Strona główna / nr 3 (5) - LATO 2005 / WYPRAWA - WNIEBOWSTĄPIENIE
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
BESKIDY - BESKID ŻYWIECKI - RYSIANKA

Rysianka 1997 rok-wyprawa: ”Wniebowstąpienie”        

Jerzy Siodłak          Bezpieczeństwo w górach zobacz >>>

  • Tragedia na Pilsku >>>

    Był to normalny dzień i nic nie zapowiadało, że będzie trzeba szukać w górach człowieka, że będzie to pierwsza wyprawa, którą przyjdzie mi poprowadzić jako kierownik. Był to dzień w pełni wiosenny, ale pełen kontrastów. Kontrastów pomiędzy wiosną i zimą, gdzie na wysokości 800 mnpm. przebiegała granica pomiędzy tymi dwoma porami roku.

    wyprawa wniebowstąpieniePamiętam brzmiące wówczas, wręcz złowrogo, słowa naczelnika Adama Kubali: wyprawę poprowadzi kolega instruktor Jurek Siodłak. Kiedy to usłyszałem lekko się nogi pode mną ugięły. A wszystko zaczęło się 11 marca 1997 roku. Wówczas ratownik dyżurny w schronisku na Hali Rysiance, przyjął zawiadomienie o zaginięciu 43 letniego mężczyzny na szlaku turystycznym. Była to godzina 12 w południe. Turysta z Torunia przebywający na wypoczynku w schronisku na Hali Lipowskiej, postanowił się wybrać na pieszą wędrówkę wraz ze znajomą, udając się w stronę szczytu Romanki. Standardowy zapis w książce dyżurów brzmiał: „Zaginiony A.M lat 43 był ubrany w jasno-zieloną kurtkę, jasne ocieplane spodnie i buty górskie. Przebywał on na tym terenie po raz pierwszy…”

    Dość charakterystyczna sylwetka Romanki i rozległe widoki przyciągały zawsze wielu chętnych do zaglądania na ten szczyt. Warunki w tym dniu zachęcały do spacerów. Panowała piękna słoneczna pogoda, aczkolwiek na tej wysokości powyżej 1300 m.n.p.m. panowały prawdziwie zimowe warunki. Brnąc w głębokim rozgrzanym słońcem śniegu turyści posuwali się naprzód. W pewnym momencie mężczyzna zatrzymał się i postanowił wysypać śnieg z butów. Powiedział, że zaraz dołączy, za chwilę. Chwila stała się prawie wiecznością, bo przez najbliższe kilkanaście godzin do spotkania z kobietą nie doszło.

                Poszukiwania prowadzone przez ratownika dyżurnego ze stacji GOPR na Hali Rysiance i ratownika ze stacji GOPR na Hali Miziowej pod Pilskiem nie przynoszą żadnych rezultatów. W wyniku decyzji naczelnika zaczynają się włączać kolejne zespoły ratowników ze Szczyrku i z Żywca pod wodzą kierownika wyprawy.

                Założony przeze mnie plan działania przewidywał rozbicie grupy ratowników z Żywca na trzy podgrupy i objęcie poszukiwaniami terenu wokół szlaków turystycznych z Żabnicy Skałki na Romankę-szlak czerwony i zielony. O godzinie 19.55 do akcji zostają włączone psy :Astor i Aleks. Przewodnicy-ratownicy:Józek Słodki(+) i Iwona Leszczyńska. Przewodnicy dojeżdżają do Złatnej Huty, skąd prowadzi najkrótsza droga w rejon Hali Rysianki. Po godzinie zgłaszają się w dyżurce GOPR na Hali, gdzie założyłem stanowisko kierowania działaniami. Kiedy chwilę odpoczęli, wyruszają podejmując ślad, po wcześniejszym obwąchaniu przez nasze czworonogi rzeczy zaginionego.

                Sytuacja, co najmniej dziwna. Zniknął człowiek w biały słoneczny i piękny dzień. Brak śladów….Cóż - nasunęło mi się jasne skojarzenie. Skoro tak, to musiało nastąpić wniebowstąpienie. Szlaki sprawdzaliśmy bardzo dokładnie i zamykałem kolejne strefy sprawdzenia. Rejon poszukiwań zacząłem zawężać do południowych zboczy Romanki w kierunku na Sopotnię. Wszystko wskazywało na to, że tam ten człowiek gdzieś tkwił tylko, dlaczego i to przez tak długi czas. Kiedy rozgryzałem ten problem, wydawałem dyspozycje, analizowałem dotychczasowe posunięcia, czasem wychodziłem z dyżurki i spoglądałem w niebo. A było ono wówczas wyjątkowe. Na niebie widoczna była jasno świecąca kometa Haleya, ze swym charakterystycznym płonącym ogonem. Myślałem, że to zapewne dobry znak. Moje myśli były burzliwe i pełne obaw o los tego człowieka, a w dodatku czułem presję, jaka mnie przygniatała. Była to presja strachu przed nieudaną wyprawą. Tak często określamy działania, które nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. No i cóż , zwykły wstyd, który dawał mi wiele do myślenia i nie ukrywam, dopingował mnie.

                W tym momencie w wyprawie uczestniczyło już 49 ratowników, którzy od kilku godzin prowadzili mozolne przeszukiwanie terenu. Wiedziałem, że mogę na nich polegać. Była to doborowa i sprawdzona kadra ratowników. Nawet ci najmłodsi byli obecni zawsze na pierwszej linii i trzeba ich było hamować, żeby nie latali po górach bez potrzeby i uzasadnienia. Sytuacja nabiera radykalnego przyśpieszenia w momencie, kiedy postanowiłem jeszcze raz przeformować ratowników i dokonać kolejnej zmiany. Wówczas też chciałem sięgnąć po pomoc żołnierzy, którzy nie raz wspierali nas w takich działaniach. Po wymianie zdań i zasięgnięciu opinii wojskowych decydentów, wiedziałem że mogę liczyć na wsparcie. Byli w pogotowiu do wyjazdu.

     O godzinie 8.16 Józek Marek trafia w lesie na zboczach Romanki schodzących do Sopotni, na leżące chusteczki higieniczne, a chwilę potem na wyraźne ślady. W tym rejonie są już również nasze psy. Zaczyna się wyścig z czasem i zmęczeniem. Tym fizycznym i tym psychicznym. Wszyscyśmy się nagle na nowo obudzili i z zapasem nowych możliwości zaczęli działać. Tak jakby wszystko zaczęło się od nowa. A przecież każdy już miał dość. Każdy czuł ten kilkugodzinny wysiłek. Ale ta kometa, ten dobry znak, znak nadziei, choć nie jestem przesądny, dawał pozytywny, chociaż wirtualny impuls do dobrego i pozytywnego myślenia. Czuliśmy się wszyscy zdopingowani do prowadzenia konstruktywnej dalszej akcji.

     W radiostacji słyszę podniecone i dyszące głosy, które donoszą mi o kolejnych śladach. Wiedziałem, że ratownicy są coraz bliżej, że jeszcze moment i zapewne trafią. O 8.32 komunikat w radio brzmi jednoznacznie: jest… Odetchnąłem z ulgą, ale zaraz pojawiło się pytanie: co z nim? Słyszę głos Józka Słodkiego: stan ogólny ciężki, wychłodzony, przemoczony, majaczy i mocno poobcierany. Do poszkodowanego skierowałem jeszcze dwie grupy ratowników, aby pomogli w transporcie. Szybko na miejscu pojawiają się kolejni ratownicy. Wszyscy chcą zyskać na czasie, więc decydujemy się na transport improwizowany. Jednocześnie w trudny teren i po lodzie, ale w sposób perfekcyjny podjeżdża Józek Marek terenowym mercedesem. W tym samym czasie powiadomiona zostaje karetka pogotowia, która będzie za chwilę czekała na przekazanie poszkodowanego przy szlabanie w lesie. Dalej dojazd dla takiego samochodu był niemożliwy. Tutaj przebiega granica i to taka namacalna, pomiędzy działaniem górskiego pogotowia, a pogotowia ratunkowego. Zawsze jednak, trzeba to podkreślić, te służby wzajemnie się wspomagają, kiedy człowiek oczekuje pomocy. I tym razem nasza współpraca pomogła uratować człowieka.

                8.50-likwidujemy nasze stanowisko kierowania w dyżurce na Rysiance. Schodzimy, zmęczeni, ale zadowoleni, że cała nasza praca nie poszła na marne i znów się udało. Tak-ktoś pomyśli, co ten facet wygaduje, ale w naszym środowisku często padają proste zwroty, które są konsekwencją prostych myśli. One jednak trafiają w sedno i bez zbędnych filozofii okazują się rzeczowe i załatwiają problem. Kiedy byłem świadomy, że wszyscy moi ratownicy zeszli z gór i wracają, ogarnęło mnie euforyczne, ale ciche zadowolenie i satysfakcja. Zebrałem wszystkich przy wodospadzie w Sopotni, aby podziękować i krótko podsumować wspólny wysiłek. Wówczas jeszcze nie używaliśmy GPS-ów (urządzenia do nawigacji w terenie działające w oparciu o system satelitów), bo ich po prostu nie było. Obecnie technika i metodyka poszukiwań została mocno skażona technicznymi nowinkami. Aczkolwiek jednak ciągle to człowiek jest najważniejszym ogniwem w pracy ratownika górskiego. Często pytamy o motywacje bycia ratownikiem, a powodów, dla których tak naprawdę zostajemy ratownikami jest tyle ilu samych ratowników. Ta wyprawa wiele mnie nauczyła, a przede wszystkim dała wsparcie w podejmowaniu samodzielnych decyzji, a takich musi być wiele w ratownictwie górskim. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że wkrótce przyjdzie mi kierować Grupą Beskidzką GOPR, jako jej naczelnik.

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA