Strona główna / nr 3 (5) - LATO 2005 / GAŁĄZKA KOSODRZEWINY
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Gałązka kosodrzewiny


Tatry galeria zdjęcia czarno białe

Tatry wypadki, akcja ratunkowa TOPR zdjęcia galeria

Tatry Mięguszowieckie Szczyty zdjęcia

Góry, Tatry, Orla Perć, Żleb Kulczyńskiego zdjęcia, galeria

Tatry wypadki, akcja ratunkowa TOPR zdjęcia
         

Gałązka Kosodrzewiny

kosodrzewina

Krystyna Sałyga - Dąbkowska

Nazywaliśmy go Mojżeszem.
Pamiętam doskonale jego dwumetrową chyba postać, okrągłą, dobroduszną, wiecznie nieogoloną twarz, tubalny głos. Widzę go zawsze, jak przemierza długimi susami górskie perci, z nieodłącznym, szmacianym plecakiem na gołych plecach. Słyszę słowa jego ulubionych piosenek.
W rzeczywistości nazywał się Stanisław Groński. Z nim po raz pierwszy zeszłam ze znakowanej ścieżki turystycznej, by odkryć rozkosz włóczęgi dzikimi szlakami. On pierwszy nauczył mnie skomplikowanego sposobu wiązania się liną, jemu wreszcie zawdzięczam pierwsze emocje na tatrzańskich ścianach.

Darzyłam Mojżesza wielkim uwielbieniem osiemnastoletniej dziewczyny. Byłam szczęśliwa, gdy zapraszał mnie do udziału w wędrówkach. Był dla mnie najlepszym instruktorem i wspaniałym towarzyszem, ideałem człowieka gór. Wędrówki i wspinaczki odbyte z nim pamiętam do dziś dnia. Jego doświadczenia i znajomość Tatr, przekazuję obecnie tym, których wprowadzam w góry.
Mojżesz był przy mnie, gdy pierwszy raz zobaczyłam w górach śmierć. W słonecznej pogodnej dolinie Pięciu Stawów, w beztroskim nastroju pobytu w górach, ujrzałam nagle dziwny pochód. Idący przodem mężczyźni dźwigali na ramionach ludzki kształt umieszczony na długim, błyszczącym drągu. Szli wolno, ostrożnie, podtrzymywani przez towarzyszy.

- Co się stało? - zapytałam, tknięta, jak najgorszym przeczuciem. Nigdy nie widziałam wypadku w górach, nie zdawałam sobie sprawy, jak wygląda ratownictwo.
- Ktoś zginął - powiedział Groński. Jego zawsze pogodna twarz dziwnie poszarzała w tym momencie.
Nie mogłam oderwać wzroku od nieruchomego kształtu, lekko kołyszącego się w siatce bambusa.
- Och, Mojżesz - zawołałam - Może on żyje? Może jest tylko ranny i nie może iść sam... Skąd wiesz, że to umarły?
- Na pewno nie żyje - odparł mój towarzysz - Spójrz, przykryli go kosówką.
Teraz dopiero zauważyłam gałązki kosodrzewiny tkwiące w siatce okrywającej zwłoki.
- Co to znaczy?
- Widzisz - mówił Groński - gdy ktoś ginie w górach, żegna się go gałązką kosówki. Taki zwyczaj trwa od lat. To jakby pożegnanie z górami, rozumiesz?
Z pobliskiego krzaka ułamał gałązkę i umieścił obok innych w siatce bambusa. Zielone igiełki spoczęły na zakrwawionej płachcie.
- Ta gałązka będzie od nas, wiesz? Dużo tych gałązek się zgubi, ale może jakaś zawędruje na grób. Będzie miał pamiątkę z gór, które kochał...
Byłam ogromnie przejęta tym wydarzeniem, ale Groński nie kwapił się do dalszej rozmowy. Może przypomniał sobie swoje przeżycia, kiedy w górach stracił przyjaciela. Nie chciałam pytać więcej. Wstał, zarzucił plecak na ramię, dał znak do odmarszu. Musiałam mieć jednak bardzo nieszczęśliwą minę, bo nagle, z niespotykaną u nigo serdecznością, pogładził mnie po włosach.
- Śmierć w górach jest brzydka - powiedział - Brzydka i brutalna. Nie ma w sobie nic z romantyzmu, czy poezji, prawda. Och, góry bywają okrutne...
A potem roześmiał się i dodał:
- A nie zapomnij wsadzić mi do bambusa kosówkę, pamiętaj. Swoją drogą nie zazdroszczę tym, co będą musieli mnie znosić. Słowo daję, nie zazdroszczę...
Musiałam też się roześmiać. Mojżesz był okropnie wielki i ciężki.
Wiele razy później widziałam w górach śmiertelne wypadki. Z czasem, przestały nawet być dla mnie wstrząsającym przeżyciem. Ale zawsze wzrusza mnie zielona gałązka kosówki, wetknięta w siatkę bambusa, wzruszają ludzie, którzy zachowują tę sentymentalną tradycję. Jest to chyba jedyny, naprawdę uroczysty moment w brutalnej akcji transportu zwłok w górach.

Stanisław Groński zginął w Alpach, w sierpniu 1957 roku w czasie trawersowania grani Mont Blanc. Przypuszczalnie porwała go lawina. Mimo poszukiwań, nie odnaleziono zwłok. Nie znany jest biały grób, w którym spoczywa jego ciało.
Nie potrafię opisać wrażenia, jakie wywołała wieść o wypadku. Stanęła mi żywo przed oczami roześmiana, dobroduszna twarz, tak serdecznie lubianego Mojżesza. Straciłam kogoś bliskiego, szczerego przyjaciela, najlepszego towarzysza górskiego.
I wtedy pomyślałam, że nie mogę spełnić jego prośby, nie jestem w stanie dać mu zielonej gałązki tatrzańskiej kosodrzewiny. Daleko, w chłodnych Alpach, został pozbawiony nawet takiej pamiątki z Tatr, które kochał tak bardzo.

Nie wstydziłam się łez...

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA