Strona główna / GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE / Chojnik zima
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Sudety Chjnik zima

Chojnik zimą… Alina Moczydłowska

 

… czyli o tym jak uzupełniłam listę rzeczy szalonych/głupich, które udało mi się w życiu zrobić.

 

Od samego początku to miała być tylko i wyłącznie moja wyprawa. Zawsze chciałam sprawdzić, jak to jest kiedy wyrusza się w nieznane tylko i wyłącznie ze sobą i swoimi myślami Tylko jedna osoba znała moje dokładne plany i była upoważniona do wezwania pomocy jeśli nie wrócę do określonej godziny.

 

O której odjeżdża autobus do Jeleniej Góry oczywiście sprawdziłam wcześniej, ale równie oczywistym jest to, że zapomniałam zorientować się co do stanowiska odjazdu. Mimo tego udało mi się wsiąść do właściwego pojazdu, co uważam za swój pierwszy sukces organizacyjny. Jechałam słuchając na przemian studentów rozmawiających o jakichś bzdurach i własnych myśli. Zasadniczo rewelacji się nie spodziewałam. Już wtedy wymyśliłam tytuł tej relacji, którego jednak nie użyję, ale co mi szkodzi go tu zacytować: „Czy samotność w górach rozczarowuje?”. Patrząc w okno zastanawiałam się czy ta wyprawa będzie najnudniejszą, jaką przeżyję, czy może pełną głębokich przemyśleń lub mocnych wrażeń. Mimo wszystko jednak obstawiałam tę najmniej optymistyczną wersję.

 

Ledwie wysiadłam z autobusu, a już przyroda podjęła pierwszy zamach na moje życie: parę metrów ode mnie spadło z trzaskiem kilka naprawdę ogromnych sopli lodu. Zaraz potem zaczepił mnie jeden z wielu sympatycznych jeleniogórzan, jakich miałam okazję tego dnia spotkać. Chłopak miał chyba mniej więcej 20 lat.

 - Przepraszam, czy my się skądś nie znamy?

 - To raczej mało prawdopodobne. - odpowiedziałam. 

 - Dziwne, bo twarz wydaje mi się znajoma…

 - Złudzenie, ale będę wdzięczna, jeśli powiesz mi, jak najszybciej dostać się do Sobieszowa.

Chłopaczek pomyślał chwilę i przedstawił mi dokładnie czym i jak mogę tam dojechać. Podziękowałam za pomoc i poszłam we wskazanym kierunku. Jako że moja mapa nie obejmowała samej Jeleniej Góry, później jeszcze parę razy musiałam skorzystać z pomocy mieszkańców. Wszyscy byli bardzo uprzejmi i sprawiali wrażenie, jakby chcieli pogadać dłużej. Dobrze, że sobie te włosy na blond zrobiłam, bo niektóre pytania były naprawdę godne blondynki, np.: „przepraszam, gdzie ja właściwie jestem?”. 

 

Znalazłam szlak, skończyli się ludzie, więc mogła zacząć się moja szalona przygoda z samą sobą. Pierwszym celem był Chojnik. Wrodzona ambicja kazała mi wybrać trudniejszą trasę (czarnym szlakiem), co nieraz później w myślach przeklinałam patrząc na ogromne głazy, które zima zamieniła w oblodzone ściany płaczu.

 - Może lepiej, że nikt nie widzi moich żałosnych zmagań z lodem? – myślałam drapiąc się pod górę. Chwalić producenta butów za system antypoślizgowy, ale i tak bardziej przydałyby mi się chyba raki i kalosze. Już przy samym szczycie pierwszy raz weszłam w wodę po kostki, co później miało stać się normą.

 

Nigdy niezdobyty zamek Chojnik. Piękne ruiny!

 

A najbardziej urzekły mnie zarośla pnące się po tych starych murach od niewiadomo jak wielu lat. I jeszcze wizja, jak ogromny musiał być to pożar w XVII wieku, który zniszczył zamek do tego stopnia. A zapaliło się od uderzenia pioruna – to musiała być straszna noc... Weszłam na wieżę, skąd widok był idealny. Delektowałam się wspaniałym krajobrazem, co jednak w pewnym momencie zakłócili mi dwaj panowie koło czterdziestki, którzy też postanowili zdobyć najwyższy punkt. Nie chciało mi się zbytnio z nimi rozmawiać więc obeszłam całe ruiny, a na wieżę wróciłam jeszcze raz, kiedy już było pusto. Tam też oddałam się jednej z moich ulubionych kobiecych czynności, czyli dziesięciokrotnemu zmienianiu zdania.  Wstępnie w planach miałam aby przejść się dalej szlakami tak, aby zatoczywszy koło wrócić do Sobieszowa, ale patrząc na te widoki zaczęłam rozpatrywać inne opcje… Mój tok rozumowania zaczął się mniej więcej tak:

- Jest mi dobrze tu i teraz. Chwilo trwaj, nie idę dalej, zostanę tu, na zamku. Posiedzę sobie jak najdłużej, a potem zejdę łatwiejszym szlakiem. Mogę też wejść do schroniska na bigos i pogadać jednak z tamtymi facetami – może akurat mają coś ciekawego do powiedzenia. Albo trzymać się planu i iść dalej… - zastanawiałam się tak długo, wielokrotnie zmieniając zdanie co do tego, która opcja jest najlepszą. Ostatecznie przeszywający wiatr, który nagle zaczął mi przeszkadzać przekonał mnie, że chyba jednak powinnam iść, bo wtedy będzie cieplej.

 - Tylko czy zdążę przed zachodem słońca? Latarkę mam, ale raczej nie planowałam jej używać, a już na pewno nie w kontekście tych oblodzonych skał! – liczę te czasówki i doliczyć się nie mogę:

– To będzie około…

 - Nie około, Alina, konkret!

 - Mówię przecież, że około trzech czterech godzin.

 - To trzy czy cztery, bo to jest spora różnica! I weź tu z taką gadaj…

 

Znalazłam zielony szlak i poszłam nim na spotkanie ze szlakiem niebieskim. Zaświeciło słońce. Już miałam zacząć się z tego cieszyć, kiedy okazało się, że w tym akurat momencie słońce jest przekleństwem, bo śnieg staje się coraz bardziej mokry i zapadam się w nim po kolana. Najlepszą strategią, jaką udało mi się wymyślić było bardzo szybkie stawianie kroków.

 

Doszłam do miejsca gdzie trzeba było zmienić szlak, udało mi się bez problemu znaleźć właściwy i ani razu go jeszcze nie zgubiłam. Niekiedy jednak szlak mówił: „prosto!”, a ja widząc dwie drogi (w tym pewnie jedna urojona) pytałam: „ale które prosto?”. Myślę sobie jednak mimo wszystko:

 - No Alina, świetny z ciebie nawigator! – po czym moje ego mile połechtane zaproponowało zmianę nastroju na możliwie jak najlepszy. Idę sobie taka szczęśliwa, myśląc co to nie ja, dochodzę do drogi i nie zastanawiając się nawet nad słusznością decyzji skręcam sobie w prawo i idę dalej. Dlaczego w prawo? Dlaczego akurat w prawo?! Może przez prawicowe poglądy, a może intuicja – nie wiem, nie potrafię tego wyjaśnić. Nagle patrzę, a tu wieś. I drogowskaz. I się cholera nic z mapą nie zgadza! Ale dobra, jest wieś, jest droga, czasem coś jeździ, już rozpracowałam kierunek na Jelenią, więc kciuk tak jakby sam unosi się do góry…

 - Nie! Obiecałam sobie przecież, że sama stopa łapać nie będę, bo tego to nawet nie ma na mojej „liście” rzeczy szalonych/głupich, które należy w życiu zrobić.

Więc kombinuję inaczej. Czasu do zachodu mam sporo, a cofać się chyba daleko nie trzeba, więc można wrócić na właściwą drogę.

 

Udało mi się znaleźć właściwy szlak. I wtedy zaczęły się przygody ze zwierzętami. Najpierw była sarna.  Stała bardzo blisko i w ogóle się mnie nie bała. Tak sobie stałyśmy i patrzyłyśmy, ona na mnie, a ja na nią. Uciekła dopiero, kiedy zaczęłam szukać w plecaku komórki z aparatem aby zrobić jej zdjęcie. Szłam dalej i tak sobie myślę:

 - Teraz sarna, a co będzie jeśli spotkam jakieś inne zwierzęta. Dziki! Przecież tu mogą być dziki! Trzeba je jakoś odstraszyć, a najlepiej byłoby już teraz zadziałać jakoś profilaktycznie, aby w ogóle nie chciało im się z lasu wychodzić. Gwizdka nie mam, ale… - zaczęłam głośno śmiać się z tego, co mi przyszło do głowy.

- Nie Alina, zapomnij, tego nie zrobię!

 - Ale dlaczego? Przecież nikogo tu nie ma! – rozejrzałam się w około i faktycznie byłam całkiem sama.

 - No dobra, niech ci będzie. Gdzie strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła maj…

Tak, mnie też to rozbawiło i zaskoczyło zarazem, bo kto mnie zna ten wie, że ja nie śpiewam. Nigdy, a już na pewno nie przy ludziach! Oczywiście i tak nie robiłam tego zbyt głośno.

 

Kiedy już przeleciałam stary polski repertuar i ogólnie odechciało mi się śpiewania, a szlak akurat kazał iść pod górkę w głębokim śniegu, mój wzrok zatrzymał się na jednym punkcie w lesie. W sporej odległości ode mnie poruszyło się coś czarnego, co stało i obserwowało moje zmagania. Na pierwszy rzut oka: rottweiler! Pewnie był to jednak jakiś dzik, a wizerunek psa podsunęła tylko moja psofobia, która we wszystkim, co jest czarne i ma cztery łapy każe widzieć strasznego rottweilera.    

 - O nie, co to to nie! Fakt, że ciąży na mnie klątwa Widma Brockenu, które widziałam dwa i pół roku temu (zapowiada śmierć w górach), ale bez przesady – rozszarpana przez jakieś psy albo dziki to ja być nie chcę!

Przyspieszyłam. Bardzo przyspieszyłam! Dalszych myśli nie będę cytować, bo się nie nadają, ale nie wiedziałam, że jestem w stanie wygenerować aż tyle wulgaryzmów.

 

Właściwie przez całą drogę nie udało mi się znaleźć żadnego odpowiedniego miejsca, aby zatrzymać się, usiąść i coś zjeść. Potem to już nawet nie szukałam, a po prostu obiecałam sobie, że jeśli dojdę do czerwonego szlaku to choćby nie wiem co, tam właśnie zjem swoje kanapki. I doszłam. I był nawet pieniek idealny! Usiadłam, westchnęłam z zachwytu nad wspaniałością tegoż miejsca, aż tu nagle czuję, że coś mi kapie na głowę. Deszcz ze śniegiem, jeszcze tylko tego brakowało!

 - O nie deszczu, mowy nie ma! Słuchaj, zaplanowałam, że właśnie tu i teraz zrobię sobie przerwę śniadaniową i nie uda ci się mnie zniechęcić.

Deszcz w odpowiedzi zaczął padać mocniej.  

 - Nic z tego i tak mnie nie wygonisz! Patrz tylko jaka jestem twarda! – wyciągnęłam termos i nalałam sobie herbaty.

A deszcz jeszcze mocniej!

 - OK., wygrałeś. – dopiłam resztki herbaty, spakowałam się i zaczęłam schodzić w dół z groźbą na ustach – Ale przystanek w Sobieszowie należy do mnie!

 

Czerwony szlak zgubił mi się gdzieś przy końcówce, ale po spojrzeniu na mapę okazało się, że to nawet dobrze, bo trafiłam na skrót. Uczciwie wrócić na szlak czy iść asfaltowym skrótem? Z racji zmieniających się warunków atmosferycznych odpowiedź była oczywista:

 - Iść skrótem. W ramach pokuty może pójdę sobie piechotą we Wrocławiu z dworca do akademika.

 

Przystanek w Sobieszowie faktycznie należał do mnie. Zaspokoiłam głód, jednak to nie wystarczyło. Czułam, że w butach mam kałuże, więc bardzo chciałam je zdjąć i wykręcić z wody skarpetki. Niby ludzi nie widać, ale to jednak już miasto i zaraz mogą się pojawić, a ja tu taką wiochę robię… Znów zmieniłam zdanie kilka razy, po czym o dalszej akcji zadecydował jeden z moich ulubionych argumentów:

 - A kto mnie tu zna?!

Wiocha może i była, ale przednio się bawiłam patrząc na miny zdziwionych przechodniów.

Później PKS w Jeleniej Górze, Wrocław i koniec mojej przygody.

 

Miały być wielkie przemyślenia, a wyszła totalna żenada. To jednak też było potrzebne. Nigdy bym nie pomyślała, że potrafię się tak dobrze bawić w swoim własnym towarzystwie! Alina, ja cię chyba zaczynam nawet trochę lubić! Wbrew pozorom samotność w górach wcale nie sprzyja myśleniu o sprawach ważnych. Idąc samotnie trzeba dwa razy bardziej uważać i na siebie i na szlak, a myśli się raczej o sprawach związanych z wędrówką. Za tę wędrówkę byłam odpowiedzialna tylko i wyłącznie ja. Tylko ja podejmowałam decyzje i tylko ja ponosiłam ich konsekwencje. Nie było ani kogo się poradzić, ani też na kogo zrzucić winę za ewentualne niepowodzenia. Samotność w górach uczy odpowiedzialności. Rozczarowuje czy zachwyca – odpowiedź brzmi: ani jedno ani drugie. Samotność w górach zadziwia. Pokazuje coś zupełnie innego, na wszystko patrzy się inaczej i sądzę, że dzisiejszy dzień to naprawdę cenne doświadczenie. Nie wiem jednak czy chcę to doświadczenie powtórzyć – chyba nie jestem typem outsidera.

 

Sobota, 8 stycznia 2011 roku.

 

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA