Strona główna / BESKIDY - JAN PAWEŁ II / Tragedie górskie - Pilsko
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Tragedie w Beskidach - Pilsko


GĂłry w Polsce Zima w Beskidach, Hala Boracza zdjęcia galeria

GĂłry w Polsce Beskidy Beskid Mały Groń Jana Pawła II zima w gĂłrach

Polskie gĂłry Beskidy Panorama Tatr z Babiej GĂłry zdjęcia galeria

GĂłry w Polsce Beskidy Babia GĂłra zima zdjęcia galeria 2

Polskie gĂłry Beskidy Gorce Turbacz zima zdjęcia galeria
Tragedie górskie – Pilsko

Janusz Jędrygas – Przewodnik Beskidzki, Tatrzański

 

Wypadki w Beskidach. Tragiczna wycieczka szkolna w polskich Beskidach. Wypadki w gĂłrach opis, opowiadanie. Śmierć w gĂłrach.


Zima w gĂłrach – jakże zmienną jest – niczym kobieta. Czasem uśmiecha się promieniami słońca, czasem bezwstydnie ukazuje swe uroki, odległe panoramy białych szczytĂłw skutych lodowymi okowami. Na co dzień skrywa je pod osłoną chmur, obłokĂłw, mgiełek. Czasem wpada w złość niczym zdradzona kochanka rzuca się z wściekłością huraganu na wędrowca, ktĂłry śmiał jej zakłĂłcić spokĂłj. Dobrze, jeśli wędrowiec będzie umiał uchronić się od jej humorĂłw. Jednak czasem wydaje się mu, że to on jest tutaj panem, wyrusza w gĂłry pomimo wyraźnych ostrzeżeń.

Grudzień - miesiąc w ktĂłrym nie usłyszysz dzwonkĂłw owieczek pasących się na hali, jednak dzwoneczki są wszechobecne za sprawą MikołajĂłw pędzących do swych milusińskich.  22 grudnia 1980 roku przybyła do Korbielowa 16 osobowa grupa młodzieży, ze szkoły mistrzostwa sportowego w Kaliszu. W grupie tej znajdowali się chłopcy i dziewczęta w wieku 12 – 17 lat, wśrĂłd ktĂłrych był 17 letni Mistrz Polski juniorĂłw w chodzie sportowym na 10 km Ireneusz Langwerski. ZarĂłwno koleżanki jak i koledzy Irka, oraz ich trener Krzysztof Kisiel pragnęli powtĂłrzyć sukces kolegi, a obĂłz zimowy z planowanymi marszobiegami w ciężkim gĂłrskim terenie miał być jedynie rutynowym nabieraniem kondycji. Święta minęły wesoło jak to wśrĂłd młodzieży. Życzeniom sukcesĂłw wprawiających w dobry nastrĂłj nie było końca.

Grudzień – miesiąc, gdy dni są najkrĂłtsze, zmrok zapada szybko, a wraz z nim przychodzi mgła lub nocna zawieja. Jakże przyjemnie siedzi się w ciepłej izbie schroniska nie musząc wystawiać nosa na zewnątrz.

27 grudnia pogoda była jak na tę porę dość kiepska. Ciężkie zimowe chmury przykryły wierzchołek Pilska 1557 m. n.p.m. Wiatr zrywał się od czasu do czasu niosąc płatki śniegu jakby chciał powiedzieć, że on nieodłączny towarzysz wędrĂłwek gĂłrskich czai się w uroczyskach, aby wypaść na śmiałkĂłw wychodzących z lasu. Tego dnia grupa młodych mistrzĂłw sportu wyruszyła czerwonym szlakiem na Halę Miziową. Trasę, ktĂłrą w warunkach letnich przewodniki określają na 2,5 godz. oni pokonali 1 godz. 15 min. W schronisku byli ok. 11 godziny. Po krĂłtkiej przerwie na herbatę, pomimo bardzo trudnych warunkĂłw trener zgodził się na wyjście na Pilsko. Młodzież – jak to sportowcy był ubrana w lekkie ortalionowe kurteczki. Zamiast butĂłw gĂłrskich mieli trampki i adidasy, nie mieli plecakĂłw z ciepłą odzieżą, a o termosach z gorącą herbatą nawet nikt nie pomyślał. Już pierwsze kroki po nieprzetartym szlaku zapowiadały trudności. Uczestnicy zapadali się w świeżym śniegu po kolana czasem głębiej. Na początku mogło to być nawet zabawne – pĂłźniej buty, spodnie i kurtki przemokły, ale oni szli jeszcze pod gĂłrę i nie czuli zimna tylko zmęczenie. Około 12 godz. stanęli na wierzchołku. Trener postanowił, że będą schodzili niebieskim szlakiem granicznym w kierunku przełęczy Glinne. W ktĂłrymś momencie zeszli z przecinki granicznej w prawo na ścieżkę, ktĂłra po pĂłł godzinie doprowadziła ich do zagubionej wśrĂłd lasĂłw gajĂłwki. Obok niej stał człowiek ubrany w strĂłj leśnika. Na widok zbliżającej się grupy powoli zdjął karabin z ramienia i przetarł lunetkę z celownikiem optycznym.

- Dzień dobry. Gdzie jesteśmy – zapytał trener.

- Na Sloveńsku – padła odpowiedź – granica Polska tam na hore – pokazał karabinem.

- A ile do najbliższej wioski – dalej zagadnął trener.

- Siedem kilometrĂłw – odparł leśnik.

- To może zeszlibyśmy na dĂłł do wsi - zaproponował trener.

Tego już było leśnikowi za wiele.

- Nie wolno... Jest zakaz... Będzie kara... Pokuta... Wracać do Polsko... – rozsierdził się urzędnik leśny.

- Ale jak mamy trafić do granicy?

- Wracać po swoich śladach! Karabin skierowany na grupę jednoznacznie pokazywał drogę "na hore".

CĂłż było robić grupa z trenerem na czele ruszyła z powrotem. Po pewnym czasie, może po godzinie dotarli /jak im się wydawało/ na szczyt. Wicher uderzył w nich zabierając resztki ciepła. Śnieżne krupy biły po twarzy wciskały się pod powieki nie pozwalając otworzyć oczu. Małej Mariolce łzy same spływały po policzkach cała skostniała z zimna ledwo się poruszała. Irek po rycersku podarował jej swą kurtkę, sam został w dresie. Obrali kierunek i rozpoczęli zejście. Pierwszy szedł pan Krzysztof za nim Irek i najmocniejsi chłopcy brnęli w śniegu aby utorować drogę pozostałym. Jeszcze się trzymali dzielnie i szli, szli zagrzewani do walki przez swego trenera.

Zapadał zmrok. Około godziny 16 na ledwo widocznej ścieżce z mroku wyłoniła się tablica. Pełni nadziei, ożywieni podbiegli do tablicy - może dowiedzą się czy daleko jeszcze. Irek patrzył z niedowierzaniem. "Pozor..." tablica była w języku słowackim.

Leszek zwany Śledziem zaczął słabnąć. Koledzy wzięli go pod pachy, jednak on coraz bardziej się zataczał. Od tego momentu zaczęła się tragedia. Irek – jeden z liderĂłw grupy, rĂłwnież opadł z sił. Dziewczęta zajęły się nim, a chłopcy Leszkiem. Około godziny 19 Irek zasypia na stojąco, koledzy niosą go dwie godziny zanim umrze na ich rękach. Pan Krzysztof rzuca się gorączkowo do akcji reanimacyjnej. Po pĂłł godzinie zaprzestaje, zostawia sztywniejące ciało swego ucznia na śniegu, zbiera grupę i idą dalej. Idzie a raczej snuje się grupa cieni, większość zaczyna majaczyć, rĂłwnież Marek majaczy coraz częściej potyka się, wreszcie ok. 4,30 upada. Trener jeszcze raz rzuca się do pomocy, ale chłopak nie daje już znakĂłw życia, wysuwa się bezwładnie z rąk. To już trzecia ofiara. Pan Krzysztof siada na śniegu, milknie, jest całkowicie załamany. Chce zostać przy zmarłym na zatracenie. Młodzież też milczy przerażona, tylko wiatr, ten ich nieodłączny towarzysz nadal szaleje, ale i on przycicha jakby zdumiony swym dziełem zniszczenia. Wreszcie powstaje jakaś ciemna postać, za nim powstają inni, podchodzą do trenera, potrząsają nim.

- Panie trenerze... Nas jest jeszcze trzynastu nie chcemy umierać, chcemy żyć. Niech nas pan gdzieś wyprowadzi.

Pan Krzysztof budzi się z letargu. To są przecież jego uczniowie, jego dzieci, ktĂłrym poświęcił pĂłł życia. Ratować. To jedno słowo rozumiał doskonale w bezmiarze rozpaczy. Daje hasło do dalszego marszu. Nie wolno zasnąć, trzeba się ruszać za wszelką cenę trzeba ratować dzieci, ktĂłre mu zaufały. Krzykiem nakazuje śpiewać w marszu piosenki, gdy słabną odmawiają modlitwy – przecież Najjaśniejsza Panienka nie pozwoli im zginąć. Zaczyna świtać. Dzieci bez sił padają w biały puch, on tworzy dwĂłjki, ktĂłre mają się rozcierać nawzajem, ale nawet na to nie mają siły. We wstającym dniu nikt nie zauważył wyłaniających się w oddali zabudowań wsi Mutne.

          Niewiele jest miejsc na Słowacji tak dzikich, tak wciśniętych w niedostępne doliny potokĂłw spływających po stokach Pilska, często zarośniętych pierwotnym lasem nietkniętym ręką ludzką jak Mutne. W niedzielny poranek celnik JĂłzef Bolek wraz z inżynierem leśnictwa Ludovitem Janiakiem wybrali się na przechadzkę w kierunku lasu. Odeszli już spory kawałek za wioskę, gdy JĂłzef Bolek zauważył coś czerwonego leżącego pod lasem. Krzyknął i pilnie wypatrywał czy nie ma odpowiedzi. Coś się poruszyło. Pod lasem ukazało się kilka postaci. Usiłowali podbiec, upadali nie dali rady. Słowacy widząc jaka jest sytuacja, że o życiu mogą decydować minuty, przewieźli grupę samochodem do leśniczĂłwki rodzicĂłw JĂłzefa Bolka. Jego matka ugotowała kilkanaście litrĂłw herbaty, a mężczyźni pomagali ściągnąć buty i kurtki. NiektĂłre były tak zaskorupiałe, że trzeba było je rozcinać. Słowacy teraz dopiero dowiedzieli się, że przypadkowo stali się bohaterami ocalenia grupy, ktĂłrą od wczoraj poszukuje cała beskidzka grupa GOPR, Wojska Ochrony Pogranicza, oraz Słowacka Horska Służba. Wszyscy ocaleni uczniowie, niektĂłrzy z odmrożeniami rąk, palcĂłw u nĂłg, twarzy i uszu, powrĂłcili już bez przeszkĂłd do domu. A na Pilsku została pamięć po niefortunnej wycieczce opowiadana przez przewodnikĂłw ku przestrodze innym.

Przepisy regulujące bezpieczeństwo i organizację wycieczek w gĂłrach. Zobacz >>>.

Š Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA