Strona główna / nr 1 (7) - ZIMA 2006 / ŚMIERĆ STONOGI
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
ŚMIERĆ STONOGI

[ Szpicbergen zdjęcia galeria ]


Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria 2

Góry Pamir wschód słońca

Szpicbergen zdjęcia galeria

Kaukaz Elbrus, Uszba zdjęcia galeria

Alaska Mount McKinnley zdjęcia galeria
Śmierć stonogi
Tadeusz Wojtera

            Wczoraj zszedł z wysokich gór – tu do małego, sennego miasteczka, położonego nad południowym wybrzeżem morza. Miał już za sobą wszystkie niebezpieczeństwa czyhające na człowieka w górach. Jeszcze raz jak w kolorowym filmie zobaczył siebie skaczącego przez głębokie szczeliny lodowca. I potem wyżej, już w ścianie, kiedy partner poleciał tak niespodziewanie, że ledwo zdążył wyhamować lot. Euforia na szczycie, wieczorna gęsta mgła i później ten przymusowy biwak w szczelinie lodowej o resztkach jedzenia.

         24.jpg (9.44 Kb)   Biały świt, w południe piekielny upał na wysmażonym jak patelnia lodowcu. Powolne, leniwe kroki, setki, tysiące małych odliczanych kroków.

            Już widać było dwa samotnie stojące namioty, tuż u samego czoła lodowca. Ale jeszcze strasznie daleko. Potem już czołganie się ze zmęczenia i głodu.

            Teraz miał to już za sobą. Siedział oparty o pień palmy i patrzył przed siebie, a kolorowe obrazy tamtych dni przesuwały się w jego wyobraźni jak żywe. W nadmorskiej kafejce kupił butelką czerwonego wina. Powolnymi łukami pił schłodzony, o cierpkim smaku trunek. Patrząc na błękit morza myślami wciąż wracał do tamtych dni spędzonych w górach. Piasek był ciepły i wygrzany słońcem. Plaża opustoszałą. W godzinach południowych było zbyt gorąco, mimo bryzy wiejącej z zatoki.

            Siedział samotnie w cieniu palmy i leniwie patrząc na otaczającą go wspaniałą panoramę drobnymi łyczkami popijał wino wprost z butelki.

            Tak, mieliśmy obaj szczęście – myślami znów był w górach szczególnie przy zejściu, już po zdobyciu szczytu, kiedy następuje to zdradliwe odprężenie, że ma się już wszystko za sobą. I wtedy zbyt pewnie stawia się kroki, byle być już niżej, najlepiej tam na lodowcu.

            26.jpg (16.66 Kb)Przecież wszystko mogło się skończyć właśnie wtedy, gdy pojechałem na tej oblodzonej płycie. Niby nic, przeleciałem przecież tylko pięć metrów. Ale mego poślizgu w dół już wyhamować nie zdołałem. Wyrwałem partnera ze stanowiska i lecieliśmy obydwaj – o Jezu, wtedy myślałem, że już koniec. Uratowała nas płytka szczelinka do której wpadliśmy w pełnym rozpędzie. To było nasze ocalenie.

            Wiaterek swym lekkim podmuchem podnosił piasek na plaży tworząc miniaturowe wydmy i lejki. Przy stromym zboczu usypanego piasku zobaczył dużą tłustą stonogę. Daremnie starała się wejść do góry. Sypki piasek usuwał się jej spod rzędu nóżek i za każdym razem gdy była już dość wysoko, spadała znów do leja.

            Powtarzała manewr wydostawania się od początku, przebierając wszystkimi nóżkami na zmianą w szybkim tempie. Nie ingerował w jej daremne poczynania, bo wiedział, że stonoga za chwilę znów spadnie na samo dno leja. Podnosiła się i szybkimi ruchami rozpoczęła kolejny atak i tym razem z prawdziwą furią pięła się coraz wyżej.

            Butelka trunku była już do połowy wysączona gdy zobaczył następny obraz pełen dramatu.

            To było już na lodowcu, gdy czołgając się do brzegu szerokiej szczeliny po wąskim śnieżnym mostku usłyszał charakterystyczny trzask pękania sprasowanego śniegu. Za chwilę leciał już w dół szczeliny. Uratował go łut szczęścia i znajdujący się poniżej drugi wiszący mostek śnieżny.

            Stonoga dotarła już prawie na krawędź wydmy. Ratunek był bliski, tylko kilka centymetrów dzieliło ją od zbawczego brzegu, od wyjścia ze zdradliwego piaskowego leja. Patrzył beznamiętnie na rozgrywającą się scenę. Teraz widząc bliskie ocalenie stonogi, uśmiechnął się jak gdyby do swych własnych myśli.

            Z drugiej strony palmy, tam, gdzie gęstwina zarośli była zbita jak jeden mur zieleni, wysunęła się głowa dużej żmii. Pełzając powolnym ruchem po piasku zbliżała się do stonogi. Przystanęła. Jej żółto zielonkawa skóra lśniła teraz w słońcu niby pancerz rycerza. Przez cały grzbiet przebiegał regularny, czarny zygzak. W bezruchu czekała na właściwy moment. Stonoga właśnie zdołała pokonać ostatnie centymetry i przystanęła na samej krawędzi leja. Jej tułów jeszcze częściowo zwisał w leju, gdy nagle żmija jednym skokiem dopadła swej ofiary. To był moment, w ułamku sekundy na jego rozszerzonych oczach rozegrał się mały dramat. Żmija błyskawicznie pożarła swą ofiarę i zaczęła się rozglądać na wszystkie strony. Jej długie ciało gwałtownie zwinęło się w kłębek, gdy zobaczyła go siedzącego pod palmą. Wysunięty do przodu podłużny łeb ustawił się w kierunku nowej zdobyczy. Siedział nadal spokojnie, bo wiedział, że tym razem jego los nie zależy od sprężystości własnych mięśni.

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA