Strona główna / nr 4 (6) -JESIEŃ 2005 / PRZEWODNICY TATRZAŃSCY
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
PRZEWODNICY TATRZAŃSCY

[ TOPR akcja ratownicza zdjęcia ]


Tatry wypadki, akcja ratunkowa TOPR zdjęcia

Szlak na Halę Gąsienicową zdjęcia

Tatry Orla Perć zdjęcia galeria II

Tatry Dolina Białej Wody zdjęcia galeria II

Tatry Mięguszowieckie Szczyty zdjęcia
         
Tragedie Tatrzańskie - Przewodnicy   Szukasz Przewodnika kliknij >>>>>>

Michał Jagiełło

            Pośliźnięcia na zlodowaciałym śniegu są tym groźniejsze, im trudniejszy jest teren „akcji”, im większa stromizna najeżona odłamkami skał. Latem 1901 r. łatwą trasą z Doliny Wielickiej na Polski Grzebień wybrał się samotnie pewien turysta. Nierozważnie wszedł na płat starego śniegu, poślizgnął się na lodzie i wpadł w przepaść. Stracił przytomność. Gdy ją po jakimś czasie odzyskał – zaczął wołać o ratunek. Tak przeszła noc i ranek dnia następnego. Męczyło go straszliwe pragnienie i cierpiał głód dotkliwy. Na szczęście z przełęczy schodzili polscy turyści prowadzeni przez górali. Goście polscy odnaleźli za głosem, gdzie leżał biedak; dojść było tam trudno, więc spuścili linę, aby się jej nieszczęśliwy uchwycił. Ponieważ ranny nie był w stanie wykonać tego polecenia, więc spuścił się jeden z przewodników, przywiązał biedaka do siebie i razem w ten sposób szczęśliwie wyciągnięto ich obu z otchłani.6.jpg (30.94 Kb)

           Lato w tatrach to nie tylko zdradliwe stare lody i śniegi, ale – bywa – także świeży opad śniegu. W drugiej połowie sierpnia 1903 r. Klimek Bachleda wiódł dość liczne towarzystwo na Gierlach. To znaczy, tak było w ambitnych planach, ale śnieżyca uniemożliwiła ten zamiar. Chcąc nie chcąc, trzeba było wracać do Zakopanego. Najprościej byłoby wynająć furki, ale goście chcieli użyć gór. Klimek ciągnął ich zatem w kopnym śniegu przez Przełęcz Koprową – asekurując w stromszych miejscach liną! – a następnie na Liliowe, skąd już tylko chwila do schroniska nad czarnym stawem Gąsienicowym. Łatwo się mówi, a była to przecież ciężka przeprawa. Dopiero po czternastu godzinach marszu towarzystwo stanęło na przełęczy: ...kilku z odmrożonymi palcami. Jedna z turystek ze zmęczenia i przeziębienia omdlała w drodze; przyniesiona w worku przez przewodników, ledwo po sześciu godzinach w schronisku pod nacieraniem szczotkami przyszła do przytomności...

            Klimek zakończył tę przygodę szczęśliwie, zarabiając dodatkowy tytuł do zasłużonej sławy jednego z najlepszych przewodników. Niewiele jednak brakowało, a jego podopieczną znoszono by do kostnicy. Droga w tych fatalnych warunkach atmosferycznych była tak wyczerpująca, że Klimek ciągnął swych gości na granicy ryzyka. Ale cóż: panowie płacą i panowie chcą za swe guldeny otrzymać surowy kawał gór! Przewodnik chce zarobić żywą gotówkę i utrwalić opinię opiekuńczego i rzetelnego, rozważnego, ale przecież nie tchórzliwego. Trzeba więc iść. Nawet jeśli rozsądek nakazuje wsiąść na furkę.

            A iść – to czasem znaczy: ocierać się o śmierć. Bo przecież można się poślizgnąć w stromiźnie, można dostać kamieniem w głowę, można zgasnąć z wychłodzenia i wyczerpania. Albowiem każde wejście w góry może okazać się ryzykowne.

            Posłuchajmy teraz opowieści o trudnościach i zagrożeniach podczas podchodzenia stromym żlebem usłanym blokami skalnymi, jakby tylko czyhającymi na nieostrożny ruch. Zdarzyło mi się – powiada narrator – że chwytając się takiego złomu granitowego uczułem, że się poruszył, zachwiał i ku mnie pochylił, nie będąc mocno w ziemi osadzony. Przestraszony odskoczyłem do drugiego kamienia, tymczasem poruszony złom przewalił się, jak wół upadający zatoczył się nieco na bok i począł się zsuwać na żwirze, z początku z ciężkością, powoli, potem skacząc coraz gwałtowniej, szybciej – leciał w dół. Głaz pędził na jednego z wędrowców. Kamień tylko co miał zgruchotać go, gdy wtem uderzył o inny kamień, niby o próg, podskoczył w górę jak piłka i przeleciawszy ponad głową bladego z przestrachu profesora, rzucił się w bok i skoczył w przepaść z hukiem i łoskotem. Zapach siarki rozszedł się od tarcia granitów o siebie.

            Takich scen nie wymyśli się bez uprzedniego doświadczenia gór; nie tylko w sielskiej dolinie czy na równej jak stół polanie, ale także wysoko, na piarżyskach, przełęczach, w turniach.

            Przełom XIX i XX w. to okres wręcz rewolucyjny w dziejach turystyki tatrzańskiej. W Zakopanem i okolicach przybywa coraz więcej gości, wędrówki w górach stają się modne, przewodnicy nie narzekają na brak „panów”, ale niektórzy z nich sami zapuszczają się w doliny i wierchy. Zdarza się, że ktoś zostaje tam już na zawsze. W październiku 1897 r. w zupełnie łatwym terenie Psiej Trawki znaleziono martwego młodzieńca. Kazimierz Piotrowski był przyrodnikiem, studentem uniwersytetu berlińskiego. Wiadomo, że należał do grona znajomych Tadeusza Micińskiego – w przyszłości wybitnego poety i dramaturga, autora jedynej w swoim rodzaju powieści pt. „Nietota. Księga tajemna Tatr” (1910). W nekrologu Piotrowskiego napisano: I padł niespodziewanie w nierównej walce z niewzruszonym bezmiarem górskiej nocy i chłodu, z przyrodą, z którą od dzieciństwa sam na sam lubił przestawać.

            Wiele za tym przemawia, że Kazimierz wybrał się świadomie na samotną wędrówkę po pustych w tym czasie górach. Z zakopiańskiej kwatery wyszedł 11 października. Znaleziono go w sześć dni później. Co się stało? Może przyszła jesienna słota i śnieżyca i młody mężczyzna – zmęczony – przysnął pod krzakiem? Może zachorował i nie mógł się dowlec do ludzi?

            Ginęli oczywiście wciąż także miejscowi, bo nikt – nawet obeznany z halami i turniami góral – nie jest raz na zawsze zabezpieczony od górskiej śmierci.

            W czerwcu 1902 r.: W górnym ramieniu Chochołowskiej doliny, w tak zwanej Starej Robocie, zabił się przed tygodniem juhas, który tam pasł owce, zapędziwszy się w miejsca bardzo niedostępne za spłoszonymi przez niedźwiedzia owcami.

            Opinia publiczna interesowała się tymi wypadkami, a szczególne wrażenie robiły wiadomości, że ktoś się naraża na dodatkowe niebezpieczeństwo, idąc w dziki teren bez przewodnika. Z tą „dzikością” to niejaka przesada; w tym czasie Towarzystwo Tatrzańskie wytyczało szlaki, budowało schroniska – słowem, uprzystępniano Tatry. Góry zawsze jednak są górami, zawsze pozostanie w nich silny pierwiastek żywiołu, zawsze będą się zdarzały sytuacje, kiedy do głosu dochodzi przyroda: wsparta nocą, mgłą, ludzkim zmęczeniem i także ludzkim zagubieniem się w strachu.

            Wciąż uważano – i jest to pogląd słuszny! – że obecność doświadczonego przewodnika w kapitalny sposób podnosi poziom bezpieczeństwa turysty.

            W „Przeglądzie Zakopiańskim” pisano: Przewodnicy nasi polscy spełniają swoje zadanie znakomicie, a jakiekolwiek mogą być ich wady, nikt im odmówić nie może nadzwyczajnej dbałości o gościa i pełnego zrozumienia odpowiedzialności za jego bezpieczeństwo. Toteż turystyka nasza, na tyle tysięcy wycieczek, nie zapisuje niemal wcale nieszczęśliwych wypadków, których już po węgierskiej stronie cały szereg notuje kronika. Oddanie więc młodzieży w ręce dobrego górala – przewodnika jest bezpieczniejsze jak dozór najuczeńszych „opiekunów”.

            Niewątpliwie wędrówka z przewodnikiem była niemal bezpieczna. Oczywiście przewodnicy też zdarzali się różni, ale większość z nich dobrze wypełniła swój zawód. Tym ciekawszy jest poniższy opis wycieczki na Zawrat w ciężkim, kopnym śniegu. Każdy, kto choć raz torował drogę, brnąc po kolana w zaspach, wie, że jest to bardzo wyczerpujące i że taka mordęga może wypruć siły z każdego, nawet z silnego mężczyzny. Trzeba też uwzględnić, że przewodnik nie tylko zakładał ślad, ale niósł ciężki tobół z rzeczami swych podopiecznych. Bywało, że w góry szła wybiedzona góralska chudzina omamiona nadzieją zarobienia trochę grosza. Czytamy więc. W śniegu przewodnik nasz osłabł tak, że nie mógł przodować. Zwrócił na nas łzami zaszłe wylęknione oczy i głosem ochrypłym, zdławionym, w którym drżała taka bolesna nuta rozpaczliwej rezygnacji, zawołał: Nie mogem, panie, cystok piknie zasłab! – siadł w śniegu i twarz potem oblaną zakrył rękami. Góral był szczupły, wynędzniały, a dźwigał na plecach tłumok z rzeczami naszemi.

 

Na podstawie książki „Wołanie w górach” – Michał Jagiełło

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA