Strona główna / nr 3 (13) - LATO 2007 / W górach Transylwanii - Alpy Rodniańskie
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
W górach Transylwanii - Alpy Rodniańskie


Zapach dojrzałej łąki upaja fontanną doznań. Promienie słońca nanizane na paciorki wspomnień, paradują pośród ciszy i spokoju. Smuga czasu przeszłego, zdobna w czerwone korale lata, podąża w nieznane.
Ubrana w seledyn alegoria, w drodze na Parnas, płynie nad górami. Wrzosy w poszukiwaniu fioletu, spacerują po łące.
Obecna w powietrzu macierzanka obudziła motyla. Modry chaber wypatruje kąkola. Smyczki świerszczy, skacząc synkopą po strunach skrzypiec, stroją je do wieczornego koncertu. Wesołą gromadą, dowodzoną jak zwykle przez Bacę Jacentego (Jacka Ormickiego) idziemy w góry.
Po lewej Marmarosze, po prawej Alpy Rodniańskie. W dole Borsa, niczym Zakopane między Gubałówką a Tatrami. Widokowym trawersem, biegnącym nad doliną potoku Fontana, wznosimy się coraz wyżej. Udanie za mini Niagarę "robiący" wodospad Cailor, wprawia nas w zasłużony podziw.
Po chwili docieramy do pięknej pasterskiej Łąki - Poina Stoil. Rozciągnięta grupa dzieli się na mniejsze. Nasz szeryf - Baca Jacenty wraz z Marianem Garusem i Julkiem Ślusarczykiem, najwyraźniej zmierzają w kierunku pierwszego, wybitnego szczytu o nazwie Gargalau. Jego małżonka Ula Ormicka wespół z Zosią Roszkiewicz i Marylą Miętus, z właściwą damom wrażliwością, delektują się pięknem. Ula z niezwykłą pasją, utrwala je oczyma duszy i kamery. Ja, w towarzystwie Joli i Jarka Bolonów oraz Ani i Henia Łukasików wędruje na zachód. A Szaralewicze obfotografują wodospad. Z wolna pniemy się w górę. Sylwetki Jacentowej grupki majaczą w pobliżu przełęczy Gargalau. Na grań główną wchodzimy na zachód od niej. Niesamowitej urody panorama, zdaje się nie mieć równych. Przełęcz Przystop widoczna jak na dłoni. Konwulsyjnie biegnące przez nią zygzaki szosy, przypominają o jej znacznej wysokości i strategicznym położeniu. Przywołują także legionowe wspomnienia i osobiste reminiscencje. Polskość mieni się tu również, zamykającą od północy horyzont Czarnohorą. Dumna sylwetka Ineula zdominowała panoramę od południowego-wschodu. Od wschodu, jak psalmy biegnące ku niebu, dostojne sylwetki Pietrosula i Rebry. U podnóża grani, od północy, wesoło uśmiechnięte, zielone tafle, małych jeziorek. Łakomi nie tylko górskich wrażeń, idziemy z zamiarem dotarcia do Pietrosula. Pogoda zdaje się sprzyjać naszym planom. Choć widoczna z dala flotylla chmur na dwoje wróży. Sympatyczną wędrówkę uatrakcyjnia spotkanie z pasterzem. Powinnościom swoim zadość czyniąc, co rusz spogląda na "niedbale rozrzucone", na zboczach góry stado. Podczas prezentacji dochodzi do arcyzabawnej historii.
Strażnik owczej gromady, wskazując na nasze białogłowy Jolę i Anię, pyta. Puzdrele? Puzdrele odpowiadamy, z trudem opanowując nadciągającą kaskadę śmiechu.
W ten sposób, nasze panie, na czas wyprawy, przybierają imię nieistniejącego już schroniska. W prawdziwe osłupienie wprawia nas jednak informacja, iż "znajomy" nasz, wysłał osobiście w zaświaty, samego "Orła Karpat". Sugestywne pif, paf, połączone z dłońmi imitującymi szybkostrzelny karabin, w towarzystwie jak mantra powtarzanego Caucescu, mówią same za siebie.
Zmęczony wyczerpującym spektaklem spogląda na nas, ciężko dysząc. Jakby czekał na oklaski. Nie o nie mu jednak chodzi. Kolejną aktorską etiudą, jakby u samego Wajdy wyuczoną, prosi o papierosy. Niestety nie palimy. Miast papierosów, znanej proweniencji czekolada, znika szybko w jego ustach. Rozstawszy się z pasterzem, podążamy ku zachodowi. Na przełęczy Galatuli, żegnamy się ze ściężką prowadzącą w kierunku schronu Puzdrele. Widoczny w dali Pietrosul, ciągle odległy. Odwrotnie niż nadciągające z nad Marmaroszy chmury.
I gdy zamierzamy atakować kulminację Galatuli, kolejne miłe spotkanie. Dziarsko schodząca ze szczytu grupa Czechów, wita nas gromkim a hoj! Idą granią Alp Rodniańskich od przełęczy Stref na zachodzie, do Rotundy na wschodzie. Są z różnych miast. Nasz krakowski rodowód mile ich zaskakuje. Byliśmy w Krakowie. Cudne miasto. Mam tam znajomych. We wrześniu będę w Krakowie z dziewczyną. Jestem w nim zakochany, przekrzykują jeden drugiego. Wcale nie kurtuazją powodowani, oświadczamy że Praga to jedno z najpiękniejszych miast na świecie. Byliście w Pradze? Oczywiście i to nie raz. Mają również swoje Puzdrele.

Wymiana informacji o szlaku wespół ze zwyczajowym serwus i na shledanou kończy miłe spotkanie. Niesieni nadzieją na dojście do Pietrasula żwawo ruszamy do przodu. Niebawem osiągamy kulminację Galatului. Na przełęczy Laptelui meldujemy się równie szybko. I gdy niedługo potem docieramy do przełęczy Pezdrerol, nasz sieczkowo-tatarzański „jedynkowiec”, „profesor”, bard, edukator tatrzańskiego narybku, autor wielu naukowych rozpraw i dysertacji i „wysoko postawiony” onegdaj harcerz Jarek Balon, wygłasza krótkie expose. Te chmury nic dobrego nie wróżą. Proponuje wejść na widoczny obok Puzdrerol i ewakuować się w kierunku Borsy. Podzielam ten pogląd. Tym bardziej, że dotarcie w rejon Pietrosula zajęłoby nam jeszcze dużo czasu, odzywa się Heniu Łukasik zwany generałem. Wybitny znawca twierdz i autor licznych o nich opracowań. Smagam pejczem żalu myśli swoje, co to już dawno na Pietrosula wbiegły. Takie pocerowane szczęście moje – myślę sobie.

            Jednak utopiona w studni chłodnych racji brawura, poddać się nie zamierza. I gdy podobnie jak w Aladagu, wbrew rozsądkowi zamierzam pójść w objęcia burzy, bolesna zachłanność, modlitwą serca uskrzydlona, znienacka mówi pas. W samą porę. Jeszcze trochę, a wiedziony myślą natrętną, w rytm uderzeń dzwonów nieziemskich, gnałbym jak kulawy anioł, ku obłokom bezkresu. Oj, Ty którego na ustach nosić nie potrafię, czemu mnie ciągle ochraniasz? Skutkiem czego wraz z Puzdrelkami Jolą i Anią, na co dzień nauczycielkami dalece odległych od siebie przedmiotów, przystaję na propozycję moich uczonych kolegów. Wdrażając w życie zbiorową decyzję, po kilkuset metrach marszu, opuszczamy grań główną, Alp Rodniańskich. Zdobycie Puzdrelora nie jest godne pierwszych szpalt gazet. Sprawia nam jednak nieukrywaną przyjemność. Zdjęcia szczytowe na tle krzyża przerywają głośne pomruki burzy. Podrzucam do szczytowego kopczyka kamyk i wraz ze wszystkimi schodzę pośpiesznie w dół. Spotkani na szczycie pasterze, szybko znikają z pola widzenia. Zanurzeni w potężną kosówkę, z coraz większym trudem, przedzieramy się przez jej nieprzebrane morze. Cienka nitka ścieżki znika wśród szelestu myśli i gęstniejącej kosodrzewiny. Szeroką tyralierą próbujemy się przez nią przedrzeć. Zewsząd słychać gromkie nawoływania. Tędy można przejść. Uwaga wykroty. Nie idźcie za mną. Naszym sprzymierzeńcem są rzadko pojawiające się polany. Śniegu pełne, od kosówki wolne. Chwile krótkiej rozkoszy, kończą się zawsze tak samo – powrotem w objęcia kosodrzewiny. I gdy wiara w szczęśliwy finał, stygnie jak gorący dzień w objęciach mroźnej nocy, natrafiamy na kolejną polanę. Jej obfite kształty i cienka struga ścieżki u jej północnego skraja oznaczają możliwość powiedzenia adieu kosówce.

            Ścieżka, niczym przewodnik, prowadzi nas ku upragnionej północy. Po długiej wędrówce oczom naszym ukazują się kopy suszonego siana. Tu trafiamy na wyboistą drogę zgrabnie meandrującą wśród skoszonych łąk. Całym sobą chłonę idyllę sennego krajobrazu.

 

Z głębokiej nieobecności wyrywa mnie nucona przez miejscową góralkę melodia. Wystrojona w białą bluzkę i czarną spódnicę przysiada na przydrożnej skarpie. Wiatr niczym niecierpliwy kochanek, zabawia się jej warkoczem.

Poorana przeszłością twarz świeci blaskiem ufnych oczu. Piękne kierpce i kolorowe wstążki we włosach zdobią ją jak krokusy łąkę.

Pewnie wraca z jakiejś uroczystości. Jakby zgadując moje myśli, oplata dwa palce wokół siebie, niczym kochankowie w miłosnym uścisku. Wraca z wesela. Smaczny kołacz, którym mnie częstuje, potwierdza moje domysły. Ja częstuje ją gorzką czekoladą, znakomitym produktem krakowskiego „Wawelu”. Bez wątpienia gwiazdy czekoladowego rynku. Naszemu pożegnaniu towarzyszy znana melodia. Nuci ją góralka, nucę ją i ja. Chwilę potem podążam w kierunku widocznej z dala sygnaturki miejscowej biserici. Anię z Heniem zastaję w miejscowym sklepiku. Do spotkania z Jolą i Jarkiem dochodzi w miejscu połączenia potoku Repede z rzeką Viseu. Idąc wzdłuż niej docieramy do Borsy. W naszej siedzibie rojno i gwarno. Jackowa grupa pałaszuje zasłużony wysiłek.

Czas spędzany w górach upłynął im równie przyjemnie. Choć nie obyło się bez przygód. Podczas podchodzenia do głównej grani ujrzeli trzy postacie energicznie schodzące w dół. Jakby ku nim. Wyglądali na wojskowych. W przekonaniu, iż uchybili jakimś przepisom, schowali się za potężnym garbem. Niesłuszne to były na szczęście obawy. Owszem byli to żołnierze, za przyczyną ćwiczeń przebywający w tym terenie. Cóż był robić? Ponownie, już bez żołnierzy i lęku, acz w towarzystwie mozołu, pięli się ponownie do góry. Tym razem szlakiem i wprost na przełęcz. Tu spotkali swoje Puzdrele. Zosię, Marylę i Ulę.

Cztery kwadranse starczyły im by stanąć na szczycie Gargalau. Wraz z nimi paradę dumnych szczytów i pasm górskich „odbierali” przedstawiciele innych nacji, a także napotkani tam rodacy. Zanim weszli na szczyt, przeszli przez duże pola śnieżne i szli wśród łanów purpurowego różanecznika. W „pośladkowych” zjazdach na śniegu zdecydowany prym wiódł Julek. Marian niewiele mu ustępował. Przełęcz Gargalau minęli idąc podobnie jak my granią główną na zachód.

Spotkanie ze stadem pół dzikich koni i głośne westchnienia burzy dostarczyło im nowych wrażeń. Ścieżką odchodzącą od głównej grani poszli w kierunki przełączki Puzdrele. Tam bezskutecznie poszukiwali wypatrzonego na mapie szlaku. W tej sytuacji Baca Jacenty zdecydował się poprowadzić grupę innym wariantem. To lubi! To uwielbia! W tym także jak w wielu innych dziedzinach jest mistrzem. Mam głębokie przekonanie, że gdyby wszystkie szlaki świata, na zawsze okrył nocy aksamit, odetchnąłby z ulgą. Ba, byłby szczęśliwy.

Nocne marsze na orientację, penetracja miejsc niedostępnych i nieznanych, wędrówki w górę potoków w poszukiwaniu ich źródeł, przedzieranie się przez nieprzebyte górskie i leśne ostępy. To jedna z wielu pasji, które kołyszącym krokiem niosą go przez życie. Schowany za kotarą myśli spolegliwych, przemierza nieodgadnioną galaktykę. Przeglądam się w kałuży myśli swoich, rozlanych na drodze życia. Czy muzyka tętna mego, gdybym go nie spotkał, byłaby równie bliska wibracjom dzwonów podniebnych. Pierwszy mój artykuł, wernisaż, egzamin tatrzański, pierwsza egzotyczna wyprawa górska, prelekcja. Mógłbym tak bez końca. Wszystko za jego sprawą. Dzięki Jacenty. Hosanna dobrym ludziom. Hosanna dobrym sercom. Prr, prr – myśli moje, nie o brzasku życia poczęte. Gdy wy, ulotną doczesność kilkoma zdaniami opisać chcecie, Jacentowa grupa wędruje „nieprzyzwoicie” piękną i dziką doliną. Cicha skarga szemrzącego strumyka potwierdza słuszność obranej drogi. Wprowadza ekstazę nie tylko w przedsionki serca. Daje radość i spełnienie. Widok pierwszych zabudowań Borsy oznacza koniec kolejnej przygody.

Następny dzień zastaje nas koło Leśniczówki na polanie Piotra Negoiescului. Doliną potoku Repede ruszamy w kierunku najwyższego szczytu Alp Rodniańskich–Pietrosula. Wędrówka przez dziką knieje, w gąszczu potężnych drzew, krzewów i nieprzebranych łanów łopianu wraz z przeprawami przez rwące potoki dostarczają wrażeń iście amazońskich. Idącą przed peletonem grupy Anię dochodzimy niemal na skraju lasu. Tu też spotykamy pasterzy, wespół z osłami objuczonymi dużymi workami. Schodzą do wioski po cartofi, orez i inne wiktuały. Na wiadomość że jesteśmy „polonezy”, reagują uśmiechem. Ciepłym multumesc dziękujemy za wspólne zdjęcie i żegnamy się z pasterzami. Nieco „skąpe” pasmo kosówki szybko przechodzi w hale. Szum wodospadów Orłowicza pląsa myślami moimi w rytm zakosów ścieżki unoszącej nas rytmicznie w górę. Baca Jacenty rozgląda się którędy dojść do wodospadów. Wszędobylski Julek niczym paparazzi pstryka zdjęcia na lewo i prawo. Grażynka rozpoczyna kulinarną sjestę. Idziemy w jej ślady. Zapach smakowitości rozpływa się po łące. Jakby aromatem wiedzeni zjawiają się Jola z Jarkiem. Częstują pysznymi łakociami. Koniec hali wieńczą pasterskie szopy. Swobodnie pasące się konie wędrują coraz wyżej. Wysoko ponad nami potężna stawiarska ściana. Odwieczna strażniczka górnego piętra doliny. Do zawieszonej w górze dolinki docieramy idąc zakosami, wzdłuż warkocza dudniącej siklawy. Szmaragdowy stawek zdobi dno dolinki, niczym bursztyn kryształową grotę. Kolejne dolinki przypominają nawleczone na pajęczą nitkę lata perły. Są jak lustrzane odbicie pierwszej. Zatopiony w myślach spoglądam na spokojną taflę stawu. Jego „monalizowy” uśmiech zdaje się kryć jakąś tajemnicę. Czy zna ją przeglądająca się w stawie goryczka? Ze świata cieni i melancholii wyrywa mnie plusk wody. Nie kto inny, a sam Baca Jacenty zażywa kąpieli. Robię to samo. Po krótkim popasie opuszczamy ostatnią karową dolinkę, kierując się ku grani. Łagodne siodło przełęczy osiągamy bez trudu. Za opadającego ramienia wystaje upragniony wierzchołek. Z drugiej strony wyraźna ścieżka na Rebrę. Trawersując zbocza Grohotu idziemy na Pietrosula. Mocno sfatygowane poręcze i wyraźne stopnie wyprowadzają nas na szczyt. Wątpliwej urody barak i mocno sfatygowane przyrządy meteorologiczne nie zdobią kopuły szczytowej. Jednak wspaniałe widoki usuwają w cień pierwsze wrażenie. Północ to królestwo Marmaroszy z widoczną na pierwszym planie Torojagą. Widnokrąg zamykają pasma Czarnohory i Świdowca. Od południa uśmiecha się sąsiadka Pietrosula – Rebra. Południowy wschód zdominował masyw Negoiasa. A na wschodzie nasz znajomy Gargalau wraz z Cisą i dumnym Ineulem. Sesja zdjęciowa kończy nasz pobyt na Pietrosulu. Ze szczytu docieramy, delektując się rozległymi górskimi panoramami, do doliny Iezerului, schodzimy obok namiotowego obozowiska. Kręta ścieżka sprowadza nas do polodowcowego kotła. Na jego dnie uwiło sobie gniazdo urocze jeziorko Iezer. Niezrażone gwizdami świstaków konie spokojnie skubią trawę. Monumentalna sylwetka pomnika przypomina o górskich tragediach. Stojąca niemalże na progu kotła stacja meteorologiczna dostojnie spogląda na otaczające dolinę góry. W dół idziemy doliną potoku Pietrosula. Przez gęsty las sprowadzają nas serpentyny ochoczo podążającej ścieżki. Wychodząca z lasu gruntowa droga wije się wśród pól jak zaskroniec w trawie. Idę w dół z Julkiem. Jak przystało na przewodników nieco kluczymy w poszukiwaniu właściwej drogi. Po drodze przygarniamy Grażynkę. Przydrożne kapliczki zwisają z drzew jak girlandy kwiatów. Chrystus frasobliwy, z lekka uśmiechnięty, wędruje z nami aż do leśniczówki. Smaczne jeżyny wspaniale nagradzają Pietrosulowy sukces.


 
© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA