Strona główna / nr 4 (6) -JESIEŃ 2005 / LEGENDA O JÓZKU KRZEPTOWSKIM
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
LEGENDA O JÓZKU KRZEPTOWSKIM


Tatry zdjęcia czarno białe

Tatry Orla Perć zdjęcia galeria I

Tatry Mięguszowieckie Szczyty zdjęcia

Tatry na starych pocztówkach

Tatry Czerwone Wierchy zdjęcia
         
Legenda o Józku Krzeptowskim
Krystyna Sałyga-Dąbkowska

 Tatry w liczbach, tatrzańskie naj, naj zobacz >>>>

            Wśród wielu opowieści przewodnickich na czoło wysuwają się opowieści o Józku Krzeptowskim. Wiele z nich dosięgło rozmiarów legendy, wielu z nich zapewne nie stworzył. Niewątpliwie zasłużył na wspomnienie, może nawet książkę, bowiem życie jego było niezwykle bogate i ciekawe.

            A jaki był naprawdę?

  5.jpg (23.04 Kb)          Urodził się na Krzeptówce 9 czerwca 1904 roku. Jako chłopak przebywał wśród ludzi, którzy pamiętali czasy zbójnickie, a „flintecki na ramieniu” były chlebem powszednim. Zapewne ich opowieści rozbudziły Józkową fantazję, zrodziły tęsknotę za przygodą, nauczyły rozkoszy ryzyka.

            To wszystko znajdował w Tatrach. Wędrówki po górach, odkrywanie ich tajemnic i uroków stały się pasją na całe życie.

            W roku 1925 zdaje egzamin przewodnicki. Bardzo szybko zjednuje sobie klientelę. Imponuje – nie tylko znajomością Tatr, ale przede wszystkim – niezwykłym wprost darem opowiadania, ciętym dowcipem, inteligencją. Wrodzony optymizm pomaga mu znaleźć wyjście z każdej opresji. Nieprzewidziany nocleg pod wykrotem, to jeszcze jedna przygoda, jeszcze jeden temat do wspominków.

            Jeździ znakomicie na nartach. Poznały go tatrzańskie koleby i opuszczone zimą szałasy pasterskie. Opowieści Józkowe, po mistrzowsku barwione fantazją, snują się jak dym z watry.

            Umiłowanie przygody i ryzyka sprawia, że zostaje świetnym ratownikiem górskim. Każda niełatwa wyprawa ratownicza, zmaganie z żywiołem i górami, wreszcie zwycięstwo w postaci uratowanego życia, to przeżycie barwne i silne. Serdecznie lubią go i cenią towarzysze wypraw. Wiadomo, że tam, gdzie jest Józek Krzeptowski – humor i pogoda zwyciężą zimno i strach.

            Okupacja – to okres aktywnej działalności kurierskiej Józefa Krzeptowskiego. Decyzja podjęcia tego niezwykle ryzykownego zadania była momentalna. Gdy po długim wstępie o obowiązkach patrioty zaproponowano mu przeprowadzenie przez Tatry dwóch lotników, odpowiedź Krzeptowskiego brzmiała: Żeby tylko byli dobrze ubrani. A o patriotyźmie proszę mi nie gadać...

            Czy zdawał sobie sprawę, jaką wartość przedstawiała jego praca w kospiracji. Traktował ją po prostu jako swój obowiązek, taki sam jak przewodnika, czy ratownika. Wiedział, że jest Polakiem, lecz do końca życia nie znosił wzniosłych dyskusji o patriotyźmie. Pomagał krajowi i to wszystko. Była to wreszcie jeszcze jedna przygoda z dreszczykiem...

            Gdy po latach odznaczono go Krzyżem Walecznych był zdziwiony.

-         Przecie ja już mam krzyż – powiedział – a drugi też dostanę...

-         Macie krzyż? – spytali zaskoczeni.

-         No pewno! Jeden na Giewoncie, a drugi będę miał na cmentarzu...

Był zadowolony, że dowcip się udał. Humor nie opuszczał go nigdy.

Potem znów wyruszył na kurierskie szlaki. Podobno przemierzył trasę Zakopane – Budapeszt – 58 razy!

W marcu 1944 roku władze okupacyjne w Zakopanem wyznaczyły nagrodę za ujęcie „groźnego bandyty” Józefa Krzeptowskiego. Musiał opuścić podhale. Aresztowany i wywieziony na Syberię przez długie lata nie dane mu było oglądać Giewontu z okna chałupy na Krzeptówce. Wracał do kraju pociągiem przez 40 dni! Przyrzekł wtedy, że nigdy więcej, póki żyje, nie wsiądzie do wagonu. I słowa dotrzymał.

Gdy powrócił z tułaczki do kraju, prosto z Warszawy pojechał do Zakopanego. I znów z właściwym sobie optymizmem zabrał się do pracy. Ratownictwo, przewodnictwo, aż do ostatnich jego dni.

x x x

Posiadał niezwykły dar zjednywania sobie przyjaciół. Każdy, kto znalazł się w towarzystwie Krzeptowskiego musiał zapamiętać go na zawsze. A kiedy Krzeptowski, chciał, potrafił każdego omotać swym absolutnym urokiem.

Wybrani mówili do niego „Ujku”. Rzadko zdarzało się, by ktoś „tykał” go bezpośrednio. Ujek zachowywał zawsze pewien dystans, powodujący, że nawet bliscy towarzysze tego dystansu nie przkraczali. Wszyscy lubili go bardzo. Ale prawdziwych przyjaciół, wobec których był naprawdę sobą, miał Ujek niewielu. I dlatego jestem dumna, że miałam przywilej zwracania się do niego po imieniu, że przychodził na sąsiedzkie posiady do mego małego pokoiku na Krzeptówce. Nie znosił, gdy ktoś natrętnie wkradał się w jego łaski. Potrafił być przykry, a nawet bezwzględny.

Pamiętam jak kiedyś pewien młody dziennikarz usiłował wydobyć z Ujek wspomnienia z kurierskich czasów. Ujek opędzał się od niego, jak od uprzykrzonej muchy, wreszcie – zaczął mówić. Ze zdumieniem słuchałam absolutnych bredni wyssanych z palca, podczas gdy młodzieniec skrupulatnie notował, nie wiedząc, że Krzeptowski kpi z niego w żywe oczy. To już nie była fantazja, to były czyste łgarstwa, misternie utkane w całość sprytną i nie budzącą zastrzeżeń. Czynił to zresztą z kamienną twarzą i powagą w oczach. Ale bomba wybuchła dopiero wtedy, gdy ów dziennikarz – myląc zapewne Krzeptowskiego z legendarnym Mateją – zapytał o jego ucieczkę z ...Zamku Orawskiego.

I wtedy poznałam kunszt fantazji Ujka. Bez drgnienia oka, niezwykle plastycznie, zaczął opowieść, jak to związawszy lniane prześcieradło, opuszczał się z wysokiego okna średniowiecznej twierdzy, wprost w wody Orawy. Ale gdy doszło do skoku z kilkunastu metrów w spienione fale, zadrgały mu policzki.

Ujek bał się wody i nigdy w życiu nie przepłynął nawet metra. Nie krył tego zresztą i chyba nigdy nie zanurzył się powyżej pasa. Nawet w czasie wycieczek nad Jezioro Rożnowskie, Ujek nie przekroczył tej bariery. Chlapał się na brzegu i nikt nie był w stanie namówić go by wszedł do odrobinę głębszej wody.

-         Pływam, jak ryba... – powiedział jeszcze. I zaczął się śmiać.

Śmiało się w nim wszystko, a śmiechem swym zaraził nawet siedzących opodal w kawiarni „Europejska”. Śmiał się długo, ocierając łzy płynące z oczu. Patrzyliśmy na zdumione oblicze dziennikarza i płakaliśmy ze śmiechu wraz z całą „Europejską”. Och, Ujek potrafił się śmiać...

            Ten artykuł nie ukazał się nigdy. Chociaż... tajemnicą pozostanie znakomity artykuł, podpisany właśnie przez owego młodieńca, jaki ukazał się w miesiąc później. Ujek nie potrafił się długo gniewać.

            Jestem mu wdzięczna za uraczą opowieść o Wołoszynie, której nie zapomnę.

-         Wiesz od czego pochodzi nazwa Wołoszyn? – spytał mnie kiedyś.

-         No, od osadników wołoskich...

-         Ni...

I usłyszałam wtedy piękną legendę, stworzoną i opowiedzianą przez Wielkiego Romantyka. Podobno przed laty młody i piękny juhas wyruszył w góry ze stadem owiec. Wyruszył właśnie w te turnie nietknięte ludzką stopą. Poszedł, bo ciągnęły go i kusiły. Ale wieczorem owce same powróciły na halę. Juhas nie wrócił, nie wrócił też następnego dnia, ani trzeciego. Wszyscy wiedzieli, że stało coś złego, że chłopak nie wróci już nigdy. Tylko matka nie wierzyła w śmierć syna...

-         I chodziła popod te turnie i spaszty słuchać, czy nie woło syn... – dokończył Ujek.

Taki był. Złośliwy, cięty, a – czasem – romantyczny.

Nie spisane są opowieści Józka Krzeptowskiego. A powtórzyć ich nikt nie potrafi. Długo jeszcze błądzić będą we wspomnieniach, ludzkiej fantazji. W Legendzie, którą stworzył i którą był.

x x x

            W pierwszych dniach kwietnia 1971 roku wstąpił do dyżurki GOPR.

- Kciołbyk se wziońć dyżur ratowniczy – zwrócił się do naczelnika – nolepiej pasowałaby mi Chochołowska. We wysokich Tatrach byłoby mi jus dość trudno. Góry rosnom, wódka coraz mocniejsza, a dziewczyny – tu nachylił się konspiracyjnie do ratowników – coraz droższe. He, he, he.

            17 kwietnia 1971 roku zmarł nagle w swojej chałupie na Krzeptówkach.

            Na miejsce wiecznego spoczynku na Starym Cmentarzu odprowadzał go wielotysięczny tłum. Kondukt prowadziły cztery kapele góralskie, trumnę nieśli na ramionach przewodnicy, ratownicy, towarzysze kombatanci, piloci, strażnicy Tatrzańskiego Parku Narodowego... Gdy opuszczano jego trumnę do grobu gruchnęły salwy z dubeltówek. Żałośnie zapłakały syreny alarmowe, rozdzwoniły się kościelne dzwony.

            Z wielkim przepychem Józef Krzeptowski odbywał swą ostatnią wędrówkę.

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA