Strona główna / nr 3 (5) - LATO 2005 / SZPICBERGEN - SMAK ŚNIEGU
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
SZPICBERGEN - Smak śniegu


Nepal, Himalaje zdjęcia, galeria


Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria

Szpicbergen zdjęcia galeria

Kaukaz Elbrus, Uszba zdjęcia galeria

Alaska Mount McKinnley zdjęcia galeria
SMAK ŚNIEGU

smak śniegu

TADEUSZ WOJTERA

"My nie tyle potrzebujemy pomocy przyjaciół,
co wiary, że taką pomoc możemy uzyskać."

Epikur

Gęste mgły zaczęły przelewać się przez boczne granie Armstolen, gdy o godzinie jedenastej w nocy stanęliśmy na jego szczycie. Patrząc na wijący się w dole lodowiec, częściowo zakryty już strzępami brudnej waty, powiedziałem:
- Źle obliczyłeś, Ryśku. Jesteśmy już ponad szesnaście godzin w akcji, czeka nas jeszcze zejście ze szczytu, no i bagatela - piętnaście kilometrów dojścia do namiotu!
Rysiu chwilę pomilczał i odpowiedział:
- Zejdziemy granią wprost na lodowiec. Uskoki i ścianki ominiemy, zostawimy je z prawej strony. Zyskamy w ten sposób ze dwie godziny, a to już coś dla nas znaczy. Raczej boję się, że mgły nas dopadną na lodowcu, wtedy będziemy naprawdę uwięzieni.
W zaschniętych gardłach świszczy oddech. Język sztywny jak kawał drewna. Śnieg ani zimna woda nie gaszą pragnienia. Chwilowa ulga, a potem jeszcze bardziej chce się pić. Herbata w manierkach dawno się skończyła - pozostał tylko ten obrzydliwy śnieg.
- Tadek, zostaw - słyszę kolejne już upomnienie Ryśka. Nie możesz tak robić, nie wytrzymasz, a postój i herbata będą dopiero za dwie godziny.

Idę dalej, myśląc już tylko o ciepłej herbacie. Raz po raz wpadamy w zimną lodową papkę, która tylko u góry zdołała lekko zamarznąć. Nogi mamy przemoczone i przemarznięte, ale jesteśmy już na to nieczuli, idziemy jak automaty, byle ruszać nogami. Na kolejnych pięciominutowych odpoczynkach z pasją zrzucamy plecaki w śnieg. Siadamy na nich ciężko i kuląc głowy w ramionach, obojętnie już patrzymy na przepiękne otoczenie. W ciągu dnia słońce wytopiło sporo śniegu leżącego po zawiei na powierzchni lodowca. Teraz ta grząska papka jest dla nas kolejną pułapką. Zakryte dotąd i niewidoczne szczelny były przykryte zamarzniętym śniegiem, który utrzymywał nasz ciężar. Teraz, przebijając nogą mokry śnieg, wpadamy co chwilę w zdradliwe szczeliny, czasami dosyć głębokie, nawet na trzydzieści metrów.

Jestem właśnie na prowadzeniu. Niepewnym krokiem, wyszukując na wyczucie możliwe twarde i nie zawiane połacie lodu, pniemy się znowu coraz wyżej i zbliżamy się do ostatniej przełęczy dzielącej nas od zbawczego namiotu. Szczelin przybywa, ich siatka jest niewidoczna pod cienką pokrywą śniegu, nigdy nie wiem, czy następny krok nie okaże się fatalny w skutkach. Wpadam kolejny raz w szeroką szczelinę - tym razem aż po pachy - zatrzymuję się na jej krawędziach. Klnąc wydostaję się, ale niedługo wpadam w następne. Całe szczęście, że nie są zbyt głębokie, ale wiem, że mogę trafić na szersze i znacznie głębsze. Ogarnia mnie paniczny strach. Przecież każda kolejna może być właśnie najgłębszą, przechodzącą w poprzek stoku. Nie jesteśmy związani liną, bo taki marsz pochłania zbyt wiele czasu, a nam się przecież spieszy. Przystaję i patrząc na Ryszarda wyrzucam z siebie ostre, może zbyt ostre słowa, tak jak gdyby była to wyłącznie jego wina:
- Mam tego dosyć! Rozumiesz?! Przecież lada moment mogę już nie wyjść z następnej szczeliny! Albo się wiążemy, albo ty prowadzisz i torujesz dalej. To co robimy, to kompletny absurd. Wiem, że musimy szybko dojść do namiotu, ale w ten sposób możemy w ogóle nie dojść.
Wyrzuciłem z siebie wszystko, nawet to, czego nie chciałem powiedzieć.

Ryszard przystanął na chwilę, później wyprzedził mnie i poszedł dalej, ale już po paru metrach wpadł do szczeliny. Na domiar złego dopadła nas mgła i idziemy w kompletnym mleku. Nic nie widać, nawet najbliższego otoczenia. Ryszard przystaje i mówi:
- To faktycznie nie ma sensu pchać się dalej na oślep, w dodatku jesteśmy zmęczeni i głodni. I jeszcze ta mgła. Zrobimy dłuższy odpoczynek i zjemy wszystko co mamy, potem ten kawałek do namiotu na pewno dojdziemy. Dużo do jedzenia nie zostało, barszczyk w torebce, jedna konserwa, no i herbata -powinno wystarczyć.
Jest zimno, piekielnie zimno. Ryszard, skulony nad prymusem, gotuje ciepłą strawę, pierwszą od dwudziestu godzin. Herbata.
Pierwszy gorący łyk przynosi ciepło, które powoli rozchodzi się we wszystkie zakamarki ciała. Mięśnie przestają drżeć z zimna. W skostniałe ciało wstępuje znów życie. Nasze ruchy i myśli stają się żywsze. W Arktyce najzimniejsze są nocne godziny tuż przed świtem. Popijając czerwony barszcz, z dużą porcją mięsa, zaczynamy mieć nawet ochotę do rozmowy.
- No widzisz, nie wpadliśmy w głęboką szczelinę, mgły zaraz się rozejdą, a do namiotu pozostało nam może ze trzy godziny marszu - mówi Ryszard uśmiechając się. Nieogolony od dwóch miesięcy zarost wyraźnie go postarza.
Do dziś nie wiem, dlaczego wtedy wyrżnąłem z tak grubej rury. Zmęczenie? A może chęć usłyszenia, co mój partner naprawdę myśli o naszej sytuacji?

- To jest ten łut szczęścia, który do tej pory nas nie opuszczał! A wiesz, ile godzin ta mgła może nas przytrzymać? Niby namiot już blisko, ale co się stanie jeśli pobłądzimy we mgle i wpakujemy się w ściany Helhornetu zamiast na naszą przełęcz - to zupełnie możliwe. Albo któryś z nas faktycznie wpadnie jeszcze w szczelinę i złamie nogę? Co zrobimy, gdy to będę ja?
- Nie powinienem cię wtedy zostawić samego, tego się w górach nie robi. W dodatku bez zapasu jedzenia, z resztką paliwa i bez śpiwora to pewna śmierć. Musiałbym wziąć cię na plecy i nieść tak daleko, jak się tylko da.
-No, jak daleko? Godzinę, najwyżej dwie. Potem miałbyś dosyć i to byłby początek końca!

- Potem miałbym dosyć, może nawet nie dałbym rady w ogóle nieść cię dalej.
- No i co, zostawiłbyś mnie samego z konieczności, bo innego wyjścia przecież byś nie miał. Wiesz, co to jest śmierć z wychłodzenia? To wcale nie trwa długo, zanim byś wrócił, byłaby ze mnie bryłka lodu!
Zapadła cisza. Ryszard dopił czerwonego barszczu, odstawił menażkę i całkiem spokojnie powiedział:
- Przestań bredzić, przecież wszystko jest w porządku. Najdalej za godzinę mgły opadną i spokojnie dojdziemy do namiotu. Chociaż dobrze zmęczeni. I po chwili dodał:
- Wcale bym cię nie zostawił samego, gdyby faktycznie stało się tak, jak mówisz.
- Więc co byś zrobił?
- Usiadłbym przy tobie. Jeśli umierać, to razem!
Do dziś mam przed oczyma jego poważną twarz. On mówił prawdę. On by tak postąpił, nawet gdybym tego nie chciał.
Rysiu, dziękuję ci - chociaż minęło od tego dnia trzydzieści lat. Dla mnie tamto zdarzenie pozostało wciąż żywym obrazem - wielkiej przyjaźni i wiary w człowieka. Reliktów obecnej cywilizacji.

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA