Strona główna / nr 3 (13) - LATO 2007 / Zamarła Turnia
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Zamarła Turnia


Zamarła Turnia przedstawia się z Zakopanego jako niewybitny garb, przytłoczony imponującym masywem Koziego Wierchu. Swą sławę zawdzięcza południowej ścianie, opadającej 140-metrowymi zerwami do Dolinki Pustej. Ściana ta przez długi czas uchodziła za niemożliwą do przejścia. A jednak latem 1910 r. pokonali ją wreszcie H. Bednarski, J. Lesicki, L. Loria i S. Zdyb. Wyczyn ten odegrał przełomową rolę w dziejach taternictwa i przez wiele lat droga pd. ścianą Zamarłej Turni uchodziła za najtrudniejszą w Tatrach - czytamy w przewodniku pt. "Tatry Wysokie" Witolda Henryka Paryskiego[1]. I tak rozpoczęła się kariera tego niepozornego szczytu, który na stałe wszedł do naszej kultury.
Nazwę "Zamarła Turnia" stworzył poeta Franciszek Henryk Nowicki. O południowej ścianie napisano powieść, nakręcono dwa filmy, wypadkom na niej są poświęcone wiersze Juliana Przybosia i Jalu Kurka. Wspinaczka drogą zdobywców była przez długie lata sprawdzianem górskich umiejętności, swoistym tatrzańskim uniwersytetem - kusiła i pięknem scenerii, i ekspozycją, i gładkością granitowych płyt, i trudnościami, i na końcu sławą zdobywcy. Zamarła - odkąd tylko zauważono krzesanice jej południowej ściany - obrastała w legendę; z czasem zrodził się "mit Zamarłej"- ściany krwiożerczej, mściwej, żądnej ofiar. Każdy wypadek śmiertelny jakby potwierdzał tę irracjonalną tezę. A wypadków, niestety, nie udało się uniknąć.
Tragiczny rejestr Zamarłej otworzył Stanisław Bronikowski, dwudziestodwuletni maturzysta, który 23 września 1917 r. wszedł w południową ścianę wraz z młodszym od siebie Rafałem Malczewskim, synem malarza Jacka, później malarzem i literatem. Chcąc ułatwić sobie zadanie, Bronikowski uprzednio wyszedł na szczyt turystyczną trasą i zamocował linę, a następnie opuścił jej koniec na południową stronę. W czasie wspinaczki idący jako pierwszy Bronikowski po dotarciu do owej liny chwycił ją oburącz, pragnąc przy zastosowaniu takiej właśnie odgórnej asekuracji bez przeszkód i ryzyka ukończyć drogę. Ale wspinacz runął w dół razem z liną (była źle zaczepiona?), przeleciał obok towarzysza i zerwał łączącą go z nim linę.
Zmasakrowane zwłoki potoczyły się po piargu. Malczewski miał, na szczęście, dobrą asekurację - solidnie wbity hak - i zdołał utrzymać się w ścianie. Wypadek zdarzył się w godzinach południowych, zanim jednak Malczewski wykrzyczał o tragedii przechodzącym w pobliżu turystom, nim ci dali znać gospodarzowi schroniska na Hali Gąsienicowej, a ten zaś przybiegłszy do Zakopanego powiadomił policję, która z kolei odszukała J. Oppenheima - upłynęło kilka godzin.
Sam Rafał, wspominając po latach te dawne czasy bez telefonu w schronisku na Hali, tak pisał:Podczas mojego wypadku wieść poszła ustnie! Jeden z taterników, będący na Orlej Perci, skrzyknął się z malarzem Terleckim, pędzlującym Zmarzły Staw nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, ten zbiegł trochę niżej i zaryczał do schodzących ku Hali turystów. Ci donieśli na nogach wieść na Halę Gąsienicową, skąd już ktoś umyślnie zbiegł do Kuźnic i do Zakopanego, by łapać Oppenheima.[2]
Naczelnik TOPR rozpoczął organizowanie wyprawy: Wobec braku członków czynnych Pogotowia, którzy po większej części zostali powołani pod broń, zorganizowałem wyprawę ochotników - napisał Oppenheim. Następnie podejście na Zamarłą. I wreszcie opuszczenie na linie jednego z ratowników, który zszedł po złomach 35 [metrów - M.J.] niżej i rzucił Malczewskiemu linę. Malczewskiego wciągnięto do góry i o godz. 7.30 rano stanęliśmy na szczycie turni, skąd powrót do Zakopanego - czytamy.
Mimo że wyprawę zorganizowano w niekorzystnym okresie i pomimo dotarcia ekipy do uwięzionego w ścianie w około 18 godzin od wypadku - zakończyła się ona niewątpliwym sukcesem - z groźnej ściany wydostano uwięzionego wspinacza. Ratownicy przełamali mit Zamarłej.
Tyle na ten temat zapisano w "Księdze wypraw". Okazuje się jednak, że oficjalne stanowisko Pogotowia nie zawsze jest zgodne ze stanem faktycznym. Wypływa to oczywiście nie ze złej woli sporządzającego opis, ale raczej jest dowodem, jak trudno w pełni obiektywnie oddać to, co działo się w górach. Kierownik wyprawy, siłą rzeczy, jest skoncentrowany na przebiegu samej akcji i nie ma czasu, by tam, na miejscu, szczegółowo badać przyczyny wypadku. Do opisu przystępuje później, opierając się na relacjach świadków i zdaniu ratowników. Nic dziwnego, że łatwo o przeoczenie drobnych faktów, a czasem te drobiazgi tworzą właśnie "klimat" danego wydarzenia.

Dla przykładu podajmy teraz, co na ten temat ma do powiedzenia Jerzy Ustupski, taternik, narciarz, wioślarz olimpijczyk, później wieloletni prezes Zarządu GOPR:

– Jako osiemnastoletni początkujący taternik chodziłem w góry zimą i latem z Rafałem Malczewskim, Henrykiem Bednarskim, Kazimierzem Schiele i Bronkiem Czechem. Przy Malczewskim nie mówiliśmy o jego wypadku, lecz Henryk Bednarski opowiadał nam, że wypadek miał następujący przebieg. Jako autor pierwszego przejścia południowej ściany Zamarłej Turni wiedział o zamiarze Bronikowskiego i Malczewskiego, wyszedł więc na Zmarzłą Przełęcz, by obserwować wspinaczy. W krytycznym momencie lina łącząca obu taterników wyciągnięta była na całą długość. W pewnym momencie Bronikowski odpadł od ściany i runął w dół. Malczewski szarpnięty liną podjechał do haka, chwytając go oburącz. Lina zerwała się przy haku. Wówczas Bednarski zaczął wołać do Malczewskie­go, uspokajając go i wzywając równocześnie pomocy. Przygodnego turystę posłał po Pogotowie, sam zaś rozmawiał z Malczewskim przez całą noc, dodając mu otuchy, do czasu aż dnia następnego nadeszło Pogotowie.

Nie ma zbyt wielu relacji ludzi uwięzionych w ścianie i uratowanych. Jedni już nigdy więcej nie wracają w góry i jak najszybciej chcą zapomnieć godziny oczekiwania na pomoc, inni nie rezygnują z uprawiania taternic­twa, ale ze zrozumiałych względów nie chcą wracać do tego, co nie jest miłe, a może nawet głęboko rani ambicję... Dysponujemy jednak opisem jednej nocy w ścianie Zamarłej. Opis ten ma podstawową wadę – nie pochodzi bezpośrednio od Malczewskiego. Ma jednak niebagatelną zaletę – wyszedł spod pióra Michała Choromańskiego. Zwracam na to uwagę, chcąc przestrzec przed zbyt dosłownym traktowaniem tej relacji. Sądzę jednak, że mimo właściwej Choromańskiemu stylistyki zachowało się coś z autentycz­nych przeżyć Rafała Malczewskiego.

Zamarła Turnia wznosi się złomami skał i czernieje śmiercionośnym kominem.

Pewnego dnia, piętnaście lat temu, pewien młody człowiek wybrał się na Zamarłą Turnię wraz ze swoim przyjacielem. Była jesień.

O dziewiątej przed południem obaj podeszli do podnóża góry i zdjęli buty. Przyjaciel miał iść pierwszy, człowiek – drugi. I oto nagle, ni stąd, ni zowąd, gdy tylko ruszyli, przyjaciel odezwał się: Todesritt... Potem wspinali się milcząc. W tym samym czasie jeden z taterników, przypad­kowo odbywający wycieczkę w tej okolicy, zauważył wspinających się, wlazł na grań niedaleko Zamarłej Turni, położył się na kamieniu i obserwował wspinaczkę.

Byli od siebie w odległości osiemnastu metrów. Gdy pierwszy doszedł do kominka, człowiek z dołu krzyknął: Teraz puść mnie na pierwszego!... Ale jego towarzysz nie odpowiedział i wspinał się dalej. I w tej samej sekundzie obserwujący ich taternik uczul gwałtowny, nie dający się opanować niepo­kój. I w tej samej sekundzie nad granią zaczął krążyć jakiś biały duży motyl. Obserwujący wspinaczkę taternik zauważył motyla i pomyślał z niedorzecz­ną zabobonnością, że jeśli ten motyl przeleci ponad granią, wszystko będzie dobrze, ale w tej samej sekundzie motyl zawrócił i popłynął gdzieś w dół. Wówczas to człowiek idący jako drugi oparł się z całej siły nogami o wąski, ledwie wystający kamień, na którym stał, nagle przywarł do ściany i szybko owinął linę asekuracyjną wokół jakiegoś głazu. Potem podniósł głowę do góry i czekał. Widział ponad sobą towarzysza, który zrobił nieprawidłowy chwyt, natknął się na wypukłą ścianę, ściana odpychała go w pierś, i towarzysz bezskutecznie przez trzy minuty usiłował podciągnąć się na rękach. Potem bardzo powoli, ze wzniesionymi rękami, odpadł od ściany i runął w dół. Lina szarpnęła człowieka stojącego pod nim, z nadludzką siłą pociągnęła za pas ku hakowi, i natychmiast pękła. Człowiek został sam na ścianie, i wtedy obserwujący taternik krzyknął (...).

Człowiek stał przylepiony do ściany. Zbliżała się noc, i człowiek wiedział, że musi przetrwać do rana, gdyż wcześniej nie przyjdzie pomoc. W ten sposób stal przez osiemnaście godzin. W głowie jego była pustka, o koncepcjach artystycznych, malarskich nie było po raz pierw­szy w życiu mowy, byty natomiast myśli i zacięte, niezłomne postanowie­nie: wytrzymać do końca i nie zasnąć. Gdy po osiemnastu godzinach rzucono mu ze szczytu linę i gdy przywiązany do trzeszczącej liny wznosił się, podciągany wieloma rękami do góry, kręcąc się w powie­trzu, myślał również tylko o tym, żeby przetrwać pomimo wszystko.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że Malczewskiemu zrzucono linę z góry, wspinacz sam się nią związał i dopiero wtedy można go było wydostać w bezpieczne miejsce. Tę metodę stosowano w Zamarłej jeszcze kilka razy. Z dzisiejszego punktu widzenia jest to działanie nieprawidłowe. Ratowany może w zdenerwowaniu lub szoku źle się związać liną i wypaść z jej oplotów podczas wyciągania go przez ratowników. Stosuje się więc zasadę osobistego sprawdzania przez ratownika każdego węzła na linie, każdej pętli, którą jest związany oczekujący pomocy. Tak jest dzisiaj, choć nie należy wykluczyć sytuacji, w której trzeba będzie podjąć ryzyko i zawierzyć ratowanemu, że przywiązał się do liny asekuracyjnej zgodnie z wszelkimi wymogami bezpieczeństwa. Ten sposób sporadycznie stosowany jest w Alpach; zdarza się, że warunki terenowe i pogodowe są tak niekorzystne, iż śmigłowiec zbliża się do ściany, ratownicy opuszczają linę, a alpiniści sami wpinają się do niej. Oczywiście ryzyko, o którym wspominaliśmy wyżej, istnieje i w tych przypadkach.

Porzućmy jednak współczesność: śmigłowiec, wyciągarki, uprząż wspinaczkową, radiotelefony, i cofnijmy się o pół wieku, w czasy, kiedy jedynym sojusznikiem ratownika była konopna lina, zazwyczaj trzydziestometrowej długości. Nie należy się więc dziwić, że wyprawy trwały czasem kilkanaście godzin, a na temat pokonywanych trudności i ponoszonego ryzyka do dnia dzisiejszego krążą barwne opowieści i nie wiadomo już, gdzie prawda, gdzie fantazja.

Nadszedł wreszcie i taki dzień, że z Zamarłą zmierzyły się kobiety. Dwie urocze dziewczyny, siostry Lida i Marzena Skotnicówny, mimo bardzo młodego wieku – szesnaście i osiemnaście lat – miały już na swoim koncie wiele trudnych dróg, pokonanych w towarzystwie kolegów. 6 października 1929 r. wspomagane moralnie przez towarzyszy, którzy wspinali się przed nimi, zostawiając haki, aby dziewczętom ułatwić wspinaczkę, rozpoczęły nową epokę w taternictwie – samodzielne kobiece pokonywanie trudnych dróg. I znów tragedia, jedna z największych w historii polskiego taternictwa.

W „Księdze wypraw” sucha relacja: Lida Skotnicówna wspinając się poł. ścianą Zam. Turni odpadła od skały w kominie poniżej II trawersu, pociągając za sobą asekurującą siostrę Marzenę. Obydwie poniosły śmierć na miejscu.

Stało się to na oczach kolegów, wybitnych wspinaczy – B. Czecha i J. Ustupskiego – bezsilnych świadków dramatu. Wypadek ten w wyjątkowo brutalny sposób przypomniał ogółowi o taternictwie. Podniosły się znów głosy powątpiewające w sens uprawiania wspinaczki i posądzające taterników o skłonności do igrania z niebezpieczeństwem, a nawet tendencje samobójcze. Im większa była jednak dezaprobata taternictwa, tym więcej garnęło się do tego sportu młodzieży, przyciąganej nie tylko wielkimi walorami kryjącymi się we wspinaczce wysokogórskiej, ale również tą swoistą atmosferą „klubu samobójców”, mitem o nieuchronnej górskiej śmierci każdego wspinacza. W Dolince Pustej pojawiła się Biała Pani, w ścianie odzywały się głosy umarłych, nawoływania, dźwięki wbijanych haków... Podsycała to literatura, która zwęszywszy nowy sensacyjny temat, eksploatowała krwawą legendę Zamarłej. Mamy jednak wiersz wysokiej klasy pt. „Z Tatr”, autorstwa Juliana Przybosia, osnuty na tragedii Lidy i Marzeny.

Wydawało się, że fakty dopasowują się do niesamowitych teorii o zemście gór i fatalnym przeznaczeniu. Oto 24 sierpnia 1932 r. na piargach pod ścianą znów leżą dwa ciała – zginęli, odpadając z drogi na Zmarzłą Przełęcz, młodzi taternicy: Wojciech Gąsienica Marcinkowski i Tadeusz Bośniacki.

To chyba wtedy Michał Choromański napisał wiersz o krwiożerczym złym duchu Zamarłej.

Od tego czasu wiele się zmieniło – Zamarła już nie straszy, zbladł jej nimb, stała się zwykłą ścianą treningową, a jej piękne płyty zostały wyszlifowane rękami tysięcy wspinaczy. Wciąż jednak pozostała ścianą trudną, symbolem zmagań człowieka ze skalnymi zerwami, a co za tym idzie, z lękiem, słabością i przeciwnościami natury.

Ratownicze dzieje Zamarłej są pisane nieustannie. Ostatnio jednak – na szczęście – nie są to karty tak tragiczne. Musimy sobie tu wyraźnie uzmysłowić, że kilkadziesiąt lat temu niemal każde odpadnięcie kończyło się źle. Dziś jest inaczej. Wielki wybór haków, liny o dużej wytrzymałości dynamicznej – to główni sprzymierzeńcy współczesnego taternika. Ta wiara w sprzęt prowadzi aż do lekceważenia niebezpieczeństw: dla nas, wspinaczy starej daty, „lot” był przykrym przeżyciem, dla dzisiejszej młodzieży wspinaczkowej jest już faktem prawie normalnym. Niesie to za sobą oczywiście określone niebezpieczeństwo.

Brak lęku prowadzi do nonszalancji, a brak szacunku dla gór (był on dawniej formą szacunku dla przeciwnika – w walce obowiązywały rycerskie zasady) daje o sobie coraz częściej znać po prostu lekceważeniem ludzi, którzy myślą i praktykują inaczej – działają w górach ostrożniej.


M. Choromański, Rafał Malczewski, „Wiadomości Literackie” 1932, nr 16. Choromański jest też autorem wiersza w języku rosyjskim, poświęconego tej ścianie, pt Pieśń ducha Zamarłej – przekład Bohdana Filipowskiego („Krzesanica” 1933, nr l).

[1] W.H. Paryski, Tatry Wysokie, t. 2, Warszawa 1951.
[2] R. Malczewski, Pępek świata. Wspomnienia o Zakopanem, Warszawa 1960, s. 129.
 Na podstawie książki "Wołanie w górach"
© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA