Strona główna / nr 3 (13) - LATO 2007 / Alpy - Pogotowie Górskie w Zermatt
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Alpy - Pogotowie Górskie w Zermatt

[ Górskie Pogotowie w Zermatt ]
Szwajcaria należy do krajów o najlepiej zorganizowanym i najskuteczniej działającym ratownictwie na świecie. A mimo to w 2006 roku w Alpach Szwajcarskich zginęło 206 osób w 104 wypadkach górskich. W ciągu trzech pierwszych miesiący 2007 roku tylko w regione Zermattu zgineło 22 turystów, jeden przewodnik górski i aż 3 Polaków.
Jesienią ubiegłego roku zginęło rownież troje alpnistów polskich.
Liczby te niepokoją i nasuwają wiele pytań z którymi zwróciłam się do Pana Bruno Jelk, szefa Ratowników kantonu Wallis.
Oraganizacyjnie Szwajcaria podzielona jest na 11 regionów ratownictwa zrzeszonego w Szwajcarskim Ratownictwie Alpejskim (ARS), które ma 97 stacji ratunkowych i 3000 ratowników górskich. SAC Szwajcarski Klub Alpejski również zrzesza i szkoli ratowników (także ochotników), oraz utrzymuje stałe posterunki. Jedynie region Wallis ma swoją własną kolumnę ratowniczą ze stacją w Zermatt, oraz 100 letnią tradycję ratownictwa. Zespół Ratownikow Stacji Zermatt wraz z SAC oraz Air Zermatt razem tworzą pogotowie górskie dla tego regionu. Kolumna ratownikow górskich liczy 9-ciu wszechstronnie wyszkolonych zawodowych przewodników górskich, oraz dodatakowo dyżurnego lekarza i szefa, którym jest Bruno Jelk. Górskie Pogotowie Powietrzne Air Zermatt składa sie z 5 sanitariuszy, 10 pilotów, 12 pomocników oraz 8 helikopterów (Eurocoptern i Lamas) stacjonujących w bazie Zermatt. Szwajcarska Lotnicza Straż Ratunkowa REGA kordynuje wszelkie alarmy i wezwania o ratunek.
W alpejskim kantonie Wallis (fr-Valais) znajduje się 37 czterotysięcznikow i ponad połowa lodowców całej Szwajcarii. Przyciagają one różnego rodzaju sportowców w różnych porach roku, co powoduje, że sezon alpinistycznych sportów trwa - 365 dni w roku. W miesiącach letnich w bezchmurne dni wyrusza średnio ok.100 osób na podobój Matterhornu, majestatycznej piramidy na granicy szwajcarsko włoskiej. Zdarzało się jednak i 150 alpinistów jednego dnia na grani Hörnli, najłatwieszej drodze do szczytu. Coraz więcej jest wypadków spowodowanych erozją skały. Niespodziewanie spadające kamienie niespodziewanie ranią alpinistów. Zdarza się, że ratownicy nie zdążą i wówczas bywa, że spotyka ich zarzut, iż nie wypełnili swej powinności należycie. Powstają wówczas wątpliwości i pytania: jak dalece można narażać życie ratowników? Czy mają oni obowiązek popełniać ten sam błąd co alpiniści, iść w góry w ciężkich, niebezpiecznych, ryzykownych warunkach pogodowych i narażać własne życie, by ratować nierozważnych, lekkomyślnych alpinistów? Gdzie jest granica, moralna, psychiczna i fizyczna między obowiazkiem niesienia pomocy i ratunku, a podjęciem ryzyka życia ratownika, czyli bezpieczeństwem i zdrowym rozsądkiem?
Tylko w czasie 4 dni tegorocznych świąt wielkanocnych aż 39 razy wzywano pogotowie powietrzne i ratowników, aż 2 osoby wpadły w szczeline lodowca. Dlaczego tak wzrosła liczba wypadków i ofiar? Nowoczesny sprzęt sportowy zapewnia coraz większe bezpieczeństwo uprawiana sportów górskich, a mimo to, tak wiele ludzi traci życie w górach. Bruno Jelk: - Od czasu kiedy otworzyły się granice wzrosła ilość alpinistów ze wschodniej Europy i Azji, oraz z całego świata. Nie zawsze przybywają oni z dobrym wyposażeniem i właściwym przygotowaniem kondycyjnym. Przeważnie są ograniczeni czasowo i często finansowo, dlatego nie bacząc na warunki chcą bezwględnie zdobyć szczyt. Nie słuchają prognozy pogody, ostrzeżeń o pogodzie gospodarza schroniska, ani zaleceń wykupienia ubezpieczenia transportu helikopterowego. Niektórzy z oszczędności nie korzystają nawet z kolejki, by wyjechać jak najwyżej, nie korzystają z noclegu w schronisku, oraz z przewodników górskich. W samym Zermatt do dyspozycji turystów jest 80-ciu przewodników zawodowych, przygotowanych do prowadzenia grup zimą i latem. Wiem , że przewodnik to luksus, wszędzie bezpieczeństwo kosztuje. Matterhorn przyciąga i zbiera największe "żniwo". Kolumna ratownicza, którą kieruję od 25 lat, tylko na tej górze, brała udział w 570 akcjach ratowniczych. Sprowadziliśmy w doline 210 ofiar śmiertelnych, oraz 1112 osób ewakuowaliśmy. W tym roku wśród ofiar Matterhornu jest już aż 3 Polaków i 3 Bułgarów.
Nowoczesny sprzęt alpinistyczny ułatwił wspinaczkę, telefony komórkowe wzywanie pomocy. Liczba wypadków i interwencji ratowniczych zdecydowanie wzrosła, jednocześnie ogromnie wzorsła liczba osób uratowanych. - Naszym zadaniem jest zapewnić bezpieczeństwo turystom, aby cało i zdrowo wrócili do domu, aby nie obawiali się powrócić w góry. - opowiada Bruno Jek- Dwa lata temu z grani Hörnli prowadzącej na szczyt Matterhornu, wezwała nas 4 osobowa grupa Koreańczyków. Musieliśmy ich ewakuować z powietrza. Na migi i przez głośnik tłumaczyłem im, że musza zdjąć buty i raki gdyż nie mogę ich wciągnąc do helikoptera z rakami. Jakież było moje zdziwienie gdy rok póżniej, wezwany na ratunek zobaczyłem Koreanczyków czekających w adidaskach. Buty i raki mieli już w plecakach, machali do nas wykupioną polisą ubezpieczeniową za 30 franków. To byli ci sami alpiniści koreańscy co rok temu. Zapowiedzieli, że tu wrócą, spróbują trzeci raz. Często alpiniści zapominają, że zawrócić w górach, zrezygnować z drogi, wezwać pomoc, to żaden wstyd, ani ujma dla honoru. Lepiej wcześniej się wycofać, niż później narażać życie kolegów oraz ratowników.
  Porozumienie się z alpinistami bardzo często utrudnia bariera językowa. Trzeba by znać kilkanaście, albo i więcej języków, niestety nie wystarczają 4 języki obce, którymi się komunikują ratownicy. (Nie licząc szwajcarskiego dialektu, który zrozumiały jest tylko dla miejscowych).
    - Jesteśmy również wyszkoleni do akcji ewakuowania i ratowania w razie wypadków kolejek linowych. W okolicy prawie na każdej górze są wyciągi linowe. Musimy być przygotowani na wszystke możliwe wypadki i katastrofy. Mamy także własnej konstrukcji sprzęt, bo potrzeba jest matką wynalazków.   

    Bruno Jelk pokazuje plik zdjęć swojego „dziecka“. Jest to urządzenie, które ma już swoją sławę w świecie. To aluminiowy trójnóg z  wiertarki elektrycznej na baterię akumulatorową, który umożliwia szybko i bez wielkiego nakładu siły mięśni wyciągnąć człowieka z szczeliny lodowca, pokazuje „czółno“ (podobne do akii ) przeznaczone do transportu rannych alpinistów, oraz d­źwig – wysięgnik, ułatwiający akcję ewakuowania ze ściany oraz jeszcze kilka innych urządzeń.
    Tego roku warunki zimowe są trudniejsze, opady śniegu rzadkie,
aczkolwiek obfite, jednak nie przykryły szczelin lodowców odpowiednio solidną warstwą, dlatego wypadki wpadnięcia w „dziury“ w  lodowcu są coraz częściej.
    - Kilka lat temu - opowiada Bruno Jelk - w słoneczny, bezchmurny dzień 30 maja
otrzymaliśmy o godz. 13- tej telefon z schroniska Domhütte. Niecałe 400 metrów od szczytu na wysokości, mniej więcej 4100 m n.p.m., jeden z siedmiu alpinistów włoskiego klubu alpejskiego wpadł do szczeliny lodowca. Grupa  nagle  zauważyła brak kolegi. Po śladach zawrócili i znaleźli go jakieś kilkadziesiąt metrów niżej w wąskiej szczelinie, nie mogli mu pomóc gdyż zablokował się jej zwężeniu. Jeden z kolegów zjechał 20 metrów w dół,  aby  chociaż  móc rozmawiać z Piero, który tkwił uwięziony  w lodzie, nie mogąc się poruszyć. Natychmiast wystartowaliśmy wraz z 3 ratownikami helikopterem, oraz potrzebnym sprzętem. Do miejsca wypadku trzeba jednak było dojść jakieś 100 metrów ponieważ helikopter nie mógł bliżej wylądować. Transportowaliśmy na plecach sprzęt gdy nagle pod moim nogami otworzyła się niewielka szczelina, na krawędzi której instynktownie się zaczepiłem. Natychmiast koledzy uwolnili mnie za pomocą Trójnogu, dotarliśmy do miejsca wypadku oraz przystąpiliśmy do ustawiania i mocowania tego urządzenia.  Niestety, aż 42 metry poniżej zaklinowany wąskiej szczelinie Piero nie mógł się sam doczepić do spuszczonej liny, a taka głębokość przekraczała nasze możliwości zjazdu do niego. Szczelina zwężała się do zaledwie 18 cm i trzymała Włocha mocno w uścisku.  Wezwaliśmy na pomoc drugą ekipe ratowników ze sprzętem mechanicznym jak młoty pneumatyczne, wiertarki, kilofy, dłuta  i z całym koniecznym zapleczem technicznym.
    O godz.
14 tej zaczęliśmy rąbać lodowiec. Kilka metrów dalej trzeba było wykopać ukośnie kanał, następnie poziomo, by dotrzeć do odpowiedniej wysokości szczeliny. Traciliśmy mnóstwo czasu na odprowadzenie urąbanego lodu. To był wyścig, twarda walka z czasem, lodem i naszymi fizycznymi możliwościami, przecież zaklinowany Piero  znajdował się prawie jak w zamrażarce! Pracowaliśmy na zmianę dając z siebie wszystkie siły. Trzeci i czwarty helikopter dowiozły karnistry z benzyną oraz do pomocy 6 przewodników – ratowników i dodatkowy sprzęt. Po 4 godzinach zaczęliśmy wątpić, ponieważ Piero słabł w oczach z powodu silnie obniżonej temperatury ciała. Wreszcie po 5 godzinach morderczej pracy wydobyliśmy go na powierzchnię. Nie można było wyczuć jego pulsu. Rozpoczęto lekarską reanimację jeszcze na miejscu. Temperatura ciała włoskiego alpinisty spadła poniżej 18 stopni C. Właściwie to oznaka umierania. Opakowaliśmy go w pneumatyczny górski termowór i odstawiliśmy do regionalnego szpitala w asyście lekarza, który zastosował reanimacyjne przyrządy ustawione w helikopterze. Wraz z 9 ratownikami i pilotem  dopiero o 22 giej zakończyliśmy całą akcję. Trzeba było sprowadzić cały sprzęt znów do bazy. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że życiu Piero nie zagraża już niebezpieczeństwo i że jest już w berneńskiej klinice. Po jakimś czasie Piero odwiedził nas z narzeczoną, pielęgniarką, którą poznał podczas leczenia w klinice. Cała ekipa ratownicza otrzymała zaproszenie na ich wesele.
    Uratowanie jednego życia, jak w tym przypadku, daje podwójną satysfakcję, bo jest ukoronowaniem ogromnego nakładu wszystkich możliwości ludzkich, technicznych i logistycznych, ciężkiej fizycznej pracy ludzi i sprzętu przy jak najmniejszym stopniu zagrożenia życia ratowników. 
Ale dosłownie „czarnym dniem“ dla ratowników stacji Zermatt był dzień w którym wydarzyły się aż 3 wypadki dla 7 osób śmiertelne.
Do dziś dnia jest wielu alpinistów nieodnalezionych. Niewyjaśniona jest historia  zaginięcia pewnego Polaka,  po którym pozostał namiot na kampingu. Wszystkie jego rzeczy oraz rachunki z supermarketu znalazła policja. On sam zniknął bez śladu.

W trakcie naszej rozmowy zadzwonił  telefon 144 to numer ratowniczy w tym regionie, Bruno Jelk odbiera również przy mnie meldunek REGA z numeru 1414. Przedwczoraj  hotel w Zermatt zgłosił zaginięcie jednego z gości, który wyszedł rano w ubraniu narciarskim i nie wrócił do następnego  południa. Rozesłano wiadomość do wszystkich stacji kolejek i patroli tras. Nie wiadomo było gdzie go szukać.
Uff, Teraz okazało się, że wrócił  z Bazylei, gdzie odwiedzał kolegę   Bruno Jelk mówi z ulgą i kontynuuje swoją opowieść.
Jedna z najdłuższych i najdramatyczniejszych akcji ratowniczych miała miejsce w końcu stycznia 2004 roku. Od kilku dni zapowiadano falę syberyjskich mrozów i wichurę. Już od rana pogoda się załamała tak, że stopniowo wyłączano kolejki  wagonikowe.  Około północy otrzymałem wiadomość z centrali 144, że na wysokości 3400 m n.p.m. na Matterhornie trzech polskich alpinistów znajduje się w  poważnych kłopotach. Wichura, mróz minus 20°C nie wróżyły nic dobrego. Komunikacja telefoniczna z alpinistami odbywała się za pośrednictwem Polaka w Niemczech. Prowadząc akcję stosuję zasadę, że na jednego alpinistę potrzebny jest zespół trzech ratowników, co daje 9 ratowników, następnie zespół dwóch, którzy pomagają przy transporcie rannych, oraz jeden ratownik wraz z pilotem oczekujący na możliwość startu helikoptera. Trzeba było podjąć akcje naziemną, czyli dojść piechotą do wzywających o ratunek. Najpierw dowieziono nas do schroniska Hörnli ratrakiem i pojazdami śnieżnymi z całym sprzętem, co w tych warunkach pogodowych było czasochłonne i trudne. Dwie trójki ratowników kilka razy wychodziły ze schroniska na szlak i po kilku godzinach zawracały. Wspinaczka do domniemanego miejsca pobytu alpinistów była  niemożliwa. Malały szanse, że alpiniści polscy przeżyją trzecią noc w prawie 30° mrozie. Ponownie wyszły zespoły trójkowe ratowników, które jednak zmuszone były do wycofania się. Przez owego Polaka z Niemiec mieliśmy na bieżąco informację o sytuacji alpinistów. W końcu trzeciej nocy do schroniska doleciał helikopter ok 1 godz,  udało się oświetlić ścianę jego reflektorami  i dojść do alpinistów. Ewakuowaliśmy trzech Polaków i o świcie odtransportowaliśmy do szpitala.
    Dramatyzm tej akcji polegał na tym, że 3 lekkomyślnych alpinistów, pomimo ostrzeżeń, narażało swoją nierozważną wspinaczką, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, życie aż 9 ratowników. Każdy alpinista idzie w góry na własną odpowiedzialność i z własnej woli, ale  czasem gdy nie może zejść z jakiegoś powodu, to przerzuca odpowiedzialność za swoje życie na ratownika. Ratownik, też alpinista, musi sam ocenić swoje możliwości, warunki i sytuację, na ile podoła zadaniu, oraz do jakiego stopnia  zagrożenia własnego życia jest gotów iść z ratunkiem.
- Kilka lat temu, zimą wpadł turysta angielski do strumienia przepływającego przez Zermatt. Mróz był siarczysty, jego kolega spontanicznie, w odruchu skoczył mu na pomóc. Inni wezwali ratowników. Lodowata woda i wartki prąd uniosły ich obu błyskawicznie. Niezdołaliśmy ich umiejscowić.  Jednego nie odnaleziono nigdy. Niedawno filmowaliśmy specjalnie odtworzoną dla serialu RTL, spektakularną helikopterową akcję z przed dwóch lat, gdy z powietrza  wyciągnęliśmy z rzeki mężczyznę i reanimowaliśmy akcję serca.  - dodaje na zakończenie Bruno Jelk.
    W książce poświęconej ratownictwu „Alarm na Matterhornie“ Bruno Jelk opowiada pamiętne akcje ratownicze, tragiczne, śmieszne i dziwne, w których szczęście i przypadek decydowały o uratowaniu alpinisty. Wszystkie te przykłady  dowodzą, że ratowanie życia z powietrza i z ziemi nie byłoby możliwe bez udziału zgranej, świetnie wyszkolonej i dobrze wyposażonej w sprzęt ekipy ratowniczej.
    Wygląda na to, że Pan  jest w pracy 7 dni w tygodniu  przez cała dobę ? --pytam Bruno Jelk.
- Tak , dokładnie, tak jest, ale niesienie pomocy w górach jest celem mojego życia. Góry to moje życie. Na urlop także jeżdżę w góry.
Dziękuję serdecznie Panu za rozmowę.

http://www.jelk-zermatt.ch/

[W USA i Kanadzie istnieje „Good Samaritan Laws“. (Prawo Dobrego Samarytanina) W czterech Stanach  prawo to nakłada  obowiązek bezintersownego pomagania każdemu znajdującemu się w potrzebie, za wyjątkiem sytuacji niebezpiecznej dla życia ratownika ).]

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA