Strona główna / TATRY / TABLICE TATRZAŃSKIE / NAJWYŻSZE SZCZYTY TATR / Tragedia Kasznicow
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Tragedia opowiadanie tatrzańskie

Tajemnica Doliny Jaworowej

Janusz Jędrygas – Przewodnik Beskidzki, Tatrzański

 

Zbliżając się do południowej granicy Polski z oddali wita turystę mur skalny, postrzępionych, często zaśnieżonych turni tatrzańskich. Poeta zatrzymuje się olśniony blaskiem bijącym od niebosiężnych szczytów. Podróżnik sięga po strofy nieśmiało powtarzając za poetą.

W góry! W góry, miły bracie!

Tam swoboda czeka na cię.

Na szałasy do pasterzy,

Gdzie ze źródła woda bieży,

Gdzie się serce z sercem mierzy

I w swobodę człowiek wierzy!*

            Kolejne kilometry zliczane pracowicie przez licznik samochodu. Łysa Polana - przejście graniczne ze Słowacją. Dzisiaj już nie zastaniesz tam zasieków, straży granicznej leniwie spoglądającej na turystów, celników z zapałem przeszukujących torby w poszukiwaniu tego czego nie zgubili. Jeszcze kilometr, dwa i z prawej strony pojawia się wylot jednej z największych walnych dolin tatrzańskich – Doliny Jaworowej, którego strzeże drewniany kościółek postawiony przez księcia Hansa Chrystiana Hohenlohe. Właśnie tutaj rozpoczyna się, a właściwie ma zakończenie nasza opowieść.

            Cofnijmy się w czasie do 3 sierpnia 1925 roku. Tego dnia w schronisku Teriego, w położonej ponad 2000 m. n.p.m. Dolinie Pięciu Stawów Spiskich spoczywał przy stoliku warszawski prokurator Kasznica. Spożywał on śniadanie wraz z żoną i kilkunastoletnim synem. Pogoda tego dnia była nieciekawa, spore zachmurzenie, dość silny wiatr, który wzmagał się w miarę upływu cennych minut. Kasznicowie mieli zamiar powrócić do Polski przez Lodową Przełęcz, wznoszącą się na wysokość ponad 2300 m. Szlak, który przechodzi przez jedną z najwyższych tatrzańskich przełęczy wbrew pozorom nie należy w tym miejscu do szczególnie trudnych. Obawa przed dalszą drogą zasiana w sercach naszych turystów wynikała z ich całkowitego niedoświadczenia. To była ich pierwsza wyprawa tatrzańska – do tego ten świszczący wiatr i przewalające się nad graniami bałwany chmur. Gdy do jadalni weszła grupka młodych ludzi w strojach taternickich z zaciekawieniem i podziwem zwrócili w ich kierunku głowy.

Kilka dni wcześniej grupa młodych polskich taterników z Janem Alfredem Szczepańskim – słynnym „Jaszczem” autorem licznych opracowań, przeszła kilka dróg wspinaczkowych w masywie Łomnicy, oraz Lodowego Szczytu. Ostatniego dnia po odpoczynku znaleźli się w jadalni schroniska. Rozmawiali o swoich przeżyciach. Podczas rozmowy, której bacznie przysłuchiwała się Kasznicowa padły słowa, iż wybierają się z powrotem do Polski przez Lodową Przełęcz, oraz Dolinę Jaworową. Aż poskoczyła – przecież to była trasa ich wędrówki. Rzuciła się w kierunku stolika taterników.

- Panowie, panowie z nieba nam spadacie. Czy możecie nam opisać drogę przez Lodową Przełęcz? – zaczęła błagalnym głosem kobieta. Czy możemy zabrać się z Wami?

            Po kilku pytaniach i odpowiedziach było jasne, iż Kasznicowie zamierzają przejść tym samym szlakiem do Polski. Widząc wilgotne przerażone oczy kobiety, jeden z taterników, dwudziestokilkuletni Ryszard Wasserberger prosi, aby się uspokoiła i rycersko ofiaruje swą pomoc. Obie grupy w pośpiechu pakują plecaki i wychodzą ze schroniska.

            Taternikom od początku nie podoba się pomysł wspólnej wędrówki, a w zasadzie eskortowania całkowicie nieporadnych i nieprzygotowanych warszawiaków. Już po kilkudziesięciu minutach marszu było jasne, iż tak dobrany zespół będzie miał kłopoty. Taternicy pognali do przodu, a rodzina od samego początku z mozołem pokonywała drogę. Jedynie Wasserberger, jakby czując się odpowiedzialny za Kaszniców pozostawał z tyłu. Koło Lodowego Stawku, gdzie szlak zaczyna ostro piąć się w górę bracia Szczepańscy i Zaremba postawili sprawę jasno. Nie ma sensu, aby wszyscy marzli. Uważali, że do tego, aby rodzina nie pogubiła drogi wystarczy jeden z nich, a pozostali będą mogli znaleźć się po kilku godzinach w schronisku. Zaproponowali losowanie, lecz Wasserberger postanowił, że to właśnie on pozostanie i będzie eskortował Kaszniców.

            Trójka taterników ruszyła szybkim marszem naprzód. Po kilkunastu minutach, gdy Kasznicowie docierali do stawku, znikali już za załomami grani. Nasi turyści w towarzystwie swojego przewodnika rozpoczęli żmudne podejście. Mijały minuty, minęła godzina, po drugiej godzinie znaleźli się na grani.

            Główna grań tatrzańska przebiega w linii wschód – zachód. Ogromny mur skalny wznoszący się na wysokość 2,5 km ponad poziom morza, zamyka drogę wichrom niosącym w swych lodowych objęciach szaro – bure, ciemne chmury kłębiące się w dolinach. A wiatr – jak to wiatr szturmuje granie stające mu na drodze.

            Zaledwie weszli na przewężenie przełęczy, spotkali zaczajonego w złomach Doliny Jaworowej przeciwnika. Wściekłe uderzenia wichury zwalały z nóg. Pomiędzy nimi podnosili się i posuwali naprzód. Kilkanaście metrów poniżej grani wiatr powoli traci swą moc. Szlak z przełęczy jest nadal bardzo stromy. Grupa posuwa się ostrożnie naprzód. Wiatr powoli słabnie, przycicha. Wydaje się, że najgorsze już minęło. Gdy docierają do niewielkiego wypłaszczenia terenu Kasznica siada na kamieniu mówiąc;

- Jestem bardzo zmęczony… Dalej iść nie mogę.

Postanawiają odpocząć na chwilę. Ściągają plecaki. Kasznica zaczyna słabnąć, majaczyć, tracić przytomność. Jego żona podbiega do młodego taternika z prośbą o pomoc. I wtedy słyszy uprzejmą odpowiedź. Jej oczy stają coraz większe, a słowa brzmią niczym wyrok.

- Czuję się także bardzo słaby. Z całego serce pomógłbym Pani, ale doprawdy nie mogę.

            Ogromne zdumienie!

W obliczu śmierci kobieta stara się zachować zimną krew. Aby zapewnić choć częściową osłonę od wiatru prowadzi syna pod ogromny kamień znajdujący się przy szlaku. Pomaga przenieść się taternikowi pod wantę. Biegnie do męża, lecz ten powoli osuwa się na ziemię. Kobieta rzuca się do plecaka. Gorączkowo szuka butelki z koniakiem. Powraca do męża. Chcąc go ratować wlewa mu kilka kropli ożywczego płynu do ust. Może to ogrzeje, poruszy gasnący oddech w piersi. Jeszcze parę chwil i mężczyzna przestaje oddychać.

Kobieta wraca do syna. Podaje mu czekoladę. Na jej oczach rozgrywa się tragedia. Jej syn traci przytomność, obraca się do taternika – ten majaczy w malignie, nawołuje matkę, chce wstawać, iść z przyjaciółmi w góry – to chyba Łomnica – w porannym słońcu błyszczy ściana ostatniej wspinaczki. Powstrzymuje go przed powstaniem. Wraca się do syna – jest umierający. Jeszcze chwila, dwie – ciało chłopca nieruchomieje.

Ponownie zwraca wzrok w kierunku taternika. Nie ma go pod wantą. Z ostatnią nutką nadziei szuka go wzrokiem… Jest kilka metrów dalej. Leży z rozbitą, zakrwawioną głową nienaturalnie przekrzywioną, zwinięty na skalnej ścieżce.

Wasserberger w ostatnich chwilach, resztkami przytomności powstaje, próbuje pokonać kilka kroków. Potyka się. Upada uderzając głową w kamień.

Pozostaje sama. Nie słyszy szumu wiatru. Nie czuje zimna, głodu, pragnienia. Zapada w letarg. Na przemian traci i odzyskuje przytomność. Nie odróżnia dnia od nocy. Nie wie co się z nią dzieje. Porusza się po górskich bezdrożach, kozich perciach, by wreszcie po 37 godzinach i dwóch nocach spędzonych w górach zejść w okolice Łysej Polany.

Owego dnia 5 sierpnia 1925 roku Naczelnik TOPR Mariusz Zaruski wybrał się do schroniska przy Morskim Oku. Przypadkowo spotyka półprzytomną kobietę. Dowiaduje się od niej o tragedii. Natychmiast rusza ekspedycja Pogotowia do Doliny Jaworowej. Zostają przetransportowane do Zakopanego trzy ciała.

Jeśli dochodzi do wypadku zwykle po analizie wiemy dlaczego. Zwykle brak doświadczenia, a w konsekwencji: zły ubiór, panika, brawura, upadek, wychłodzenie, śmierć. Przyczyn może być wiele. Żadna z nich nie zachodzi w finale powyższego zdarzenia. Najbardziej niezwykłe jest to, że nie wiadomo dlaczego doszło do tej tragedii górskiej. Sekcja zwłok nie wykazała powodu śmierci trzech jakże różnych pod względem fizycznym osób. Starszy mężczyzna, wysportowany młodzieniec i młody chłopak umierają bez wyraźnych przyczyn. Dlaczego oni, a kobieta przeżyła? Niektórzy sugerują, iż zatruła ich koniakiem, ale dlaczego jej syn który nie pił koniaku umarł?

Rozpoczyna się proces sądowy przeciw Kasznicowej. Po kolei upadają argumenty prokuratury jakoby nie udzielała pomocy. Główny zarzut, że podała alkohol umierającym i to on mógł być przyczyną zgonu – upada. Prokuratura nie znajduje żadnych dowodów winy. Jedynie pytania pozostają do dziś. Do dziś dyskutują fachowcy czy można leczyć kieliszkiem koniaku w sytuacji osłabienia organizmu? Odpowiedź brzmi – lepiej nie. Mając do dyspozycji wysokoenergetyczne produkty, cukry proste – powinno się ich użyć, ale jak ona miała postąpić w takiej konkretnej sytuacji?

Pamiętamy z lekcji chemii tzw. pompę próżniową – czyli urządzenie które wysysa powietrze z określonej przestrzeni. Być może powietrze zostało wyssane z płuc niczym w pompie próżniowej? Ale dlaczego zasłabli, gdy wiatr był słabszy, praktycznie wyciszał się za wantą? Wiele pytań. Wiele odpowiedzi kończących się – ale… A tajemnica Doliny Jaworowej chyba nie doczeka się naukowego wyjaśnienia. Legenda pozostanie.

 

*Wincenty Pol – Pieśń o Ziemi Naszej

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA