Strona główna / nr 3 (5) - LATO 2005 / KOMINIARSKI WIERCH
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
TATRY - TRAGEDIE TATRZAŃSKIE - Kominiarski Wierch

[ CZERWONE WIERCHY GALERIA - ZDJĘCIA ] [ TOPR akcja ratownicza zdjęcia ] [ TOPR akcja ratownicza zdjęcia galeria 2 ] [ Dolina Chochołowska zdjęcia galeria ]


Akcja rotownicza TOPR zdjęcia

Tatry wypadki, akcja ratunkowa TOPR zdjęcia

Tatry Czerwone Wierchy zdjęcia

Tatry zimą Czerwone Wierchy zdjęcia

Dolina Chochołowska otoczenie zdjęcia
         

Tatry wypadki - Kominiarski Wierch

Michał Jagiełło

Długo pamiętano o tym, co wydarzyło się grudniową nocą 1973 roku. 7 grudnia o godz. 10.00 ze schroniska na Hali Ornak wyruszyło kilku grotołazów z zamiarem podejścia na Halę nakomin Stołach do otworu jaskini Bańdzioch znajdującej się w Kominiarskim Wierchu. Dźwigano plecaki po około 15 kg każdy, plan zakładał bowiem penetrację jaskini, co miało zająć około dwunastu godzin. Jednak trudne warunki na podejściu - kopny śnieg, silny wiatr, początek zamieci - oraz niewątpliwie słaba kondycja fizyczna niektórych członków zespołu powodowały, że marsz był powolny. Od Hali na Stołach poruszanie się było jeszcze bardziej utrudnione, z uwagi na coraz głębszy śnieg; miejscami musiano wręcz drążyć tunel w sypkim śniegu sięgającym po pachy.

kominOkoło godziny 15.00 grotołazi znaleźli się w żlebie Żeleźniak, gdzie teren stawał się już stromy i zmuszał do użycia liny. Biorąc pod uwagę zmęczenie uciążliwym podejściem i późną jak na grudzień porę dnia, był najwyższy czas, aby zaprzestać dalszego podejścia i albo zawrócić po własnych śladach, albo biwakować w zacisznym lesie. Cała piątka związała się jedną liną długości 40 metrów i początkowo stromym żlebem, a następnie wznoszącymi się w lewo eksponowanymi trawersami, po wąskich trawiastych półkach, stopień za stopniem, pięła się w górę.

Zapadła noc, a z nią nasilał się wiatr. Trudny (choć w skali taternickiej łatwy) teren wymagał napiętej uwagi i pochłaniał godzinę za godziną, tym bardziej że jeden z grotołazów - Andrzej K. - zaczął uskarżać się na zmęczenie i koledzy zmuszeni byli przejąć jego plecak. Jeszcze nawet wtedy była możliwość wycofania się do zbawczego lasu. Posuwali się mimo to wciąż wyżej, tracąc zapewne w zapadających ciemnościach orientację i zbaczając z trasy wiodącej do otworu jaskini. Wreszcie około godz. 21.30 prowadzący grupę dotarł do wygodnej platformy, osłoniętej od przepaści kilkoma rosnącymi tam świerczkami, i w tym miejscu postanowił założyć biwak.

W pewnym momencie, będący jako drugi na linie, Mieczysław W. nagle - według relacji kolegów - zaczął tracić przytomność i z dużym trudem został wyciągnięty na wspomnianą platformę. Można przyjąć niemal za pewnik, że na platformę biwakową wyciągnięto już martwego grotołaza, nie odzyskał bowiem przytomności mimo prób stosowania masażu serca i sztucznego oddychania. W tym czasie czwarty na linie Andrzej K. stał spokojnie na swym stanowisku i nic nie wskazywało - to znów zdanie kolegów - że dzieje się z nim coś groźnego. Nucił ponoć nawet jakąś melodię. Sytuacja powtórzyła się niemal identycznie: nagle zaczął bredzić, nie poznawał kolegów, a wyciągnięty na platformę nie przyjął już podawanej mu z termosu gorącej herbaty. Na nic zdały się zabiegi reanimacyjne, przebranie w suchą kurtkę, wygodne ułożenie. W ciągu około pół godziny, prawdopodobnie między 22.00 a 22.30, dwóch młodych ludzi przestało żyć. Pozostała trójka przesiedziała przy zwłokach całą noc i rano rozpoczęła odwrót drogą podejścia. 8 grudnia o godz. 13.00 kierownik nieszczęsnej wyprawy zawiadomił telefonicznie z Kir Pogotowie Górskie: Około 150 metrów nad otworem jaskini Bańdzioch zmarło z wyczerpania dwu grotołazów. Ratownik dyżurny poprosił mnie do telefonu i sam, na własne uszy usłyszałem ten nieprawdopodobny meldunek. Nie spadli, po prostu zmarli z wyczerpania. W niespełna godzinę później kierownik siedział w Stacji Centralnej Grupy Tatrzańskiej GOPR i spokojnym głosem relacjonował przebieg owego fatalnego dnia. Nagrywaliśmy tę opowieść - za jego zgodą oczywiście - zdając sobie sprawę, że jesteśmy świadkami czegoś niezwykłego nawet dla nas, ratowników, przywykłych do sytuacji niecodziennych. Jeśli z pięcioosobowej grupy rówieśników umiera z wyczerpania dwóch, a pozostali znoszą te same warunki bez szwanku, to jest to rzeczywiście trudne do zrozumienia.

Sekcja zwłok nie rozwiązała zagadki.

Choć właściwie zagadek nie było. Poza tą jedną, że nie wiemy, dlaczego ktoś potrafi przeżyć w górach kilka dni w skrajnie nie sprzyjających warunkach, a inny umiera już po paru godzinach. Cały czas mówię tu o ludziach w zasadzie zdrowych, bez poważnych wad serca. Decyduje tu zapewne indywidualna odporność organizmu na niskie temperatury, a to w znacznym stopniu jest uzależnione od psychiki. Góry to takie miejsce, gdzie rola psychiki ujawnia się w sposób wyjątkowy. Lęk może wprost zabić człowieka, choćby nawet nie zagrażało mu żadne fizyczne niebezpieczeństwo ( na przykład lawina śnieżna czy kamienna, odpadnięcie od skał). W sytuacjach, w których trzeba niesłychanie oszczędnie gospodarować ciepłem zmagazynowanym w organizmie, broniąc się przed chłodem i szczególnie wyniszczającym tu wiatrem, często warunkiem przetrwania jest umiejętność myślenia na zwolnionych obrotach. Jeśli nie chce się stracić zbyt wiele energii, nie powinno się obciążać mózgu, który jest najbardziej zachłanną częścią naszego ciała na tlen i "paliwo". Umiejętność zmniejszenia wysiłku psychicznego staje się często "być albo nie być". Tę swoistą zdolność zdobywa się drogą kolejnych doświadczeń i im mniej jest sytuacji, które nas zaskakują (a więc i wprowadzają w panikę), tym spokojniej przyjmujemy przeciwności natury i losu. Świetnie wysportowani mężczyźni, znający góry tylko pogodne, stają się bezradni wobec nieznanych, groźnych, przerażających sił, gdy tylko otoczy ich mgła, uderzy gdzieś piorun, lub rozpęta się zamieć. Wtedy tak łatwo wpaść w panikę i zacząć gorączkowo myśleć, a wyobraźnia podsuwa wszystko co najgorsze i nie ma mowy o racjonalnej gospodarce własnymi zapasami energii, która katastrofalnie szybko potrafi "wyparować" w nieskoordynowanych ruchach i przede wszystkim w gonitwie myśli.

O tym wszystkim nie wie zazwyczaj młody turysta, narciarz, taternik, grotołaz i nawet nie chce wiedzieć, uważając wszelkie przestrogi za ględzenie cioci, która siedzi na kanapie i ma młodym za złe. Dopiero gdy owi młodzi znajdą się w górach i nagle przyjdzie im walczyć o życie, wtedy doceniają wartość doświadczenia. Bywa jednak, że pierwsze doświadczenie jest zarazem ostatnim.

Tekst na podstawie książki "Wołanie w górach" - autor Michał Jagiełło
Fot: Bartek Czapski

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA