Strona główna / nr 3 (5) - LATO 2005 / WYŚCIG ZE ŚMIERCIĄ
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
K 2

 


Krzysztof Wielicki Himalaje zdjęcia

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Kangchengjunga zdjęcia

Marian Bała piękne szczyty zdjęcia
         
Wyścig ze śmiercią

Krzysztof Wielicki

 

wygrać ze śmierciąSytuacja ta zdarzyła się pod koniec wyprawy i jak każda z takich z takich sytuacji była nieprzewidywalna. W zasadzie rozpoczęliśmy akcję szczytową. Prognoza pogody była zła, ale przewidywała chwilowe przejaśnienia, co oznaczało, że nawałnica, która wściekle atakowała od dłuższego czasu ściany naszych namiotów może na jakiś czas ucichnie. Było wiadomo, że jest to jedyna szansa żeby zaatakować szczyt. Problem polegał na tym, że po wielu dniach spędzonych pod K-2 zostało niewielu ludzi zdolnych do ataku szczytowego. W zasadzie była nas tylko trójka. Ponieważ Piotrek Morawski miał odmrożony palec i nie mógł przystąpić do ataku, pozostał tylko Dennis Rupko, Marcin Kaczkan i ja – przy czym ja byłem też po kontuzji, gdyż zerwałem sobie mięsień, co odnawiało mi się przy każdym wysiłku, dlatego chciałem jak najdłużej pozostać w bazie. Do ataku szczytowego przystąpiliśmy – można powiedzieć ataku rozpaczy – w składzie trzyosobowym. Denis Rupko z Marcinem Kaczkanem ruszyli przodem.

wygrać ze śmierciąWyruszyłem jeden dzień po nich. Ponieważ pomiędzy obozem III w który się znajdowałem na wysokości 7200 m., a obozem IV w którym mieli spędzić noc na wysokości 7600 m nie było wielkiej różnicy - tylko 400 m. - pomyślałem, że w tym ostatnim dniu wyjdę wcześniej w nocy, dopędzę ich i razem zaatakujemy szczyt. Taki był nasz plan. Szliśmy – tak trochę – nie wierząc do końca w możliwość poprowadzenia ataku szczytowego. Pogoda wbrew prognozom wcale nie chciała się poprawić. W takich sytuacjach liczy się na szczęście, a nuż będąc w obozie IV pogoda się zmieni na jeden dzień i będziemy mogli ruszyć na szczyt. Inaczej jak się czeka w bazie, zanim się wyjdzie to pogoda może się parę razy zmienić. W związku z tym postanowiliśmy iść jak najwyżej gdzie można będzie przeczekać nawałnicę. Gdyby przejaśniło się choćby na chwilę będzie możliwość ataku na szczyt. Takie było założenie.

Spędziłem noc w obozie III. Marcin i Denis dotarli tego samego dnia do obozu IV. Trudno nazwać to obozem. Namiot bazowy targany huraganowym wiatrem poddał się i zniknął w zerwach góry.  Byliśmy na to przygotowani wychodząc z bazy. Chłopcy zabrali ze sobą mały namiot. Mieli tylko jeden śpiwór do dyspozycji. Wieczorem po połączeniu się z bazą czekaliśmy na wiadomości, z których płynąłby choć cień optymizmu. Decyzję odłożyliśmy do rana. Następnego dnia nie było łączności. Stanęliśmy przed trudną decyzją co do dalszych poczynań. Pogoda nie dawała szans wyjścia, więc pomyślałem, że możemy w tej sytuacji przeczekać jeden dzień. Około ósmej Denis nadał komunikat, że sytuacja jest bardzo poważna. Marcin stracił kontakt. Jest nie komunikatywny. Są to pierwsze objawy choroby wysokościowej. Z akcji szczytowej, nagle, robi się akcja ratunkowa.

W jednej chwili została powiadomiona baza. Niestety nie byliśmy przygotowani na akcję medyczną wysoko w górze. Trudne warunki spowodowały, że nie wynieśliśmy tlenu do obozów położonych wyżej. Był on tylko w obozie I na 6000 m.

Istnieje pewien odwieczny problem, a ten problem polega na tym co wnieść lepiej żywność i sprzęt, czy tlen. Na dalszy plan odchodzi pytanie czy będzie potrzebna butla z tlenem na wypadek choroby wysokościowej – póki nie ma zagrożenia.

wygrać ze śmierciąW tej sytuacji na mnie padł blady strach, jako na kierownika wyprawy. Zdawałem sobie sprawę, że młody człowiek, bez dużego doświadczenia w warunkach wysokogórskich może zginąć. To była największa wysokość jaką Marcin w życiu osiągnął. Choroba wysokościowa, w takich warunkach bez pomocy, bez tlenu może mieć tylko jeden finał – tragiczny finał. Wiedzieliśmy w tej sytuacji liczy się tylko szybkość. Możliwość mobilizacji Marcina żeby zaczął współdziałać z nami przy zejściu. Człowiek chory często nie chce współdziałać przy zejściu szczególnie przy chorobach wysokościowych. Jest kompletnie wyczerpany, słaby. Taki człowiek najchętniej by usiadł i umarł. Denis podjął natychmiastową decyzję. Zaczął zjeżdżać i spuszczać Marcina na linach. Na szczęście wszędzie tam były poręcze umożliwiające akcję ratunkową. Po wpięciu Marcina w linę, opuszczał się pod własnym ciężarem.

W obozie trzecim mieliśmy trochę leków. Zabrałem je ze sobą i wyruszyłem naprzeciw schodzącej dwójce. Spotkałem ich – gdzieś na 7400 m. Wniosłem termos z ciepłą herbatą żeby go wzmocnić i podałem mu leki po konsultacji z lekarzem przez radio, po czym kontynuowaliśmy zejście. Prosiliśmy aby ktoś wyniósł wyżej butle z tlenem. Niestety zespoły, które zostały w bazie były mocno osłabione poprzez poprzednie działania. Tak naprawdę nie liczyliśmy na skuteczną pomoc, na to, że ktokolwiek dojdzie.

Wiedzieliśmy, że musimy wspólnie z Denisem sprowadzić Marcina, że tu szybkość będzie decydować. Im niżej zejdziemy, tym lepiej będzie się czuł. To była walka z czasem. Mało tego – zbliżała się noc. Teraz dopiero okazało się jak niezwykle ważne były założone wcześniej liny poręczowe. Mogliśmy wpiąć go w linę i w miarę bezpiecznie schodzić. Na odcinkach bez lin bardzo trudno jest zejść z chorym człowiekiem. Nie można go ani nieść, ani go zepchać. To naprawdę jest problem. Lina w takich momentach odgrywa decydującą rolę, gdyż najłatwiej jest wpiąć człowieka w linę i zepchać, aby zsuwał się pod własnym ciężarem.

wygrać ze śmiercią

Najgorsze podczas takiej akcji sprowadzania są trawersy. Niestety mieliśmy ich sporo i do tego w lodzie. Marcin opuszczał się, zrobił v-kę i nie miał siły, aby pokonać odcinek „pod górę”. Te kilka metrów poświęconych, aby podnieść Marcina, w normalnych warunkach można pokonać w 10 minut – my robiliśmy pół godzimy. Wspólnie z Denisem włożyliśmy w to dużo pracy. Na mnie ciążyła podwójna odpowiedzialność – raz jako partnera, po wtóre jako kierownika wyprawy. Nie chciałem, aby na koniec jeszcze się coś wydarzyło. Przed samą jedynką wyszedł naprzeciw nas zespół. Spotkaliśmy się na trzy, może cztery poręcze przed obozem. Do obozu dotarliśmy późno w nocy. Byliśmy kompletnie wykończeni.

Lekarz pozostał w bazie. Nie był w stanie dojść do nas. W związku z tym na 6000 m. zorganizowano prowizoryczny punkt medyczny. Tam był tlen, leki i obsługa chłopaków, którzy dostali instrukcje od lekarza. Marcinowi po nocy przespanej w masce z tlenem wróciła świadomość i następnego dnia był w stanie zejść do bazy. Akcja się powiodła.

Niestety nie zawsze takie akcje kończą się szczęśliwie. Podobny problem był z Andrzejem Czokiem w 1986 roku. Niestety tamta sytuacja była o wiele trudniejsza. Nie było założonych lin poręczowych. Pomoc nie przyszła w porę pomimo, iż koledzy dwukrotnie ruszali z tlenem w górę. Finał był tragiczny. Być może, gdyby były butle z tlenem w obozie trzecim, nie doszłoby do tragedii. Być może, gdyż podanie tlenu, gdzieś wysoko w górach nie gwarantuje powodzenia. Trzeba jeszcze sprowadzić chorego niżej. Jeśli jest w stanie schodzić samodzielnie z butlą na plecach, lub ktoś może nieść butlę i schodzić obok to jest szansa. Samo podanie tlenu tylko chwilowo może poprawić stan chorego, może ułatwić sprowadzenie człowieka niżej – potem tlen się kończy, a sytuacja zostaje bez zmian. Z choroby wysokościowej tak łatwo się nie wychodzi. Podstawowa sprawa to zejść w dół. Pytanie jak? Czy można wcześniej rozpoznać tę chorobę i chory jest w stanie zejść sam, czy też jest na tyle późno, że trzeba go znosić.

Podobną sytuację mieliśmy w 1996 roku na K-2. Ruszyłem do ataku szczytowego wraz z dwoma Włochami. Zdobyliśmy szczyt ok. dziewiątej wieczorem. Po północy dotarliśmy do miejsca na wysokości ok. 8300 m., gdzie postanowiliśmy przeczekać do świtu na wykopanych w zlodowaciałym śniegu półkach. Udało się nam tych parę godzin przetrwać. Każdy miał swój własny sposób. Ja, aby nie zasnąć, pomagałem sobie śpiewem. Nad ranem, wyczerpani zeszliśmy do namiotu na 7900 m., gdzie był Piotrek Pustelnik i Rysiek Pawłowski, gdzie mieliśmy już herbatę, maszynkę i mogliśmy już coś ugotować. Jeden z Włochów – Marko był kompletnie wyczerpany. Powiedział, że on musi mieć tlen i nie pójdzie dalej. W trójkę z Piotrkiem Pustelnikiem zaczęliśmy go opuszczać.

Człowiek, który nie chce schodzić jest po prostu zrzucany. Wydaje mi się, że nie uratowalibyśmy Marko, gdyby nie Rosjanie. Jeden z nich wyszedł ze specjalną apteczką z drugiego obozu. Marko otrzymał odpowiednie zastrzyki o działaniu narkotycznym, które zmobilizowały go do dalszej walki. Walki o życie do ostatniego tchu zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Leki te nie działają długo – zaledwie 6 – 8 godzin. Marko zaczął z nami współpracować i ten czas wystarczył, aby go sprowadzić do obozu drugiego, gdzie znajdował się tlen. Następnego dnia był w stanie zejść do bazy. W dużej mierze dzięki pomocy Rosjan doprowadziliśmy wyprawę do szczęśliwego końca.

Na tej wysokości bardzo dużo zależy od współdziałania i pomocy innych zespołów. To jest bardzo ważny element. Nie można upraszczać tego problemu, że ktoś komuś nie chce pomóc. Każdy ma swoje problemy i nie jest obligatoryjne zainteresowanie sytuacją innych zespołów działających na tej samej górze w tym samym czasie. Nie jest tak, że ktoś musi nagle zmienić wszystkie swoje plany, aby pomóc innym. Może, ale nie musi. Być może na tej wyprawie zagrała wspólna słowiańska krew i Rosjanie przyszli nam z pomocą.

W obydwu tych wyprawach byłem kierownikiem. W obydwu przeżyliśmy kryzys związany z brakiem tlenu w wyższych bazach. Do dziś czuję pewien ból, że tego nie zapewniłem. Pozostaje satysfakcja po wyciągnięciu kolegów ze śmiertelnej opresji. Odwieczne pytanie pozostanie – czy wnosić tlen do celów medycznych, czy sprzęt i żywność. Gdzie znajduje się ta cienka nić, niewidoczna granica ryzyka, której nie wolno przekroczyć. Przecież ryzyko jest zawsze.

Opracowanie Janusz Jędrygas

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA