Strona główna / nr 1 (7) - ZIMA 2006 / TRAGEDIE TATRZAŃSKIE DOLINA CHOCHOŁOWSKA
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
TRAGEDIE TATRZAŃSKIE DOLINA CHOCHOŁOWSKA

[ Dolina Chochołowska zdjęcia galeria ]


Dolina Chochołowska otoczenie zdjęcia

Akcja rotownicza TOPR zdjęcia

Tatry wypadki, akcja ratunkowa TOPR zdjęcia

Tatry Czerwone Wierchy zdjęcia

Tatry zimą Czerwone Wierchy zdjęcia
         

Tragedie Tatrzańskie - wypadki w górach Granaty Orla Perć zobacz>>>

Dolina Chochołowska                                 Czerwone Wierchy wypadki zobacz>>>

Michał Jagiełło

 

            15 marca 1988 roku o godzinie 19.15 ze schroniska na Polanie Chochołowskiej odzywa się turysta, zawiadamiając, że kilkuosobowa grupa została porwana przez lawinę podczas wycofywania się z Czerwonego Wierchu do Doliny Jarząbczej. Zgłaszający twierdził, że przysypane zostały trzy osoby. Wyprawę organizuje Maciej Gąsienica. Ma zadanie utrudnione; okazuje się bowiem, że samochody grzęzną w śniegu na drodze wiodącej do schroniska. Mimo późnej pory T. Augustyniak decyduje się na lot; w kabinie, oprócz Macieja, Robert Janik i Jan Gąsienica Roj z nieodłącznym Krisem. Po szczęśliwym wylądowaniu na Polanie Chochołowskiej (lądowisko zostało oświetlone pochodniami) T. Augustuniak wraca do Zakopanego (21.00), my we trzech wyruszamy na lawinisko do Jarząbczej(...) – zanotował Maciej. Tam okazuje się, że dziesięcioosobowa grupa zjeżdżała na siedzeniach depresją; strącili lawinę, która podzieliła się na trzy odnogi schodzące aż do lasu, w łożysko potoku. Część grupy została wyrzucona poza nurt lawiny, inni zostali porwani przez masy śniegu i wyrzuceni w lesie. W ostateczności nie odnalazła się tylko jedna osoba – kobieta.

            02.jpg (16.71 Kb)W ślad za Maciejem, Robertem i Janem na miejsce wypadku dociera reszta licznej ekipy. Posłuchajmy Macieja: Rakietami na spadochronie oświetlamy rejon poszukiwań. Praktycznie to ogromny teren; żleb rozszerzający się w stok to jedno lawinisko ograniczone lasem z obu stron i potokiem u dołu. W tym rozległym terenie pracują już Jan z Krisem, J. Chowaniec z Brysiem, Z. Hoły z Parysem, S Mateja z Czadem i Cz. Gąsienica Bednarz z Tarzanem. A także wielu ratowników. Poszukiwania utrudniała śnieżyca, mgła w górnej części żlebu oraz silny wiatr gaszący pochodnie. Istniało niebezpieczeństwo zejścia lawiny wtórnej.

           01.jpg (12.88 Kb) O godzinie 1.30 do akcji wchodzi Kazimierz Gąsienica Byrcyn, wymieniając Macieja i jego ekipą. Kazimierz oprócz ratowników przyprowadza ze sobą blisko pięćdziesiąt osób ze schroniska. Po jakimś czasie Kazimierza zmienia Maciej. Około godziny 15.00 zeszła ponownie lawina; szczęśliwie stało się to w momencie krótkiej przerwy w poszukiwaniach spowodowanej zmianą ekip ratowniczych. Robi się coraz cieplej i coraz bardziej niebezpiecznie. Siąpi deszcz. Ze stoku stomiejącego nad ratownikami zsuwają się z szumem małe lawinki. Nie wróżą nic dobrego. Trzeba się poddać. Grubość lawiniska w zagłębieniach sięga nawet 10 m. Przyjeżdżano tu kilkakrotniu, by poszukać zasypanej – bez rezultatu. Dopiero 29 kwietnia Kris prowadzony przez Jana odnalazła w czole lawiny zwłoki kobiety ukryte głęboko w śniegu.

W połowie marca dyżurowałem w schronisku na Polanie Chochołowskiej. W górach panowały dość trudne warunki. Pogoda była wietrzna i padający gęsty śnieg utworzył zaspy, wydmy, wielkie poduchy podszyte utajonymi lawinami.

            Pod wieczór, 18 marca 1995 r., zostałem zawiadomiony, że do schroniska nie wrócił narciarz. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie fakt, że dotyczyło to pana Zbigniewa C. – sędziwego narciarza, który znał doskonale rejon Chochołowskiej, bo z lubością wędrował po szlakach i bezdrożach tej pięknej i rozległej doliny od kilkudziesięciu lat. Pan Zbigniew był osobą powszechnie szanowaną tak przez kierownictwo i personel schroniska, jak i przez stałych bywalców tej gościnnej, wysokogórskiej chaty.

            Po krótkiej rozmowie z żoną pana Zbigniewa nie miałem wątpliwości, że coś się musiało stać doświadczonemu narciarzowi-traperowi, skoro nie zjawił się w schronisku do zmroku. Po chwili wiedziałem nieco więcej. Pana Zbigniewa widziano przed południem, jak podchodził na nartach utartą i popularną trasą wiodącą na Wyżnią Chochołowską. Oczywiste więc było, że musiał – zresztą swym zwyczajem – zboczyć z uczęszczanego szlaku i wędrował po ulubionych zakamarkach doliny. Skoro ostatni raz widziano go przed południem, skoro nie leży na uczęszczanym przez turystów i narciarzy szlaku, to prawdopodobnie czeka na pomoc gdzieś na stoku Czerwonego Wierchu, a może nawet w górnych partiach Doliny Jarząbczej. Ale mógł także, po prostu, pojechać do Zakopanego.

            Zawiadamiając o tej sprawie Centralę TOPR, nie miałem oczywiście zbyt wielu argumentów uzasadniających uruchamianie dużej wyprawy poszukiwawczej. Gdyby rzucać ratowników w każdym przypadku spóźnienia się turysty czy narciarza na obiad, nie starczyłoby ludzi niezbędnych do rozwiązywania rzeczywiście trudnych sytuacji, a więc takich, w których nie ma najmniejszej wątpliwości, że w górach ktoś naprawdę potrzebuje pomocy. Swój pogląd na przypadek pana Zbigniewa urobiłem na podstawie rozmowy z żoną poszukiwanego, a szczególnie z dwojgiem narciarzy, którzy widzieli go po raz ostatni i którzy znali nieco samotnicze nawyki sędziwego wędrowca. Gdyby Anna i Wojciech Jermocowie, zapewne nie potraktowałbym aż tak poważnie faktu, że pewien mieszkaniec schroniska tak długo rozkoszuje się górami o zmierzchu.

            Nie tracąc czasu ruszyłem na wstępne poszukiwania w towarzystwie Wojciecha Jermoca. Po krótkim marszu Wojciech wskazał mi miejsce, gdzie oboje z żoną spotkali podchodzącego na nartach pana Zbigniewa. W chwilę potem zboczyliśmy z udeptanej trasy, przypuszczając, że nasz traper mógł uciekać od ludzi na drugą stronę potoku. I rzeczywiście, uchwyciliśmy wyraźny ślad podejściowy prowadzący gęstym lasem w górę, ku stokom Czerwonego Wierchu. W zacisznej gęstwinie były wyraźnie odciśnięte ślady narciarza podchodzącego na fokach, czyli ze specjalnymi taśmami przypiętymi pod ślizgiem nart, ułatwiającymi podchodzenie nawet w dość stromym terenie.

            Po godzinie uciążliwego marszu stanęliśmy na płasience, na granicy między karłowatym lasem i pustacią, po której hulał wiatr niosący drobny śnieg. Ślad urwał się gwałtownie.

            Nie pozostało mi nic innego jak wezwać kolegów z Zakopanego. Nie miałem wciąż stuprocentowej pewności, że szliśmy śladem pozostawionym przez pana Zbigniewa, ale skoro wciąż nie było go w schronisku... No właśnie, zachodziło uzasadnione podejrzenie, że gdzieś tu, w górach, znajduje się poszukiwany. Moją argumentację uznał naczelnik TOPR Robert Janik i wnet ukazały się w dolinie światła samochodów.

            Główne siły szły na Wyżnią Chochołowską i do miejsca, w którym zgubiłem ślad, mniejszy zespół przepatrywał Dolinę Jarząbczą, do której poszukiwany mógł się dostać, trawersując Czerwony Wierch w lewo, na granicy lasu i skał.

            Była piękna noc. Wygwieżdżone niebo. Stałem z Robertem w miejscu, z którego narciarz mógł pójść w lewo, do Jarząbczej, lub w prawo, ponad lasem, przecinając stoki i żlebiki Czerwonego Wierchu opadające ku kotłom Wyżniej Chochołowskiej.

            Mimo nocy ratownicy odnajdują na stromszych stokach, w twardym, przez wiatr ubitym śniegu, nikłe ślady krawędzi nart. Równocześnie Władysław Cywiński informuje przez radiotelefon, że jego grupa zauważyła świeży obryw lawiny, nieco powyżej Wyżniej Chochołowskiej, na stokach pomiędzy Czerwonym Wierchem i Wołowcem. W bocznej części obrywu znikają ślady narciarza – zanotowano później w „Księdze wypraw”. Wydaje się – kontynuował W. Cywiński – że nie ma śladów wyjścia.

            A więc lawina. W ruch idą sondy. Do akcji przygotowują się psy.

            Tuż przed północą Maciej Pawlikowski natknął się na martwego narciarza. Zginął na miejscu. W terenie, który tak dobrze znał i który był mu tak bliski. Ledwo wyszedł na stromy stok – ruszyła lawina. Niewielka, ale wystarczająca, by zgnieść kruche ciało człowieka.

            Nazajutrz rano rozmowa z panią Zofią – żoną zmarłego. Znosi śmierć męża z imponującą godnością. W jakiś czas potem otrzymałem list od pani Zofii i wiem, że podziękowanie podobnej treści nadesłała na ręce naczelnika, Roberta Janika. Oto ten list:

            Szanowny Panie,

            Minął właśnie miesiąc od tragicznej śmierci mojego męża, Zbigniewa C. Zginął w Dolinie Chochołowskiej, pod lawiną. Wiem, że to dzięki Pana szybkiej decyzji i Pana osobistemu zaangażowaniu udało się dotrzeć do miejsca wypadku i wydostać spod śniegu ciało mojego męża. Jestem Panu głęboko wdzięczna za zorganizowanie akcji ratowniczej i za okazane zrozumienie. Gdyby nie pomoc Pana, ratowników i przyjaciół, nie wiem, jak potoczyłyby się wydarzenia, jak wyglądałoby moje życie.

            W imieniu swoim i mojej rodziny chciałabym Panu za wszystko serdecznie podziękować.

 

Na podstawie książki „Wołanie w górach”

 

Zdjęcia: Andrzej Marasek

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA