Strona główna / nr 3 (5) - LATO 2005 / JEJ WYSOKOŚĆ BIAŁA GÓRA
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
ALPY CHAMONIX - SZANSA DLA CIEBIE


Stanisław Biel Alpy zdobycie Eigeru zdjęcia galeria

Marian Bała piękne szczyty zdjęcia galeria

Alpy Matterhorn, akcja ratownicza, zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Kangchengjunga zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria
Jej Wysokość Biała Góra - Alpy Mont Blanc Chamonix

Karolina Niżnik - Absolwentka polonistyki UJ Kraków 2004 r. - nauczycielka

 

Chyżne - Bratysława - Wiedeń - Linz - Salzburg, 60 km przed Insbruckiem zjazd na południe, jeszcze około 100 km i dotarliśmy do austriackiej miejscowości Meyrhofen. Choć europejskie drogi sprzyjały naszemu zrozumiałemu pośpiechowi i podnieceniu, na camping dotarliśmy już w całkowitych ciemnościach. Tym większą góryniespodzianką był dla nas późnym "rankiem" pierwszy rzut oka na góry - dwa masywne szczyty zamykały U-kształtną dolinę potoku Ziller, który toczy zmętnione, polodowcowe wody. Od niego wziął nazwę łańcuch okolicznych szczytów (Zillertaleralpen). Widząc na zegarku godzinę 11:30 rozgrzeszyliśmy się całodziennymi trudami podróży i wybraliśmy się na mały rekonesans.
Meyrhofen zachwyciło nas swoim urokiem alpejskich osad: skąpane w słońcu domki i Gästhausy zachęcały bardzo schludnym obejściem i prawdziwą orgią kwiatów. W duchu pokłoniliśmy się miejscowemu nauczycielowi, P. Habelerowi, który wraz z R. Messnerem w 1978 jako pierwszy zdobył Mt. Everest bez tlenu. Czas spędzony w hałaśliwym miasteczku i kilkugodzinny spacer widokową trasą zaostrzyły tylko nasz apetyt na wysokogórską wyprawę. Jednak Pogoda, owe złośliwe bóstwo, przed którym drżą turyści, pomieszała nam szyki, jak się miało okazać - nie po raz ostatni. Nasza cierpliwość została wystawiona na próbę i przez trzy dni musieliśmy poprzestać na rozrywkach przeciętnego wczasowicza. Ograniczaliśmy się jedynie do króciutkich wypadów, które nie pozwalały nam zgnuśnieć. Raz zupełnym przypadkiem natrafiliśmy na piękny, wysoki wodospad - wreszcie coś, co zagłuszało sennogenny szum deszczu. Aż chciało się wykrzyczeć za Przybosiem:

Słyszę:
Kamienuje tę przestrzeń niewybuchły huk skał
To - wrzask wody obdzieranej siklawą z łożyska
i gromobicie ciszy

góryUltimatum: albo ładna pogoda, albo wyjeżdżamy, poskutkowało ;o) Pogoda się poprawiła i wreszcie wyrwaliśmy się z wilgotnych namiotów na prawdziwą alpejską ucztę.
11 sierpnia różowiejące o świcie szczyty zastały nas krzątających się spiesznie przy dobytku, a jakiś czas później, co chwilę przecinając "wszędobylskie" drogi asfaltowe, pokonywaliśmy wysokość, by dojść do Plaunerhütte, schroniska leżącego prawie na wysokości naszych Rysów. Po drodze podziwialiśmy gospodarność i zaradność Austriaków - wysoką na 125 m zaporę wodną (jedną z bardzo wielu w tym rejonie), która, gdy patrzyliśmy na nią pod słońce, wyglądała jak nienaturalnie gładka przełęcz. Wkrótce osiągnęliśmy wysokość jeziora - wszystko miało niebieski odcień, pogłębiony jeszcze cieniem w licznych zawieszonych dolinach i cyrkach polodowcowych. Po krótkim odpoczynku przed schroniskiem i po uczcie z suszonych owoców ruszyliśmy dalej, długo trawersując zbocze doliny, która wiodła aż do granicy włoskiej. Powyżej hütte spotkaliśmy już niewielu ludzi, których witaliśmy pobożnym pozdrowieniem: "Gr?ss Gott". Po kilku godzinach, niedaleko od przełęczy dotarliśmy do wyraźnej granicy świeżego śniegu, który spadł zeszłej nocy, a że było wyjątkowo ciepło, nie omieszkaliśmy nacieszyć się nim w środku lata. Z przełęczy roztaczał się widok na Taury, a w dole migotał mały stawek, po którego malachitowej powierzchni dryfowały kry. Na Zillerplatzenspitze (3144 m n.p.m.) weszliśmy eksponowaną miejscami skalną "ścieżką". Na szczycie krzyż - ręce Ziemi wzniesione w geście modlitwy ku Niebu. Oddychaliśmy nieograniczoną niczym przestrzenią. Hen, aż po kres widnokręgu ciągnęły się błękitno-białe Alpy. Winszując sobie Trzech Tysięcy, wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej, z zadowoleniem stwierdzając liczną obecność naszych rodaków. Schodząc na dół, ułożyliśmy kilka kopczyków kamiennych - tradycja, gdy pierwszy raz "robi się" trasę. Gdy po kilku godzinach dotarliśmy znów do Plaunerhütte, czuliśmy, że piwo, nad którym w doskonałych nastrojach porównywaliśmy nasze spalone słońcem nosy, było zasłużone. Znad zapory jeszcze raz patrzyliśmy na skontrastowany z wieczornymi cieniami doliny nasz daleki szczyt.

góryNazajutrz kontynuowaliśmy i tak już opóźnioną podróż. Droga była bardzo urozmaicona, zwłaszcza w Szwajcarii, gdzie, zamiast jechać autostradą, skierowaliśmy się na malowniczo usytuowane w rejonie Jungfrau miasteczko Interlaken, które - jak sama nazwa wskazuje - leży na przesmyku między dwoma jeziorami. W porze, kiedy duża część ucywilizowanej Europy pije popołudniową kawę, my - znużeni długą jazdą i upałem zażywaliśmy rozkosznie orzeźwiającej kąpieli w kryształowo czystym jeziorze otoczonym niebosiężnymi szczytami, których skalne zręby spadały prosto do wody.
Mont Blanc pierwszy raz zobaczyliśmy przedarłszy się przez dwie przełęcze. Choć w dolinie był już mrok, Góra płonęła w blaskach zachodzącego słońca. Potężna, przytłaczająca swym pięknem, ogromniejąca przed nami, zamykała horyzont milczącą, lodową bramą. W wieczornych ciemnościach długo patrzyliśmy, jak przybierała wszystkie odcienie fioletów i szarości. Tej nocy spaliśmy w jej głębokim cieniu. Rankiem długo nie pozwoliła słońcu zajrzeć w dolinę.

Pierwszy dzień w Chamonix musieliśmy przeznaczyć na sprawy organizacyjne. Z powodu dużej liczby turystów mieliśmy problemy z miejscem na campingu. Choć piękny i słoneczny, był to dzień stracony. Jak się miało później okazać, właśnie tego jednego dnia dobrej pogody zabrakło nam, by zdobyć Mont Blanc. Tymczasem odbyliśmy kilkugodzinny spacer przeciwległym zboczem doliny i mieliśmy okazję dokładnie przyjrzeć się Górze, nad którą unosiły się kolorowe lotnie i bez przerwy latały helikoptery, mącąc jej przyrodzony spokój. Choć sam szczyt Monte Bianco (4807 m n.p.m.) jest płaski jak boisko do gry w piłkę, jej masyw jest bardzo zróżnicowany - najeżony licznymi igłami, skalisto - śnieżny, przykryty popękaną skorupą lodowca, pełną szczelin i uskoków, którego potężne jęzory sięgają niemal samego miasta. Miasta, które tworzy ogromny kontrast z Górą, miasta - chciałoby się rzec "ceprowskiego", pełnego gadżetów, sezonowych "hitów", komercyjnego.

Nazajutrz mieliśmy wyruszyć na Górę. Rano kolejką górską wyjechaliśmy na wysokość 2364 m n.p.m. - Nid d'Aigle (Gniazdo orła), a stamtąd zatłoczonymi zakosami mozolnie szliśmy w okolice schroniska T?te Rousse (3167 m n.p.m.). Połowę drogi w tym dniu mieliśmy już za sobą. Niemal pionowo nad naszymi głowami na skale widać było schronisko du Go?ter (około 3800 m n.p.m.) a zatem pozostało nam do pokonania jakieś 700 m przewyższenia. Niebo zaczynało się chmurzyć. Szybko ale ostrożnie przecięliśmy żleb, którym co chwilę osypywał się piarg, spadały kamienie i odłamki skał. Dalej eksponowana droga, w dolnym i górnym odcinku ubezpieczana stalowymi linami i gdzieniegdzie klamrami, wiodła najpierw na garb, a następnie raz jedną, raz drugą stroną stromej grani.

Refuge du Go?ter to blaszany schron jedną ścianą "wiszący" nad przepaścią a drugą wciśnięty w sięgający dachu lodowiec. Nareszcie mogliśmy zrzucić ciężkie plecaki, do których poprzywiązywaliśmy buty w obawie postradania ich w wielkim tłoku, jaki panował w schronie. Usiedliśmy w małej jadalence, gdzie kto mógł, czekając na ciszę nocną. Nad bufetem w różnych językach (m. in. po polsku) zamieszczono informację: "pobudka jest o 2:00 w nocy, jeśli jest ładna pogoda". Prognozy były korzystne. Wyszliśmy na pobliską grań Aiguille du Go?ter, by zobaczyć choć fragment naszej jutrzejszej trasy. Wiał silny wiatr a na szczycie usiadły chmury. Przyglądaliśmy się tym, którzy tuż obok rozbijali namioty i okopywali je śniegiem. O 20:00 padło hasło: "karimaty!". Jeśli ktoś zdołał w porę pochwycić jedną z nich i znaleźć na podłodze tyle miejsca, by ją rozścielić, miał szansę na 6 godzin "koczowania" na leżąco. Wkrótce hałasy ucichły, lecz nie na długo. Już bowiem koło północy niektórzy zaczynali wymarsz, by być na szczycie o wschodzie słońca. Nie było problemów ze wstawaniem, każdy chciał być już w drodze. Pospiesznie i na stojąco, bardziej z rozsądku niż z głodu, spożywaliśmy imitację śniadania; ubraliśmy na siebie wszystkie ciepłe rzeczy, gdyż, mimo że było tylko -5 st. C, nadal mocno wiało. Tuż za drzwiami schroniska pozakładaliśmy raki, które zgrzytały na stalowym podeście. A potem już tylko równy oddech i miarowe, niespieszne tempo, gdyż wysokość uparcie dawała o sobie znać. Niesamowity to był widok, jak po stromym zboczu, którego kontury z trudem można było odróżnić na tle czarnego nieba, wspinali się ci, co wyszli wcześniej. Widać było tylko światło ich czołowych latarek, które znaczyło zygzakami trasę podejścia, przyjmując kształty wielkiego ognistego węża. Nad miastem, jakby na wyciągnięcie ręki, wisiał cieniutki żółty księżyc.

Wiatr wiał coraz mocniej, zaczął padać śnieg. Weszliśmy w chmury, które z każdą chwilą gęstniały, tak że światło czołówek miało coraz mniejszy zasięg. Trzeba było stawiać opór podmuchom wichru, który ciskał w nas tumany śniegu i igiełki lodu, a także przystawać co chwilę z powodu zadyszki. Po dwóch godzinach takiego podchodzenia, gdy większość idących przed nami grupek już zawróciła, my również postanowiliśmy odwrócić. Teraz trzeba było się spieszyć, by w nieprzeniknionym nadal mroku, nie stracić z oczu miejscami całkiem już zasypanej śniegiem ścieżki. Już świtało gdy doszliśmy na grań, po której spacerowaliśmy kilkanaście godzin wcześniej. Byliśmy już poniżej pułapu chmur i jak na dłoni widzieliśmy uśpione miasto. Tu dopiero wiatr dał nam się we znaki, lecz już za kwadrans znaleźliśmy się pod osłoną schroniska. Ogrzewaliśmy się herbatą, która jednak nie mogła osłodzić naszego gorzkiego rozczarowania. Z topografii terenu wywnioskowaliśmy, iż do szczytu zabrakło nam około 500 m. Patrzyliśmy bez nadziei na przepływające tuż za oknem wilgotne chmury, które targane wiatrem rozpływały się w deszczową nicość gdzieś nad Chamonix. Czas było wracać. Dzielnie wdzialiśmy na siebie mokre ubrania i schodząc wmieszaliśmy się w grupę innych pokonanych przez Górę ludzi.

Szczyt nie odsłonił się nam z chmur już do końca pobytu, mimo że nad miastem świeciło słońce, a schodząc widzieliśmy tęczę. Na głównej ulicy Chamonix odlany z brązu Paccard od lat coś uparcie pokazywał swojemu towarzyszowi liny, przytwierdzonemu do granitowego postumentu. Oni wiedzieli, że góry to siła. Siła zaklęta w skałę i lód. My na dole spełnialiśmy pocieszające toasty, gratulując sobie, że nie dołączyliśmy do tych "wybrańców losu", którzy na zawsze już zostali w tym pięknym, ale znającym swoją wartość miejscu.

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA