarowanie nam wianka z polnych kwiatów oraz pacynki zrobionej przez małą kurdyjską dziewczynkę. Za nic. Za uśmiech. 

DAMAVAND (5671 m n.p.m.)

Do miejscowości Reineh leżącej u podnóży Damavand dojechaliśmy teherańską taksówką za 10 $. Na miejscu od razu otoczeni zostaliśmy przez członków tamtejszego klubu górskiego, którzy oferowali nam swoje usługi. Zdobywszy juz jednak spore doświadczenie podczas zdobywania Araratu jak skutecznie ucinać tego typu rozmowy, szybko wyrwaliśmy się z kręgu natarczywych przewodników. Zapadła noc. Postanowiliśmy jednak od razu ruszyć do góry, by rozbić się z dala Reineh. Przy blasku księżyca, szeroką drogą, a następnie na przełaj przez górskie zbocze doszliśmy na wysokość 2500 m n.p.m. Następnego dnia wstaliśmy bardzo późno i ruszyliśmy w kierunku dwóch płatów śniegu, które malowniczo widniały tuż pod szczytem. Po drodze spotkaliśmy jednie dwóch irańskich pasterzy przeganiających swoje stada owiec po wulkanicznych  stokach Damavand.

Powyżej 3600 m n.p.m. trafiliśmy na żleb usłany luźno osadzonymi kamieniami, gdzie niejednokrotnie stawiając jeden krok w efekcie cofaliśmy się o dwa... Droga ta stawała się coraz bardziej uciążliwa, ale też wraz z rosnącą stromizną – coraz bardziej niebezpieczna. Postanowiliśmy zejść na dno doliny i idąc korytem wyschniętej rzeki dojść najwyżej jak się da. W ten sposób doszliśmy do pierwszego płata śniegu, nabraliśmy wody i wspięliśmy sie na niewielkie wzniesienie, po którego drugiej stronie ujrzeliśmy daleko w dole obóz II, z którego tradycyjnie atakuje sie szczyt. Mieliśmy w stosunku do reszty 500 metrów przewagi, co bardzo nas ucieszyło. Szybko zbudowaliśmy platformę pod namiot i zasnęliśmy. Zbudziliśmy sie ok 2 w nocy, ale z powodu porywistego wiatru postanowiliśmy poczekać do rana. O świcie usłyszeliśmy pierwsze ekipy przechodzące obok naszego namiotu, które ruszały na szczyt. Byli to właściwie jedynie Irańczycy. Bardzo szybko sie z nimi zintegrowaliśmy i wśród irańskich śpiewów stanęliśmy w pełnym słońcu na szczycie. Pomimo, ze była to nasza najwyższa góra do zdobycia, sprawiła nam ona najmniej kłopotu. Trafiliśmy na piękną pogodę, dobrane towarzystwo i świetne samopoczucie. Jedynym problemem były opary siarki, które w okolicach samego szczytu bardzo utrudniały momentami oddychanie. Schodząc tradycyjną drogą okazało sie, ze od niedawna i za ta gore trzeba płacić – 50 $/os. No comments...

By wejść na szczyt Damavand wystarczy mieć teleskopowe kijki, świeży czosnek - włożony do nozdrzy skutecznie „filtruje” powietrze, a rozgryzany uwalnia gardło od żrących oparów siarki.

KAZBEK (5047 m n.p.m.)

Do Kazbegi łatwo można sie dostać marszrutkę z Tibilisi za 5.5 $/os. Dość szybko dochodzi sie do bardzo malowniczej doliny, nad którą majestatycznie góruje Tsminda Sameba. Następnie wydeptaną, pasterską ścieżką, wzdłuż niewysokiego zbocza lezącego naprzeciw kościółka  należy skierować sie w stronę Kazbeku. Ścieżka ta prowadzi do kolejnego, bardzo uroczego miejsca nad potokiem – idealnego do założenia obozowiska przed wejściem na lodowiec. Co jest istotne – od tej pory należy uważnie wypatrywać stożki z kamieni, które bezpiecznie przeprowadzą przez rzekę oraz wskażą właściwe miejsce wejścia, jak i zejścia z lodowca. Lodowcem tym dochodzi sie do budynku dawnej meteostacji (3800 m n.p.m.).Do jego pokonania mało kto używa raków – jest on suchy, z dobrze widocznymi szczelinami. Mieliśmy szczęście trafić na przesympatyczna grupę gruzińskich alpinistów, którzy w tym samym czasie przyjechali by nadać szarym murom budynku soczyste, radosne barwy. Dzięki temu jest on obecnie bardzo dobrze widoczny nawet z bardzo daleka.
Przeczekaliśmy jeden dzień niepogody i nazajutrz ruszyliśmy na szczyt. Droga wiedzie powyżej meteostacji i do momentu ponownego wejścia na lodowiec jest dobrze oznaczona stożkami z kamieni. Tym niemniej ruszając w nocy należy być bardzo ostrożnym, gdyż łatwo sie tam zgubić. Po drodze mija sie dwa krzyże – czarny i biały. Nam ten drugi udało sie odnaleźć dopiero w drodze powrotnej
Następnie wzdłuż lodowca wychodzi sie na szerokie plateau (4500 m n.p.m.), gdzie niektórzy zakładają obóz minimalizując ryzyko popsucia sie pogody w trakcie zdobywania szczytu, gdyż ta jest wyjątkowo kapryśna w tym rejonie. Wszędzie można wyczytać o 50metrowym kuluarze śnieżno-lodowym tuz pod szczytem, lecz nikt nie wspomina, ze sama droga juz właściwie od plateau charakteryzuje sie dość sporą stromizną. Konieczne są raki, czekan i lina. Przydatne tez mogą być śruby lodowe.Wspinając sie ww. kuluarem pogoda zaczęła sie diametralnie zmieniać. Nasze stanięcie na szczycie przypieczętował pierwszy grzmot. Błyskawicznie zeszliśmy na dól wśród gęstej mgły. Nie dane nam tym samym niestety było podziwiać zapewne piękną panoramę Kaukazu, lecz i tak pełni byliśmy satysfakcji, realizując cel naszej wyprawy – wejście na trzy, pięciotysięczne wygasłe wulkany

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA