Strona główna / nr 3 (13) - LATO 2007 / Lawina
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Lawina


Wtorek 28 kwiecień 1959r.

Sypie. Przez dzisiejszą noc napadało chyba z pół metra śniegu. Gęsta mgła zamyka widoczność do kilku najbliższych kroków. Zajście w tak parszywych warunkach stało się nielada problemem. Kocioł pod wschodnią granią stał się bardzo niebezpieczny.
Już od godziny brniemy przez niego zapadając się po pas w śniegu. Brak widoczności utrudni nie tylko znalezienie nart, ale i właściwej drogi. Nareszcie natrafiliśmy na deski Mostowkiego. Zostawił je wyżej niż my za Zbyszkiem. Są obok małej skałki, samotnej wysepki w tym oceanie śniegu. Mostowski zarzucił deski n ramię. Wiatr smagał go pyłem śnieżnym.
- Prosto w dół - popatrzył na nas pytająco.
- Chyba tak ?
Zwolnił krok. Śnieg sięgał mu do kolan. Wtem tąpło charakterystycznie. Pod stopami pojawiła się szczelina. Pęknięcie poszerzało się, biegło dalej w poprzek stoku. Serca uderzyły gwałtownie...
Lawina!...
Janek jednym susem znalazł się z powrotem na zbawczej wysepce. Przywarliśmy do kamieni. Po co? Zaraz dotrze do uszu szum lawiny przewalającej się przez uskok skalny pod nami. Huk śnieżnego wodospadu niosący w sobie zapowiedź... końca. Gdy ruszy kocioł, łany śniegu jak olbrzymi wezbrany potok zaleją drobną kupkę kamieni - jedyny stały punkt i nasze schronienie.
Na szczęcie stok nie ruszył. Może "tąpnięcie" to wytwór napiętej jak struna wyobraźni. Nie - zaprzeczało temu świeże pęknięcie. Łopotanie serca zmalało. Jeszcze nie... dobre i to. Podniosłem głowę. Śnieg studził rozognione policzki. Zbyszek wyprostował się. Miał twarz bladą, jak śnieg wkoło nas. Spod wiatrówki wyglądały kosmyki spojonych wichrem włosów. Popatrzyliśmy na siebie. Przełknąłem ślinę, która zastygła w gardle. Milczenie przeciągało się.
- Udało się - powiedziałem tylko po to aby przerwać ciszę.
- Czyżby. Co robimy - niebieskie oczy Janka były dziwnie duże. Palce nerwowo zwierały się na chwycie.
Istotnie położenie nasze było ciężkie. Platforemka skalna. na której staliśmy nie miała więcej jak cztery metry kwadratowe powierzchni. W koło niej tylko śnieg i śnieg. Od najbliższych skałek dzieliło nas 100 metrów. Jak się tam dostać? Świeże pęknięcie przestrzegało: Uwaga, równowaga mas śniegu jest mocno napięta. Jak się stąd wydostać? Cały stok czeka. Jeden krok i wszystko może wyjechać. Razem z nami. Nie widzę wyjścia...
Żeby człowiek miał skrzydła, nawet nie takie jak bocian. Żeglowanie wysoko nad chmurą to luksus. Mogłyby być zwykłe jakie mają kury, aby tylko wystarczyły na lot ślizgowy, nie daleko do lodowca Furgy. Wszystkiego z 200 metrów. Mógłbym lecieć tuż nad ziemią - byle nie dotknąć tego przeklętego śniegu.
Cholera! Co robić? Wszystko, co ciśnie się do głowy jest abstrakcyjne, nie realne.
Helikopter - mógłby przylecieć tu po nas, wylądować. Nawet wystarczyłoby gdyby tylko zrzucił drabinkę - to chyba żadna sztuka... Ale przy tej zadymce nikt by nas nie znalazł. Tak nie ma szans na odnalezienie. A pilotaż. Podmuchy wiatru rzucają maszyną jak piłką. W lepszych warunkach rozbił się "Sikorsky" usiłujący lądować obok Vincendona i Aure na Grande Plateau pod Mont Blanc, albo ten, który rozbił się pod E'utrerez przy zupełnie dobrej pogodzie. Pod swymi szczątkami pogrzebał alpinistów tej klasy co: Jan Ducraz i Rene Riouda z E.N.S.A.
Dość fantazjowania. Tutaj nie przyleci nikt, nie wyrosną skrzydła u ramion. Jesteśmy zdani na własne siły.- Może uda się spuścić lawinkę spod nas - przerwał me rozmyślania Janek. Zejdzie się po lawinisku - powiedział to bez przekonania.
- Cała góra wyjedzie Ci wtedy na łeb.
A więc? Głowa pęka od nawału myśli nie potrzebnych, nic nie dających. Nie wolno czekać, stać bezproduktywnie. Kawałek lodu odrywający się od bariery seraków, która jest nad nami, kamień spadający ze ściany i koniec... Pójdzie lawina i cześć...
- Kto a haki?
- Ja. Zbyszek Rubinowski zaczął rozpinać plecak. Nie łatwo było je wbić. Skałka była mała, płytowa.
- Linę! - Mostowski popatrzył na mnie z zainteresowaniem.
- Co chcesz robić?
- Idę. Asekurujcie. Podałem linę Rubinowskiemu.
Związany pojedynczą zjazdówką zacząłem się obniżać. Dwa kroki po skale i śnieg. Ostrożnie stawiam pierwszy krok. Wpadam po pas. Nerwy napięte do granic wytrzymałości. Każdy krok może być początkiem lawiny. Ten nie... No to ten... Także nie.
Obniżam się dokładnie w przedłużeniu wysepki, z której asekurują koledzy. Lina łącząca mnie z nimi wydłuża się coraz bardziej. Jeżeli pojadę... Mam słabą nadzieję, że ruszy tylko stok podemną. Wtedy o ile wytrzyma lina - zostanę przykotwiczony do haków. Lina wydaje się cienka. Jak pójdzie lawinka z góry rozetnie się chyba na tych głazach. Powinny osłonić mnie jak ostroga filar mostu. Już dwadzieścia metrów. Czuję jak pot spływa mi z ciała. Śnieg staje się coraz głębszy. Wyciągając nogi pomagam sobie rękami. Podciągam je z coraz większy trudem. Pięćdziesiąt metrów... Zbyszek z Jankiem zniknęli już we mgle. Jestem sam... Sam.
Stąpam ostrożnie. Staram się obciążać śnieg etapami, stopniowo, delikatnie jak śpiącą bestię, której nie wolno zbudzić, lub przyjaciela od którego zależy wiele.
Nie jestem samotny, ale jestem sam. Usiłuję wywołać przed oczyma twarze tych który nie obojętny jest wynik mego marszu. Pomarszczone twarze rodziców, przyjaciół.
Śnieg sięga piersi, dochodzi do pach. Ta sypka masa więzi ciało. Gdyby teraz ruszyło... Ogarnia mnie lęk... Właściwie to wszystko jedno. Dopóki śnieg dochodzi tylko do kolan, nawet do pasa, wydaje się, że zawsze można podskoczyć, wyrwać ciało. Próbować walczyć na powierzchni - płynąć. Teraz nie ma nawet tej szansy. Lodowaty uścisk sięga powyżej serca. Czuję się jakbym wstępował do grobu. Z każdy metrem ubywa mi sił. Jestem bardziej kretem niż człowiekiem. Za mną zostaje tunel zasypywany natychmiast.
Na szczęście pas skał zbliżył się wybitnie. Jeszcze tylko piętnaście metrów. Śnieg jest coraz płytszy. Tuż obok załamania błyska lód. Można iść szybciej. Sadzę dużymi susami... Nagle lina posłuszna dotąd każdemu memu ruchowi napięła się i znieruchomiała. Szarpnąłem raz, drugi... Nie ustąpiła.

    Po raz pierwszy oglądnąłem się za siebie. Ale koniec liny ginął w białym mleku. Mgła gęsto spowiła przebytą drogę.
    - Popuść – krzyknąłem do kolegów.
    Z daleka odpowiedziało mi wołanie:
    - Koniec liny. Wiążemy drugą. Zaczekaj…
    Cholera to pech. Kilka metrów od skałek. Potem kilka kroków w bok i jestem bezpieczny. Tymczasem muszę sterczeć tutaj w samym środku toru lawinowego. Z dołu od lodowca ciągnie zimny wiatr. Jego powiewy niosły w górę tumany śniegu oblepiające ubranie, bijące ostrymi śnieżynkami w twarz. Jest mi wszystko jedno. W śniegu byłem utytłany dokumentnie, miałem go pełno za kołnierzem, koszulą – wszędzie. Wyjąłem z kieszeni okulary. Ubrałem na nos. Zabiło je natychmiast, widziałem jeszcze gorzej. Oczekiwanie przeciągało się. Sekundy zamieniały się w godziny.
    - Możesz iść – usłyszałem nareszcie. Za chwilę byłem na skałach.
    Wbijam dwa haki. Przypętlam się. Napięcie ostatnich godzin ustępuje z wolna. Pod nogami znów względnie stały grunt. Stanowisko mam w miejscu, w którym cztery dni temu osiągnęliśmy kocioł. Jeszcze wyciąg liny po uskoku, potem już lodowiec Furgy. Z mgły wynurzył się Mostowski. Zbliżył się do skałki.
    - Posuń się. I on miał dosyć śniegu.
    Za pół godziny staliśmy wszyscy stóp uskoku przy nartach Zbyszka i moich. Miałem trudności z ich odszukaniem. Były zupełnie zasypane. Całe szczęście, że umieściliśmy je obok charakterystycznej skałki. Humory poprawiły się. Za sobą mieliśmy ten nieprzyjemny wyjeżdżający kocioł. U naszych stóp zaczynała się niecka lodowca. Była olbrzymia. Będą na niej spore trudności orientacyjne. Przeklęta mgła okryła czapką niewidką całe góry. Będzie ciężko, ale to nie ważne. Tam nic już nam nie wyjedzie na łeb. Jeszcze dwieście metrów i uciekniemy krainy władcy Becci.
    - Przypnijmy tutaj deski. Ot tam zrobimy pierwszy zakos. Tam drugi, potem pojedziemy już prosto w dół. Zbyszek stał tuż u mych stóp. Ręka wskazywała zamierzony zjazd…
    - Wolałbym nie robić tego zakosu. Tam była lawina lodowa. Może nas zasypać. Będę chyba szusował stąd.
    Janek zmierzył mnie spojrzeniem pełnym krytyki.
    - Zachciewa Ci się…
    Wtem do uszu wdarł się jakiś nowy dźwięk. Szum zbliżającej się fali brzmiał jak odgłos skrzydeł stada ptaków. Na skraju uskoku, trochę z lewa ukazała się biała chmura. Jeszcze nie skonała myśl – wyjechał kocioł, a byłem już przy haku. Przywarłem do skały całym ciałem. Zasłoniłem głowę… Nie to niepotrzebne – mam chełm. Śnieg jest świeży… może dusić. Zbliżyłem dłonie do ust i nosa… Na ciele czułem już nieomal nacisk śnieżnego wodospadu – spadającego na plecy. Zrobiło się szaro, ale uderzenie nie przychodziło… Przeskoczyło nas.
    Zapanowała cisza. Oglądnąłem się. Poniżej mnie było pusto… Tuż za mną rozpoczynał się lewy kraj lawiniska. We mgle nie widziałem jego rozmiarów.
    - Myślałem że to koniec – Zbyszek był pod skałą – tą samą co ja tylko bardziej w prawo. Ogarnęło mnie zdumienie. Przesadził jednym susem chyba ze cztery metry.
    - Gdzie Janek?
    Nie było go obok. Gdy przyszła lawina stał ze Zbyszkiem w jej zasięgu. Wzrok powędrował po lawinisku. U góry nie miało więcej jak metr grubości. Dziesięć metrów, dwadzieścia… trzydzieści.
    - Jest. – Tak ponad 70 metrów niżej w lawinisku gramolił się biały bałwan.
    - Sądziłem, że to wiatr, gdy nagle przyszło uderzenie. Zrobiło się ciemno i poczułem że jadę – mówił z przerwami, dziwnie wibrującym głosem. – Wtem wyrzuciło mniema powierzchnię. Tak zostałem – próbowałem pływać. Was nie zagarnęło?
    Napięcie ostatnich chwil ustępowało z wolna.
    - Zbyszek pobił rekord świata w skoku w dal z miejsca – zwróciłem się do Rubinowskiego – ale Ciebie Piórku jak dmuchnęło to myślałem że skałę rozbijesz.
    - A Ty co. Wgryzłeś się w nie zębami i pazurami – Janek rozglądał się nerwowo. Nie włączał się wreszcie powiedział:
    - Choroba, gdzie mój plecak?
    Okazało się że lawina porwała plecak Janka. Znaleźliśmy go szybko. Trzy deski, dwie pary kijków i sprzęt który właśnie Zbyszek pakował do plecaka. Nie dużo – kilka karabinków i haków. Mnie zginęła deska, stała tuż obok mnie.

+++

Górna stacja kolejki linowej na Schwarzsee była pusta. Podmuchy wiatru przenikają na wylot. Zacina mokrym śniegiem, chwilami leje. Usiłujemy schronić się za węgłem. Godzina druga. Nie mamy ochoty na marsz piechotą. Tuż przy stacji w niskim baraku znajduje się restauracja. W mokrym papkowatym śniegu brniemy do drzwi.
    - Gut morgen
    Sala jest pusta, tylko pod oknem przycupnęła grupa postaci. Nasze sylwetki zmoczone, zmiętoszone budzą sensację.
    - Ferfluktes wetter – a ja chciałem coś zobaczyć!
    Starszy jegomość siedział przy stole z szeroko rozkraczonymi nogami. Na głowie miał tyrolski kapelusik. Ręce splótł wokół dużego bawarskiego brzucha. Odwrócił się i krzyknął:
    - Rose Marie! Noch mal drink.
    Usiedliśmy przy stoliku na boku. Z przyjemnością zdjąłem przemoczoną wiatrówkę. Młody chłopak w jednej osobie kasjer i konduktor kolejki podszedł do nas i zapytał.
    - Skąd to? – ubrany był w dobrze skrojony mundur.
    - Z Matterhornu – wyręczył nas w odpowiedzi Zbyszek.
    - Was? – w oczach odmalowało się zdumienie.
    - Von gipfel Matterhorn – upewniał się. Kiwaliśmy głowami
    - Kiedy odejdzie kolejka?
    - Koło trzeciej. Jak dobrze pójdzie.
    Przy stoliku pod oknem było wesoło. Otyły Niemiec nadawał ton zabawie. Perorował  właśnie przed dziewczyną. Była to zapewne Rose Marie – kelnerka. Siedziała na rogu krzesła z wyprostowanymi nogami, z głową odrzuconą do tyłu. Obcisły sweterek uwydatniał duży biust. Do nas dochodziły tylko urywki; Mädchen, kinder, zwillings… Dziewczyna chichotała. Miała dziwnie zamglone oczy.
    Konduktor z podziwem oglądał nasz przemoczony ekwipunek. Chwilę milczał – wreszcie spytał:
    - Którą granią? Hörnli?
    - Nie. Wschodnia ściana.
    Popatrzył z niedowierzaniem. Obok drzwi stał stojak z pocztówkami. Janek obrócił stojakiem raz, drugi, wreszcie wyciągnął zdjęcie i powiedział:
    - Hier ist dieser Wand.
    - Którędy?

    Ręka Janka wytyczyła ślad tury. Wzrok szwajcara wędrował za ołówkiem. Był coraz bardziej zdumiony. Wreszcie porwał pocztówkę i poszedł do towarzystwa pod oknem.
    - Widzicie szli tędy. Trzy dni w taką pogodę. To nie byle jaki wyczyn.
    Nad zdjęciem pochyliły się trzy głowy. Niemca, dziewczyny i jakiegoś wysokiego mężczyzny w szarozielonym mundurze. To strażnik graniczny. Spojrzenia przeniosły się na nas. Tym razem odbijały się w nich zainteresowanie i podziw.
    - Dzięki chłopcy – ryknął na całą salę Niemiec. Wstał zbliżył się do stojaka z pocztówkami. Dopiero teraz zauważyliśmy że utykał. Wziął fotografię wschodniej ściany i podszedł do naszego stolika.
    - Pozdrawiam Was. Przecież od dwóch dni nosa nie można wystawić… Napijmy się na to konto. Widząc nasz sprzeciw dodał szybko.
    - Ja płacę. Rose Marie!
    Zaprotestowaliśmy. Nie pijemy jesteśmy sportowcami. Nalegał…
    - Niech Pan zrozumie. Trzy dni niewiele mieliśmy w ustach. Jesteśmy zmęczeni.
    Pokiwał głową nieprzekonany.
    - Taką wiktorię należy uczcić – zastanawiał się chwilę – szampanem. Macie tutaj szampan?
    - Dziękujemy. Nie. Stanowczo. Dzisiaj herbata jest dla nas lepsza niż szampan.
    Ustąpił.
    - No to trzy herbaty.
    Popatrzyliśmy na siebie. To chyba jedyny sposób pozbycia się naszego sąsiada. Kiwnęliśmy głowami.
    - Noch drei Tea – zwrócił się do kuchni. Ciepła herbata to wspaniały płyn. Piliśmy ją małymi łykami.
    - Czy ktoś z Was mówi po francusku? Zapytał strażnik graniczny.
    - En peu. Trochę. – Przysiadł się.
    - Pologne? – kiwnąłem głową.
    - O Polakach dużo mówi się w Zermatt. Jest ich pięciu. Byli w Monte Rosa Hutte. Znacie ich?
    - Oui. Tak, bardzo dobrze. To jesteśmy my.
    Prześcigano się w uprzejmościach. Bilety dostaliśmy w śmiesznie niskiej cenie. To za Matterhorn – powiedział przygodny towarzysz z restauracji. Oddacie mi je potem i nie mówcie nikomu – są tylko dla stałych mieszkańców. Strażnik nie odstępował mnie na krok. Pomagał ubrać plecak, przenieść narty. Nawet Rose Marie opuszczała podchmielonego Niemca i karmiła nas pomarańczami.

+++

W hotelu pierwsza osoba którą spotkaliśmy to Biner. Uśmiecha się. Macha ręką.
    - Gratuluję. Jak tam było?
    Mostowski opowiada, gdy doszedł do powrotu i lawiny Biner podniósł brew i mruknął – mieliście szczęście, ale warunki to były parszywe. Potem zastanowił się i rzekł:
    - To chyba najlepsze osiągnięcie od roku 1865.
    Środa 28 kwiecień
    Już od progu Hajdukiewicz powiewa płachtą gazety. Wraca z miasta.
    - Przeczytajcie co piszą.
    Zrywamy się zaintrygowani. Wskazuje na spory, obramowany, rzucający się w oczy artykulik. Jurek ślizga się po nim; „Sensacyjne przejście CERVIN”.
    - Ho. Ho… tytuł obiecujący. Jednym tchem przerzucam treść. „Dwóch inżynierów z Polski zdobyło… dalej podane są szczegóły przejścia. Wszystko utrzymane w bardzo miłym tonie.
    Jurek Hajdukiewicz ściskając mi dłoń mówi.
    - Wiesz co mnie cieszy najwięcej? Jest to pierwsze przejście polskie – bez wypadku, bez żadnej makabry, które dostało się na łamy całej zachodnioeuropejskiej prasy codziennej… A to jest dużo. Dla samego tego warto było warto przyjechać.

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA