Strona główna / nr 4 (6) -JESIEŃ 2005 / INNY ŚWIAT
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
AFRYKA - KENIA


Sycylia galeria zdjęcia

Góry Pamir wschód słońca

Mongolia góry, stepy zdjęcia galeria

Góry Skaliste Park Narodowy Banff zdjęcia galeria

Szpicbergen zdjęcia galeria

„To nie przysięga sprawia,

41.jpg (9.56 Kb)

że wierzymy człowiekowi, ale człowiek

- że wierzymy przysiędze”.

AFRYKA - INNY ŚWIAT

Tadeusz Wojtera

 

            Wcześnie rano opuszczałem bazę wyprawy, z ulgą kierując się samotnie ku widocznej przełęczy Sthulmanna. Po pełnych nerwowej niepewności tygodniach, mogłem wreszcie spokojnie odetchnąć. Wyprawa kończyła się pełnym sukcesem. Świat znów wydawał się piękny, bo w rzeczywistości taki był. Nie muszę już myśleć i bać się za innych, denerwować w czasie burzy, obliczać z niepokojem godziny stanu alarmowego – mogę wreszcie być sobą, zwykłym, małym trybem w wielkiej machinie wyprawowej. Mam dzień wolny, tylko dla siebie. Jutro przyjdą tragarze, zwiną bazę, upchamy cały potężny bagaż i powoli zaczniemy schodzić w doliny, oglądając się za siebie na znikające z oczu szczyty.

            Ale dziś jeszcze jestem w górach, wysoko, tam gdzie biały człowiek bywa bardzo rzadko, a może był zaledwie kilka razy – po drugiej stronie grani głównej Ruwenzori, w kompletnie pustym i dzikim terenie, gdzie podobno szczyty czterotysięczny są jeszcze dziewicze. Właśnie idę tam, uśmiechając się do siebie. O Boże, zupełnie inny świat. Kompletna pustka i cisza, tylko wydeptana przez dzikie zwierzęta ścieżka umożliwia posuwanie się do przodu.

            Tuż za przełęczą dwie duże doliny. Jedna potężna, opada progami w dół, druga węższa pnie się w lekko w górę. Wybieram tę drugą. Teren w zasadzie jest łatwy, nie nastręcza żadnych trudności. Wkoło jeszcze dużo zieleni. Krzewy nieśmiertelników, jak u nas jałowce, rosną prawie do dwóch metrów, tworząc labirynt zielonych przejść. Ścieżka wijąca się między nimi powinna mnie zaprowadzić do stawów, gdzie zwierzyna chodzi do wodopoju. Jestem lekko ubrany: krótkie spodenki, mały plecaczek, trochę jedzenia i picia – całkiem przyjemnie.

    42.jpg (5.72 Kb)        Nagle zza zakrętu wyłania się postać. Jestem tak zaskoczony, że natychmiast staję, pełen napięcia. Naprzeciw mnie czarny myśliwy z dzidą wspartą o ramię, gotową do rzutu, zatrzymuje się, również pełen niepewności. Co robić? Jego oczy mówią, że jest gotów na wszystko. Przez chwilę stoimy tak naprzeciw siebie, zaskoczeni niezwykłym spotkaniem – skąd tutaj biały człowiek i to kompletnie sam? Bez tragarzy sprzętu, ba, nawet bez jakiegokolwiek ekwipunku. Zaskoczenie jest tak wielkie, że widzę jak mięśnie myśliwego napinają się, a twarz wyraża determinację.

            „Zrób coś, powiedz, wytłumacz dlaczego tu jesteś, bo za chwilę będziesz już tylko kupą drgającego mięsa!” Znając zaledwie kilka słów w języku suahili, drgający z emocji głosem wykrztusiłem:

-         Jżambo habarigani – co znaczy mniej więcej – „witaj co słychać?”

-         Jżambo – odpowiedział, nie zmieniając ani centymetr układu dzidy, która pozostaje na wysokości mojej szyi.

Wysilałem mózgownicę – przecież znałem jeszcze kilka słów, które akurat teraz uleciały z pamięci.

-         Asanta sana – przypomniał mi się grzecznościowy zwrot. Co znaczy w ich języku – „dziękuję, bardzo dobrze”.

43.jpg (39.74 Kb)Dzida skierowała się ostrzem grota ku ziemi. Byłem uratowany, przynajmniej chwilowo. Powolnym ruchem ręki wyjąłem z kieszeni w koszulce paczkę papierosów.

-         Sigareti – powiedziałem, podając otwartą paczkę papierosów.

Po raz pierwszy zobaczyłem jego szeroki, przyjazny uśmiech. Lody zostały przełamane. Przyjętym na tych szerokościach geograficznych zwyczajem odebrał z mych rąk całą paczkę, wyjął papierosa, podał mnie, potem wyciągnął drugiego dla siebie i resztę paczki schował do torby zrobione z trawy słoniowej. Przecież wyciągnąłem do niego rękę z całą paczką – więc zrozumiał, że paczka jest jego! Taki zwyczaj.

Z zapałkami byłem już ostrożniejszy. Zapaliłem sobie pierwszy. Lecz on, z uśmiechem na ustach, po zapaleniu swego papierosa włożył je do torby, dając gestem znak, że jemu są bardziej potrzebne. Byłem bez papierosów i zapałek, ale żywy i cały.

Teraz dopiero wywiązała się ożywiona wymiana słów i gestów. On w języku suahili, przy odpowiedniej gestykulacji, opowiadał mi, że idzie na polowanie i na pewno przyniesie antylopą do zjedzenia. Ja w języku polskim, również przy wydatnej pomocy rąk i mimiki, opowiadałem, że jestem na wycieczce i zwiedzam okolice, dla mnie bardzo interesujące.

Śmiejąc się i poklepując nawzajem po ramionach byliśmy jak dwaj przyjaciele, którzy dawno się nie widzieli i tylko przypadkowo wpadli na siebie w wysokich górach. Bawiliśmy się wspaniale, powtarzając ruchy i gest niedawnego, nagłego spotkania, tak że ostrze dzidy znów kilka razy znalazło się na wysokości mojej szyi – całe szczęście, że tym razem już dla śmiechu i na żarty.

Paplając, wskazał mi ręką kierunek, gdzie unosiła się w górę smuga siwego dymu widoczna na tle zieleni.

„Widzisz, tam jest mój dom, tam jest mniam, mniam – pogłaskał się wymownym gestem po brzuchu, tam najesz się i odpoczniesz, wyśpisz się – ułożył dłonie w formie poduszki i przyłożył do twarzy, czyniąc gest zasypiania”.

-         Zaczekaj na mnie – wskazał ręką na słońce – będę z powrotem, gdy słońce znajdzie się, o, w tym miejscu. Przyniosę, na pewno przyniosę dużo świeżego mięsa – i zrobił ruch dzidą, jak gdyby zabijał przyłapaną zwierzynę. Idź – wskazał ręką kierunek unoszącego się dymu – jest późno, muszę coś upolować!

Poszedłem. Żar ogniska był jeszcze gorący, wystarczyło dołożyć kilka suchych drewienek, żeby ogień zapłonął na nowo. Przewieszona skała dawała błogosławiony cień. W narożniku stos skór z dzikich antylop tworzył przyjemne legowiska. Usiadłem z ulgą. Kawał pieczeni, owinięty w zielone liście, ułożyłem w popiele ogniska. Za chwilę przyjemna woń podrażniła moje nozdrza. Otwarłem opadające ze zmęczenia powieki.

Cudowne, dzikie góry otaczały mnie wkoło, nikła, wydeptana ścieżka prowadziła do pobliskiego stawku. Nabrałem do tykwy wody i długo piłem chłodny płyn. Inny świat – prawie nierealny, a jednak prawdziwy, nietknięty przez cywilizację.

Zjadłem kawał pieczeni, popiłem wodą. Słońce już dawno przechyliło się na drugą stronę, gdy wreszcie podjąłem decyzję.

Wstałem i powolnym krokiem, jak gdyby zrywając niewidzialną nić, zacząłem iść w kierunku obozu. Wracałem do swoich, do cywilizacji!

Wybacz mi, drogi przyjacielu, że nie dotrzymałem słowa. Odszedłem – chociaż ty na pewno wróciłeś ze zdobyczą, żeby się podzielić i razem spędzić wieczór w tym niesamowitym miejscu. Ale czyż biały człowiek potrafił kiedykolwiek dotrzymać danego ci słowa – dla niego to był zawsze INNY ŚWIAT!

 

  

 


 

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA