Strona główna / nr 4 (6) -JESIEŃ 2005 / AKCJA RATUNKOWA MOUNT EVEREST 1989
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
TRIUMF I TRAGEDIA NA MOUNT EVEREST 1989


Krzysztof Wielicki Himalaje szkolenie GOPR zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria 1

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria 2

Krzysztof Wielicki Kangchengjunga zdjęcia

Marian Bała piękne szczyty zdjęcia
         
AKCJA RATUNKOWA NA MOUNT EVEREST 1989  

Artur Hajzer
Triumf i tragedia

Triumf i ...(26 maja)

Genek Chrobak i Andrzej Marciniak, po przejściu trudnej zachodniej grani, stanęli na szczycie Mt.Everestu. Niby nic a jednak coś bardzo znamiennego. Genek sam zrobił sobie tą wyprawę – to prawie jego debiut w roli kierownika i menadżera, „chłopiec zawadowiec” jakby się zbuntował, chciał w końcu wejść na tą górę, wolny od „odgórnych” decyzji lidera. Andrzej Marciniak – też debiutant, pierwszy raz w Himalajach. Miałem z nim do czynienia w pierwszych dniach tej wyprawy i powiadam Wam – mocarz nad mocarze – bardzo dobrze „wyselekcjonowany” zawodnik. Jego wejście na szczyt nie było przypadkiem.

28.jpg (10.75 Kb)...Tragedia (27 maja)

Lawina. To była po prostu masakra. Oto wspomnienia Andrzeja Marciniaka, zebrane przez Andrzeja Marcisza do Epilogu książki Mirosława Dąsala „Każdemu jego Everest”:  „...zobaczyłem ruszającą się rękę...”,”...natrafiłem na wystające buty...”,”...który był lekko uniesiony na linie...”,”...Wyplułem kilka zębów. Krwawiłem....”, „Odkopałem go spod śniegu, był jeszcze ciepły...”, „...dojrzał mnie i zaczął wzywać pomocy...”, „...nie dawał znaku życia...”, „...podjąłem reanimację...Bez rezultatu...”, „...odwróciłem na znak, ale jego twarz już zastygła...”, „...z przekrzywioną głową nie daje znaku życia...”, „...zostałem tylko z Genkiem...”, „...okazało się, że tak jak go ułożyłem w nocy do snu, tak pozostał na zawsze. Zrozumiałem, że na tej białej pustyni pozostałem sam....”

Na przełęczy Lho La pozostali na zawsze Mirosław Falco Dąsal, Mirosław Gardzielewski, Zygmunt Andrzej Heinrich, Eugeniusz Chrobak, Wacław Otręba.

Balanga (27/28 maja)

Mam pisać jak było – to piszę. W momencie, gdy przez radiostację z bazy pod Everestem do Ministerstwa Turystyki w Kathmandu spływały informacje o tragedii na zachodniej grani, ja w najlepsze balowałem na mieście z przygodnie zapoznanymi Włochami. Było mocno po północy kiedy wracałem do swojego hotelowego pokoju. Kartka w drzwiach ??? I świat już nie był taki sam. Pierwsza decyzja ??? Telefon do Polski. Budzenie śpiących na kartonach ryksiarzy i jazda pedałem uliczkami śpiącego Kathmandu na General Post Office. Tu 2 godzinne czekanie na międzynarodowe połączenie z krajem, leci papieros za papierosem, już świta. Jest połączenie Wyciągam ze snu Hanię Wiktorowską – przekazuję wieści – tylko Genek i Andrzej żyją, Genek ciężko ranny. I tyle. Płacę 30 dolarów i co dalej ...?? Do Agencji Asian Trekking – nepalskiego organizatora wyprawy.

Mohan i piloci helikopterów (28 maja)

Teraz normalnie się popłakałem....

Jeszcze raz. Mohan i piloci helikopterów (28 maja)

Mohan. O dziwo – nie Szerpa. Niepozorny, zwykły Nepalczyk, ale prawa ręka właściciela agencji Ang Tseringa od spraw formalno prawnych i innych organizacyjnych. To on zostawił mi kartkę w hotelu. To on teraz (5 rano) czekał na mnie na schodach agencji Asian Trekking – jakby wypatrywał – od razu przeszedł do konkretów – Artur, o 12.00 będziemy mieli z Ministerstwa łączność z bazą. Wygląda na to, że tylko helikopter może uratować im życie. Helikopter to nie problem, ale pilot...??? Ja ich znam, chodź jedziemy – zawyrokował.

No to pojechaliśmy, czymś, co przypominało motorower Jawa, na przedmieścia Kathmandu, błotnistymi dróżkami w rejon zwany dzielnicą willową. Stajemy pod okazałą jak na te warunki „posiadłością”. Po kostki w błocie dostajemy się pod bramę. Pukamy, walimy, krzyczymy...nic. Wreszcie rzucamy kamieniami w okna. Jest wewnątrz jakieś przebudzenie. Dość tęgi, trzeba powiedzieć grubas, w majtkach i szlafroku wpuszcza nas do hall’u i wita się z Mohanem z lekka zaskoczony. Trzeba dziś lecieć na przełęcz Lho La – oznajmia mu Mohan.

Za żadne pieniądze – odpowiedział krótko gospodarz.

Piloci mówią „nie” (28 maja)

To nie była jedyna tego typu rozmowo-wizyta tamtego dnia. Ale od tej pory wiem, że nie ma takich pieniędzy za które pilot w Nepalu zgodziłby się polecieć helikopterem na wysokość ponad 5600 m n.p.m. Tylko rozkaz może zmienić jego nastawienie do tego typu przedsięwzięcia i to nie na pewno. No, dowiedziałem się też, że na taką akcję musi być helikopter LAMA – a takiego w Nepalu NIE MA!!  Z lekka podłamani, a było już koło 12.00, ruszyliśmy z Mohanem do Ministerstwa Turystyki na „łączność”.

A tymczasem na przełęczy (28 maja) (wspomnienia Andrzeja Marciniaka, zebrane przez Andrzeja Marcisza do Epilogu książki Mirosława Dąsala „Każdemu jego Everest”)

„...Ja natomiast trwałem bezsilny w tej śnieżnej dziurze...”, „...połączyła się ze mną baza...”, „...ale ekipa, która wystartowała do mnie, musiała zawrócić ze względu na zagrożenie lawinowe...”, „...w tym śniegu nie dotrwałbym do rana...”, „...Szedłem właściwie nie wiedząc dokąd. Kierunek wyznaczał mi wiatr...czułem się opuszczony, jak wędrowiec, który idzie donikąd. Miałem kłopoty z oddychaniem, wydawało mi się, że mam stłuczone żebro, przetrąconą nogę i stłuczony kręgosłup... .W ustach słodko. Język mi uciekał, dziury po wybitych zębach krwawiły. W czasie ratowania kolegów zostawiłem na śniegu okulary. Gdy wzeszło słońce, mrużyłem oczy, chroniąc je przed oślepiającym blaskiem. Szedłem ostrożnie i długo. Przed wieczorem przypadkowo natknąłem się na namiot. Miałem szczęście bo gdy go odkopałem, a trwało to ze dwie godziny, już nie odróżniałem przedmiotów. Domyśliłem się co się stało. Śnieżna ślepota.”*

 

Janusz Majer relacjonuje z bazy (28 maja)

 

29.jpg (20.45 Kb)Ministerstwo Turystyki – brzmi dumnie – w rzeczywistości skromny „gliniany” budyneczek. W prostym pokoiku, prosty „wiejski” stół i jedno krzesło. Na stole, faktycznie radiostacja, taką jaką znałem z czterech pancernych. Najpierw nepalski operator długo wywoływał potem oznajmił – masz 5 minut. Janusza słyszałem dobrze.

Genek Chrobak rano zmarł. Andrzej Marciniak próbuje dotrzeć z powrotem do obozu I. W bazie sformowała się ekipa ratunkowa w składzie Carlos Carsolio (uczestnik wyprawy z Meksyku, teraz ma na koncie już wszystkie 14 ośmiotysięczników, „terminował” u Kukuczki), Nick Cienski (uczestnik polonijny z Kanady), Alan Burges (uczestnik innej wyprawy, UK), Peter Athens (uczestnik innej wyprawy, USA) ale ze względu na duży opad świeżego śniegu szybko musieli zawrócić. Pogoda bardzo zła – ciągle pada. Dojście na przełęcz przez parę następnych dni fizycznie niemożliwe. Janusz próbował mi uświadomić, że to TYLKO JA coś mogę zrobić i żebym stanął na głowie...i w ogóle. No pięknie... - pomyślałem

Ja z kolei przekazałem Januszowi, że szanse na lot helikoptera są znikome jeżeli nie żadne. Po pierwsze nikt nie chce lecieć, po drugie nie ma śmigła klasy LAMA i że mimo wszystko niech liczą raczej na siebie.

Janusz wszedł na ton prosząco-błagalny. Dość powiedzieć, że następne minuty łączności zeszły na zagrzewaniu mnie do działania. Zgodziliśmy się, że w sumie nie wiadomo na czym to działanie ma polegać. Janusz mówi gdzie są „schowane” pieniądze.

Umówiliśmy się na drugą łączność wieczorem.

 

Totalny „Sajgon” (28 maja)

 

Tymczasem w biurze Agencji zebrało się kilkadziesiąt osób. Uczestnicy różnych wypraw, przeróżnej maści „wszystkowiedzący”, znajomi, znajomi znajomych. Rozpoczęła się totalna burza mózgów i działania we wszystkich możliwych kierunkach. Na wyprawie uczestnikami byli Amerykanie – no to „lecimy” do ambasady amerykańskiej, okazuje się, że ktoś zna tam konsula, to super, dzwoń do konsula. Ktoś zna Ministra – super dzwoń, jedź do Ministra. Przychodzą pierwsi dziennikarze. Są telexy z kraju, z PZA i od jakiegoś Seweryńskiego z Trójmiasta, który przedstawił się jako organizator akcji ratunkowej. Pojawia się, tego tylko brakowało, Agnieszka – dziewczyna Andrzeja Marciniaka. Jest Messner.

Ale o co chodzi?? O HELIKOPTER ?? O COKOLWIEK. Powstaje coś w rodzaju pracującego non stop sztabu akcji ratunkowej ze mną w środku.

 

Akcja Ratunkowa wg Nicka Cienskiego (28 maja)

 

30.jpg (6.25 Kb)Podczas wieczornej łączności grupa z bazy pod Everestem zgłosiła swój pomysł na dotarcie do Andrzeja. Pomysłodawcom i planowanym jego wykonawcą był Nick Cienski, polonijny uczestnik wyprawy z Kanady. Skoro niemożliwy jest lot helikopterem, to Nick zaproponował, żeby mały samolot przeleciał na plateau przełęczy, nisko i wolno, a Nick z niego wyskoczy i dotrze do Andrzeja. Prosili żeby nagrać samolot, który zebrałby Nicka z Lukli. No pięknie... .

Już Januszowi  Majerowi jak mi to mówił przez radio, głos się trząsł, ze wstydu chyba, ale to nie tylko obrazuje osobowość Nicka (traktował to na poważnie) ale i stan desperacji ludzi z base campu. Pomysł upadł z/w na jego oczywistą absurdalność – był jednak poważnie przez chwilę dyskutowany.

 

Akcja ratunkowa wg Agnieszki (29 maja)

 

Agnieszka, dziewczyna Andrzeja Marciniaka, podjęła chyba największą ilość działań skierowanych w stronę jakiegokolwiek ratunku. To za jej sprawą agencje na całym świecie trąbiły o uwięzionym na Evereście Polaku.

Trzeba wiedzieć, że Agnieszka przez wiele lat mieszkająca w Stanach i tam miała sporo kontaktów, temat podchwyciły też rozgłośnie amerykańskie, nie tylko polonijne. To ona uruchomiła w Polsce Marka Seweryńskiego, który atakował co się dało – nie tylko MSZ. No i był efekt. Zgłosił się telefonicznie amerykański milioner, właściciel helikoptera LAMA, pilot, który wyraził chęć wykonania lotu ratunkowego na przełęcz Lho La – serio, serio. Był tylko jeden problem – helikopter był w Stanach – i nie był w stanie przelecieć oceanu bez tankowania po drodze. Pilot zwrócił się do nas z prośbą o załatwienie tankowania na którymś ze statków amerykańskich lub radzieckich na oceanie – serio, serio – Agnieszka i Marek sporo wokół tego tankowania się nakręcili. Pomysł upadł z/w na oczywistą absurdalność – był jednak poważnie przez chwilę dyskutowany.

 

Akcja ratunkowa wg Seweryńskiego i PZA (29 maja)

 

Marek był jedynym człowiekiem w Polsce, który naprawdę tworzył delegaturę akcji ratunkowej na kraj i tym się przejął żeby pomóc. Spędził parę dni przy teleksie i telefonach, żeby wyłamać jakieś drzwi. Skutecznie wraz ze Zbyszkiem Kowalewskim z PZA wstrząsnął służbami dyplomatycznymi w Pekinie. I choć one nie mogły wiele to otrzymaliśmy potwierdzenie, że helikopter klasy LAMA – radziecki – z terytorium Mongoli przyleci i podejmie ratowników, jeżeli oni będą już na terytorium Tybetu. Brzmiało dobrze lecz brak było szczegółów, gdzie podejmie, kiedy, dokąd będzie w stanie lecieć dalej. Do końca – będąc nawet już w Tybecie i na przełęczy Lho La – wierzyliśmy w ten helikopter i rozglądaliśmy się po niebie czy przypadkiem coś nie leci. Naiwni ?? Dlaczego pomysł upadł?? Tego się już nie dowiemy.(Chyba, że ktoś z ambasady PRL w Pekinie coś pamięta)

 

Akcja ratunkowa wg Elizabeth Hawley (29 maja)

 

Kto choć raz otarł się o Nepal w charakterze alpinisty to wie co ta kobieta może. Ona może wszystko. Ci co znali ja dłużej domniemywali, że ta korespondencja dla Reutersa to musi być jakaś lipa, wyraźnie przykrywka czegoś większego. (Na marginesie szczególnie słusznie  odznaczona ostatnio postać medalem na stulecie polskiego alpinizmu przez PZA). Zadzwoniła do mnie i powiedziała – Mr.Artur, czytam te wszystkie depesze i widzę, że nie mówią Wam całej prawdy. Helikopter LAMA jest w Kathmandu, jest do dyspozycji Króla, stoi za pałacem, nie dalej niż 500 metrów od Was. Jeżeli nie macie siły nacisku, to ja nacisnę...

To brzmiało już dobrze. Dlaczego pomysł upadł?? Czytaj dalej.

 

Akcja ratunkowa wg Messnera (29 maja)

 

31.jpg (6.33 Kb)Przyszedł Messner i powiedział – wszystko załatwione, jest helikopter, jest pilot, pakuj się Artur – rano lecimy. Trzeba tylko powiadomić ambasadę chińską – i uzyskać zgodę na przekroczenie granicy – bo jak rozumiem ten Twój kolega jest po chińskiej stronie??? Spoko, spoko, ja się tym zajmę. Byłem już u ambasadora włoskiego i on umówił się z ambasadorem chińskim na golfa, żeby to załatwić. Nepalczycy muszą tylko podać „ground base system identyfication number” (jakiś numer identyfikacyjny). Pomysł upadł bo nie udało się od Nepalczyków wyciągnąć tego numeru – a czas płynął i działał na naszą niekorzyść. Rano spotkaliśmy się nie na lotnisku, tylko w Agencji ze spuszczonym głowami. Zapanowała atmosfera degrengolady i zniechęcenia.

 

Tymczasem w Polsce, w Chinach, w Nepalu – oj działo się (29 maja)

 

Zupełnie zapomniałem napomknąć, że to był znamienny 1989 rok i to 27- 30 maja. Parę dni przed „wolnymi” wyborami z 4-go czerwca. Marek Seweryński i Zbyszek Kowalewski strasznie narzekali – chłopie tu nie ma z kim rozmawiać, wybory, wolna Polska się rodzi, w ministerstwach pustki, wszyscy się pochowali albo uciekają. To po pierwsze. Po drugie Indie nałożyły na Nepal embargo paliwowe – taki mały kryzys energetyczny i panika w całym państwie. Za co to embargo? Taka kara za to, że Nepalczycy kupili w Chinach jakąś broń. Teraz paliwo musi być transportowane do Nepalu w beczkach przez Tybet, przez góry,  czymś, co nazywa się umownie drogą przez przełęcz Kodari Pass, kamienisto-błotnistym, „wiszącym” traktem – to znaczy było transportowane – bo granicę właśnie zamknięto z/w na totalne zamknięcie się Chin na świat. Dlaczego Chiny się zamknęły – właśnie teraz – jakby nie mogło się to stać  kiedy indziej – na Placu Tienamen się „gotowało” i za parę dni miał on spłynąć krwią. I gadaj tu z Chińczykami, Hindusami, Nepalczykami o numerach identyfikacyjnych śmigłowców – totalny pasztet.

Naprawdę się staraliśmy. Naciski szły ze wszystkich możliwych ambasad z amerykańską i radziecką na czele. Nie daliśmy jednak rady wyciągnąć tego numeru.

 

Tymczasem na przełęczy (30 maja), (wspomnienia Andrzeja Marciniaka, zebrane przez Andrzeja Marcisza do Epilogu książki Mirosława Dąsala „Każdemu jego Everest”)

 

32.jpg (6.54 Kb)„...Od dwóch dni nic nie jadłem...”, „...słyszałem tylko wiatr. Namiotem trzepotało, dudniło...”, „...Siedziałem bezradny. Odszukałem w kieszeni przedmioty, które dostałem na drogę. Od matki – maleńki różaniec, od siostry – żołądź i od dziewczyny – porcelanowego słonia. Zacząłem się modlić. Modliłem się i nasłuchiwałem helikopterów. Baza powiadomiła mnie, że lecą już po mnie. Nie dowierzałem, by ktoś mógł przy takiej pogodzie tu dolecieć.”, „....Bałem się, że stracę orientację, gdzie lewa, gdzie prawa strona. Dzięki radiu wiedziałem kiedy mija dzień, a kiedy zaczyna się noc...”, „...Nie bardzo wierzyłem w te helikoptery...”.

 

Akcja ratunkowa wg gospodyni domowej – ten pomysł nie upadł – więcej – został zrealizowany (30 maja)

 

30 maj południe. Siedzimy zrezygnowani w agencji. Już wiadomo, że z helikopterów nici. Wtedy, nie zabierająca dotąd głosu, ale zawsze obecna, krzątająca się przy kuchni i garach, żona Ang Tseringa (właściciela Agencji Asian Trekking), belgijka, ale w sari, zabrała glos :

 

-Słuchajcie, ja się tam na górach nie znam, ale raz w bazie pod Everestem od chińskiej strony na trekkingu to byłam. To jest w okolicy tej przełęczy Lho La, prawda ?? Ja tam dojechałam autem, a potem szłam jeden dzień do góry do granicy lodowca spływającego z przełęczy. Zamiast gadać tu dniami o helikopterach – nie lepiej wsiąść w jeepa, pojechać kilkadziesiąt godzin, potem  trochę podejść i po sprawie ?? Proszę mi to wytłumaczyć ??

 

Zaraz potem zadzwonił telefon

 

Dzwoni konsul ambasady USA. Zamarła martwa cisza. Mnie podali słuchawkę (30 maja)

 

-          Mr.Hajzer. What you need to finish the story and to have back down here your polish colegue from the Everest ridge - except helikopter ??

-          I need permit to pass the chinese border on Kodari Pass. I need a truck or any car on the chinese side which will take me to the chinese Everest Base Camp

-          That’s it?

-          Yes! That’s it!

-          You have got it! Let’s go to chineese embassy. Everything will be ready in half an hour.

 

Po odłożeniu słuchawki w agencji – nie wiedzieć dlaczego - gromkie brawa.

 

W chińskiej ambasadzie było rzeczywiście ready. Gruby plik wypisanych robalami papierów. Bóg jeden wie co tam stało. Chińczyk zapewniał, że granicę przekroczymy i że auto na granicy na bank będzie czekało. Reszta poszła jak z płatka. Podstawił się z agencji Land Rover do granicy, byli gotowi  znający teren dwaj szerpowie i najważniejsze – bez wahania, obecni cały czas, dwaj nowozelandczycy. Wieczorem byliśmy już w drodze.

 

Rob Hall i Garry Ball

 

Nowozelandczycy. Właśnie wrócili spod Everestu – niestety nie udało im się wejść na szczyt. Znali naszą wyprawę. Zgłosili się do uczestnictwa w akcji ratunkowej bez minuty zastanowienia. Wiedzieli, że mają godzinę, dwie na spakowanie się i tyle – nie wahali się. Super chłopaki. Niestety, obaj się już minęli. Garry Ball umarł parę lat później na odmę płuc podczas wyprawy na Dhaulaghiri. A Rob jest tym Robem, który umarł na Evereście w 1996, bo jako przewodnik, nie zostawił swojego klienta, podczas tragicznej wyprawy opisanej w książce Krakauera „Zdobyć Everest”.

 

Andrzej Marciniak relacjonował po powrocie:

(wspomnienia Andrzeja Marciniaka, zebrane przez Andrzeja Marcisza do Epilogu książki Mirosława Dąsala „Każdemu jego Everest”)

 

33.jpg (7.02 Kb)„Po omacku szukałem apteczki. Natrafiłem w niej na kapsułki. Miałem radio. Połączyłem się z bazą. Lekarz (Marek Roslan) podał mi nazwę leku. Opisał go, powiedział co trzeba zrobić. Miałem w ręku dwie kapsułki. Jedną małą, drugą niewiele większą, ale która jest która? Długo wahałem się. Zrezygnowałem. Bałem się.”

„...Rano okazało się, że nie mam już zapałek. Przeraziłem się. Cały dzień próbowałem wykrzesać ogień, wzorem przodków, kamień o kamień. Przez radio dostałem informację, że w pobliżu powinny być  inne namioty. Ale jak je odkopać w tym śniegu nic nie widząc? Siedziałem bezradny....wreszcie znalazłem namiot, odkopałem, wpełzłem do środka, ale zapałek nie znalazłem. Wróciłem...i od razu za pierwszym razem namacałem pudełko.”

 

”Był czwarty dzień. Zacząłem sobie konstruować okulary. Powiadomiono mnie wtedy, że od strony chińskiej podąża mi na ratunek ekipa....Artura Hajzera. ....wypełniło mi to kilka godzin, podczas których nie musiałem siedzieć bezczynnie i tylko wsłuchiwać się w swój oddech, w wiatr, w bicie serca i czekać, czekać...I znów przyszła noc, i znów myślałem, że zaraz będę schodzić z innymi ludźmi...

 

 

Reszta to prościzna: Kathmandu – Lho La – Kathmandu = 100 godzin (30 maja – 2 czerwca)

 

Pojechaliśmy. Przekroczyliśmy tą granicę. Z niedużymi przygodami dostaliśmy tą chińską ciężarówkę. Po 36 godzinach jazdy byliśmy chińskiej bazie pod Everestem. Sama podróż robiła jednak wrażenie. Wytrzymać 30 godzin na tym traku nie było łatwo. No i jeden Bóg wie jak ten kierowca, jadąc non stop pustynią bez żadnej drogi znalazł bezbłędnie tą bazę. Potem cały dzień marszu moreną lodowca Rongbuk i biwak na granicy lodu pod przełęczą A rano, po około dwóch godzinach lawirowania pomiędzy szczelinami byliśmy już w obozie na Lho La przy Andrzeju Marciniaku i namiocie obozu I. Andrzej na szczęście właśnie odzyskał wzrok. Załadowaliśmy świeże baterie do jego radiotelefonu – nie miał już łączności – i mocnym decybelem obudziliśmy wszystkich w bazie po drugiej, nepalskiej stronie grani. Było trochę wiwatów i radości, jakby nie było to od dwóch dni oni nie mieli zielonego pojęcia co się z nami dzieje i czy ktokolwiek, kiedykolwiek do Andrzeja dotrze, mieli niezłą nerwówę – takie czekanie nie wiadomo na co. Jeszcze rzut oka w stronę lawiniska – żadnych śladów tragedii – wszystko równo przysypane. I na dół. Andrzej radził sobie dziarsko, szedł o własnych siłach. Wieczorem byliśmy już przy ciężarówce i znowu 36 godzin jazdy przez Kodari Pass do Nepalu, Kathmandu, prosto przed Hotel. Podszedłem do Agnieszki – masz go – bierz – tu jest – cały i zdrowy.

 

Już nic nie było tak jak przedtem (2 – 7 czerwca)

 

Siedzieliśmy jeszcze trochę w Kathmandu. Było trochę wiwatów i celebry, niezbędnych podziękowań i dziękczynnych kolacji ze wszystkimi dyplomatami. Tylko ci chińscy wymówili się chorobą. Zostałem członkiem honorowym Himalaya Rescue Assoc.itp. Zjechał Janusz Majer i wszystkie inne wyprawy z gór. Na pierwszych stronach gazet było, albo o naszej „thunderbolt rescue expedition”, albo o wolnych wyborach w Polsce ze zdjęciami unikalnego mebla o owalnych kształtach. Alan Burges (próbował dojść do Marciniaka od nepalskiej strony) przyjrzał się dokładniej i stwierdził – auu!! I know this guy from Karakorum, that is Janusz Onyszkiewicz – tak , tak Onyszkiewicz – teraz będzie premierem ! – really?? Are you kidding me??

 

Potem, jesienią zginął Jurek Kukuczka, kolejny smutny akord kończący tą epokę, który obok tej everestowskiej tragedii był ostatecznym znakiem odchodzącego czasu. Kto się nie zdążył zabić do tej pory, zrobił to zaraz potem. Era złotego polskiego himalaizmu przeszła do historii. Ideę polskiej himalajskiej krucjaty ciągnął jeszcze Andrzej Zawada – ale trudno mu było skompletować rozsądny, silny zespół.

Jak to powiedział potem  Messner w Warszawie? Zginęli bo byli najlepsi ! 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA