Strona główna / nr 1 (7) - ZIMA 2006 / LENIN CZYLI KUH-I-GARAMO
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
LENIN CZYLI KUH-I-GARAMO


Góry Pamir wschód słońca

Krzysztof Wielicki Himalaje szkolenie GOPR zdjęcia galeria

Mongolia góry, stepy zdjęcia galeria

Kaukaz Elbrus, Uszba zdjęcia galeria

Alpy Matterhorn, akcja ratownicza, zdjęcia galeria
Lenin czyli Kuh-i-Garamo.
Bartosz Czapski

Początek.

Wszystko zaczęło się od pomysłu, który padł zaraz na początku 2005 roku. Zebraliśmy się styczniowym popołudniem w kilka osób i już na początku lipca byliśmy w 13 osób na Polanie Cebulowej. Pamir jest piękny i monumentalny. Pierwsze wrażenie jakie na nas wywarł to ból głowy. UAZem wyjeżdża 28.jpg (34.01 Kb)się na 3600m. n.p.m. Przywitał nas bardzo sympatyczny Wołodia, komendant obozu, człowiek, ”w którego oczach (jak to dziewczęta stwierdziły) widać, że się całe życie wspina”.  Pierwsza noc spędzona w jurcie wprowadziła nas w kirgiskie życie. Dopiero następny dzień przeznaczony na odpoczynek. Po 7 dniach w pociągu i 25 godzinach dojazdu odsłonił nam przepyszne widoki „w górę” i w dół. Musze powiedzieć, że ogrom gór, które rankiem mnie otaczały przerósł najśmielsze wyobrażenia. Myślę, że nie tylko moje, bowiem w pierwszym składzie większość z nas miała do czynienia tylko z 4-tysiecznikami. U wylotu doliny są trzy bazy i chyba 5 czy 6 firm, które nimi zawiadują. Warto się głęboko zastanowić, czy poza dokumentami (OVIR i pozwolenie graniczne) i usługami na miejscu finansować jakiekolwiek fikcyjne pozwolenia, gdyż mimo milej obsługi firmy te idą po najmniejszej linii oporu,  np. nie organizując ujęcia wody (co oczywiście jest to możliwe). Z uwagi na złe warunki higieniczne, powikłania jelitowe są gwarantowane.

 

Przełęcz.

 

Pierwszy etap, który pokonać trzeba , to wejście na Przełęcz Podróżników.  Po drodze każde oczy wrażliwe na rozmaitość kolorów skał, każdy umysł wrażliwy na bogactwo natury „żywej i martwej” popadnie w zachwyt, niekoniecznie przeplatany z emocjami spowodowanym uczuciem duszności. „Potykając się” o świstaki wyszliśmy z „ługowej” (3810m. n.p.m.) na Przełęcz Przewodników (4140m.). Zajmuje to niewiele czasu, bo z plecakiem , nie spiesząc się można tam wejść w 2 godziny. Zejście do Brodu zajmuje kolejne pół godziny. Jest to dobre moim zdaniem miejsce na szybką aklimatyzacje przed dojściem do Obozu 1 (4455m.). Jako, że jest dobrze zasłonięte przed niekorzystnymi warunkami  atmosferycznymi,  można tu zanocować, a w razie złego samopoczucia spuścić się w godzinę na Ługową. Na przełęczy jest tak pięknie, że pozwolę sobie zaapelować: Zostawcie to miejsce czystsze niźli je zastaliście! Naliczyłem tam kolonie świstaków liczącą ok. 35 osobników na plateu liczącym sobie 100 na 100m. Są bardzo ufne, przyzwyczajone do dziesiątek ludzi, co roku tędy drepczących. Można z niewielkiego dystansu oglądać ich rodzinne i grupowe życie. Jakby spadł śnieg odcinek Cebulowa - Bród to pewne, bardzo duże zagrożenie lawinowe lawinami gruntowymi. Podczas dojścia na przełęcz można ominąć zagrożoną ścieżkę idąc środkiem doliny. Zejście do Brodu jest według mnie jednym z najniebezpieczniejszych odcinków wspinaczki na Lenina i nie ma drogi obejścia. Trawersujemy kilka żlebów w tym jeden wyjątkowo aktywny, który raczy nas widokiem co zsuwających się co kilka sekund kamyków i  spadających co kilka minut kamieni. Konie objuczone „gruzem” (czyli bagażem) wygodniejszych alpinistów , jak i ich właściciele zdają się nie przejmować ekspozycją. Bród to rzeka wypływająca z lodowca na wys. 3990m.Czasami bywa nie do przejścia. Stan wody zmienia się zarówno w rytmie dobowym jak i zależnie od temperatury tygodnia. Bywa tak, że jej nurt przewraca konie, które wożą Polaków za dolarka (innych za 5) na drugą stronę. Bywa też, że nie płynie. Na pewno najbezpieczniej jest przekraczać rzekę do 11 rano.

 

Lodowiec.

 

Wkraczając na lodowiec przechodzimy jakby do innego świata. Czeka nas krótka , bo półgodzinna wycieczka dolną aktywną częścią „jęzora”. Jako, że lód jest tu wymieszany ze zmielonymi skałami niesionymi u podstawy ,jego barwa jest czarna w porywach do szarej. Co chwilę słychać huk spadających kamieni i obrywającego się lodu. Otacza nas świat zalanych nieprzejrzystą wodą szczelin i osuwających się spod nóg żwirów. Ta część drogi pod górę najczęściej zmienia swoją konfigurację. Może wymagać założenia poręczówki. Po wyjściu na „wierzch” pod warunkiem, że się dobrze już na lodowcu orientujemy czekać może nas ok. 10 szczelin. Jest to więc łatwy (pod warunkiem, że suchy) lodowiec. W prostej linii do 1szego obozu jest 6km. Od tej chwili nie zobaczymy niczego poza śniegiem i lodem, aż do czasu powrotu. Przez pierwszy tydzień każdy z nas zafascynowany był księżycowym klimatem, z ciekawością i strachem zaglądał do szczelin. Po pewnym czasie jednak złapałem się na poszukiwaniu choćby porostów na kamieniach. Nic z tego, dolina ta po przejściu przełęczy podróżników odsłania swoje drugie oblicze. Niezwykle suche powietrze, higrometr wskazałby 10%, olbrzymie dobowe wahania temperatury dochodzące do 60 i więcej stopni i małe zimowe opady skutecznie usuwają wszelkie życie z wyższych partii Pamiru. Myślę, że w ramach części niepraktycznej wspomnę o kremach ochronnych 60UV, które ledwie starczają, a przede wszystkim groźbie udaru , którego po części doświadczyłem. Na lodowcu w pełnym słońcu temperatura wzrasta do 50 i więcej stopni. Warto wiec odizolować się od palącego słońca , jak się da. Dobre okulary, krem i jakaś duża chusta na głowę i twarz,  oraz zapas wody są wskazane. Pierwszy raz podczas podejścia człowiek raczej błądzi, więc od czoła lodowca do obozu pierwszego przygotować się trzeba na 5-6 godzinny marsz. Rady dotyczące słońca i temperatury dotyczą w jeszcze większym stopniu dojścia do 2 obozu. Rozwiązaniem jest tam wyjście o 3 rano i dojście przed południem. Pod koniec drogi do 1 obozu schodzimy na orograficznie lewo ( twarzą do Lenina prawo) by przemknąć się na drugą stronę moreny środkowej.

 

Zła wróżba.

 

Tutaj spotkała nas niespodzianka z której zdaliśmy sobie sprawę potknąwszy się o czaszkę ludzką. W obozie pani kucharka na informacje o znalezisku powiedziała: „Znów się odkopał.. Wiemy, wiemy...” Jak na pierwszy dzień na lodowcu trochę nas to przygnębiło. No i niestety nie wróżyło to dobrze...

W drodze do obozu 1 uwagę przykuwają tony śmieci. Rzekłbym nawet, że setki ton śmieci. To drugi powód by nie płacić tam za usługi trekkingowe. Firmy bowiem jako powód 100 eurowych opłat jako pierwsze podają powody tzw. ekologiczne, a jako podstawową usługę wymieniają korzystanie z „dziur na śmieci”. De facto zamiast zanieść pozostałości po sobie płacimy za to, że śmieci nawet nie trafiają do szczeliny. Są składowane na wielokilometrowym wysypisku na powierzchni lodowca, które za każdym razem trzeba pokonać.

Poza tym firmy nie proponują żadnego ubezpieczenia.

 

 

 

Obóz pod ścianą.

 

Obóz 1 leży 30min od ściany Kuh-i-Garamo na wysokości 4455m. n.p.m. Jak większość wysokości w tym rejonie na mapach figuruje zły pomiar. Podaję wysokości wg zgodnych naszych GPSów. Pierwsze wrażenie było wręcz przytłaczające. Lód i śnieg bowiem sięgał, nie tylko chmur, ale i dalej, nieba. Transport jedzenia i sprzętu (mniej więcej po dwa pełne plecaki na osobę) zajął nam bardzo długo. Przeszkodziło nam niespotykany w tym rejonie obfity 2 dobowy opad śniegu i duży wiatr. Spadło ponad metr puchu, przykryły się prawie wszystkie szczeliny, a naszą wyprawę pogoda rozdzieliła na dwie grupy. Trzy osoby wciąż czekały dzielnie na Przełęczy Podróżników z bagażem. Dobrze, że nie zawodziła  łączność radiowa, bowiem jakby na to nie patrzeć sytuacja była nerwowa. Trójka ta bowiem czekała i tak już długo, mieli bowiem wyjść jako ostatni. Padało intensywnie dwie noce, gdy rankiem, jak ręką odjął, wyszło słońce. Czekaliśmy kilka godzin, jednak nikt nie kwapił się do „przedeptania” drogi na lodowcu. „Ratując” sytuację  postanowiłem, że ruszamy w dół, aby zakończyć transport i zacząć się wspinać. Była to droga przez mękę. Nasza jedyną sondą były kijki trekkingowe i własne nogi od czasu do czasu dyndające prawie każdemu w szczelinie gdzieś tam pod śniegiem. Opad był na tyle obfity , że nie można było zaobserwować charakterystycznych wgłębień na śniegu,  czasem nawet na dużymi szczelinami. Na pewno dla wszystkich z nas była to dobra szkoła reagowania i asekuracji na lodowcu. Posuwaliśmy się bardzo powoli. Tak jak zejście do brodu zajmuje po suchym lodowcu bez wiązania się ok. 2 godzin to tym razem dotarliśmy po 7 godzinach,  skrajnie odwodnieni, słońce bowiem swoim pamirskim zwyczajem podgrzewało nas do 50 kilku stopni. Po dojściu do przełęczy nie było wątpliwości, że powrót w ten sam dzień jest fikcją.

 27.jpg (30.07 Kb)

Droga do „dwójki”.

 

Do obozu 2 dotarcie zajmuje w dobrych warunkach zajmuje 5-6 godzin. Wyjście o 2 w nocy gwarantuje komfortową i bezpieczną drogę. Omija nas upał i brnięcie w roztopionym i mokrym głębokim śniegu. Dobrze po nocy zmrożona pokrywa pozwala w rakach wręcz tańczyć. Nawet wątłe mosty nad szczelinami stają się dużo bezpieczniejsze. Położenie O2 zmieniło się znacznie w stosunku do oznaczeń na mapach. Podchodzimy na wysokość 5440m. n.p.m. Jakby nie patrzeć z technicznego punktu widzenia jest to najtrudniejsza część wspinaczki. Moja dobra rada, nie należy ignorować licznych i często bardzo szerokich szczelin tu występujących. Leży tu wieczny śnieg jednak po kilkunastu upalnych dniach podczas naszego pobytu stopił się na tyle by odsłonić chylące się ku upadkowi mosty nad często 5 i więcej metrowymi czeluściami. Poza tym ścieżka w kilku miejscach jak się okazało poprowadzona była wzdłuż dużych pęknięć dokładnie nad nimi. Niewątpliwą atrakcją jest najstromsza część stoku o nachyleniu około 50 stopni i wysokości powiedzmy 20 piętrowego wieżowca zwieńczona olbrzymią szczeliną. Nad i pod tym miejscem, aż roi się od szczelin biegnących we wszystkich kierunkach. Później może już być tylko lepiej. Dochodzimy do ok. 5100m. by wejść w część o obiecującej nazwie „trawers”. Ten jednak wznosi się jeszcze dość długo na ok. 5500 by opaść na 5400 i w końcu dotrzeć do obozu 2.

 

Szczeliny.

 

Szczeliny – budzące grozę stworzenia są równie piękne, co niebezpieczne. Patrząc w głąb nie można się oprzeć wrażeniu, że coś w nich żyje, że stanowią bramę do świata elfów lub troli. Jest kraina bardzo niepoznana. Nawet najlepsi grotołazi wzdragają się przed zapuszczeniem w ich głębiny. Myślę, że groza, którą budzą jest spowodowana ludzką ciekawością „ Co tam jest? Gdyby zrobić jeszcze jeden krok...” Często nikną w nich potężne potoki z hukiem przepadając pod powierzchnia. W wyższych partiach wśród lodospadów daje się zaobserwować wiatr,  z dużą siła wywiewający spod ziemi śnieg zassany w innych partiach. Czasem jest odwrotnie i pochylając się nad szczeliną czujemy jakby nas chciała wciągnąć do swej głębi. Cudne są sople rosnące w różnych kierunkach często wielodziesięciometrowej długości nigdy nie sięgające ich odpowiedników rosnących gdzieś na dole. Cudna jest też gra światła między białym, błękitem, głębokim niebieskim, a czernią którą się kończą gdzieś tam głęboko...

 

Obóz 2.

 

Obóz 2 schowany za skałą leży na pokrytym niewielką ilością zwietrzałych kamieni stoku. Mało tu miejsca i w szczycie sezonu ludzie zmuszeni są do rozbijania namiotów w miejscach narażonych na lawiny. Zależnie od warunków decyzje musicie podjąć sami. Nam się udało. Wody tutaj zwykle już nie ma. Jeśli jest , to skażona. Panują tu tragiczne warunki higieniczne. Duża ilość ludzi zakażonych już w pierwszym obozie czyni to miejsce jedną wielką toaletą. Na tej wysokości woda wrze w zbyt małej temperaturze by wytępić mikroby. Niezbędne stają się tabletki do odkażania wody. Jedna taka,  to oszczędność przynajmniej kartusza gazu. Poza tym jest to miejsce od czasu do czasu narażone na silny wiatr szczególnie podczas popołudniowych i wieczornych burz. Zarówno kołnierze śnieżne jak i murek z kamieni mogą okazać się pożyteczne. Jak prawi nauka, największe problemy z aklimatyzacją się jeszcze nie zaczęły.

 

Aklimatyzacja i choroba.

 

Najbardziej nasilone objawy występują w przedziale 5-7 tysięcy metrów. Tempo gwarantujące bezpieczną i dobra aklimatyzację zakłada 1000 metrów podejścia na 5 dni i najlepiej dodać 2 dniowy odpoczynek. Dziś duża część wspinaczy gnana jest urlopem by „wyrobić się”. Nie jest to bezpieczne. Niewiedza w tym względzie może okazać się śmiertelna. Ze smutkiem pozwalam sobie przypuszczać, że to stało się przyczyna śmierci 25 letniego chłopaka, który mijał nas na lodowcu, by 6 dni później i 2500m. wyżej samotnie umrzeć. Jego ciało znalazła dwójka z naszej ekipy na wysokości 6900m.

Aklimatyzacja jest to zjawisko dostosowywania się organizmy do małego ciśnienia parcjalnego tlenu. Istotą zagrożenia nie jest duszność wysiłkowa. „Pies pogrzebany” jest w zwolnieniu oddechu podczas snu w konsekwencji którego spada wysycenie tlenem i dalej rozwijają się objawy choroby wysokościowej. Jest kilka mechanizmów, które dodatkowo mogą zmylić człowieka,  bowiem zapewniają mu dobre samopoczucie przez dość długi czas po osiągnięciu wysokości. Dwa główne, to „wyrzut” bisfosforanów’, które zwiększają powinowactwo hemoglobiny do tlenu i hiperwentylacja. Jak się naprawdę człowiek czuje stwierdzić możemy dopiero na drugi dzień. Współczesna wiedza medyczna mówi, że leki odwadniające,  konkretnie Acetazolamid (Duramid) są jedynymi skutecznymi lekami zapobiegającymi chorobie wysokościowej. To w połączeniu ze stosunkowo małą szkodliwością leku implikują, że powinno się je brać profilaktycznie na dobę przed większym podejściem do góry. Dawkowanie na ulotce. Idealna aklimatyzacja przebiega w następujący sposób. Wychodzimy na pewną wysokość, by zejść do punktu wyjścia w ten sam dzień. Później tam nocujemy i w zależności o samopoczucia schodzimy od razu lub wychodzimy jeszcze wyżej, by tego samego dnia zejść poniżej punktu noclegu. (1000m./tydz. W tym 2 dni odpoczynku) Jeszcze kilka słów o chorobie wysokościowej. Z ciekawością pytałem tam obecnych o objawy. „jak puchnę i nie sikam”, „jak pluje krwią i wymiotuję”, „jak tracę przytomność i się duszę”. Niewątpliwie nikt się nie mylił. Jednak przy występowaniu takich objawów jest już za późno na decyzję o odwrocie, bowiem takie bezpośrednio poprzedzają śmierć i osobiście odradzam na nie czekać. W takich wypadkach pomóc może (powinna być na wyposażeniu biorących duże pieniądze za nic firm trekkingowych) komora hiperbaryczna, tlen,  lub „zwózka” helikopterem. Myślę, że warto zwracać uwagę na bardziej subtelne objawy tej choroby. Są to: suchy kaszel, osłabienie, zaburzenia świadomości, ból głowy, nudności i bezsenność. Jakby miał ktoś problem z zapamiętaniem,  niech sobie wyobrazi potężnego kaca. Jak nie ustępują następnego dnia, a tylko się nasilają jest to znak, że trzeba wracać. Myślę, że zdrowie w dużych górach to temat na drugi, długi artykuł.

 

Już wysoko.

 

Dojście do obozu 3 także różni się od tego, które można znaleźć na wielu panoramkach i schematach. Oberwało się kilka seraków i szlak poprowadzony był z konieczności nową i bezpieczniejszą, ale dłuższą drogą. Z obozu 2 wyszliśmy najbliższym żlebem na przełączkę na ramieniu odchodzącym od Razdzielnajej ku północy, na wysokość 5610m. Później granią przez pośredni wierzchołek na drugą przełączkę 5800m. i w górę stokiem Razdzielnajej na jej szczyt 6130m. Obóz 3 leży stąd rzut ciężkim beretem, bo wieje jak krucafiks, dokładnie 100m. niżej i 20 minut dalej. Jest to, jak na przełęcz na głównej grani, oaza spokoju. Jeśli wiatr nie wariuje i wieje swoje stałe 80km na godzinę z południa, nie jest na przełęczy odczuwalny. Jak jest inaczej, lepiej mocny namiot mocno wkopać i mocno przykręcić śrubami lodowymi do ziemi.

Obóz 4, lub jak kto woli 3 wysunięty, leży na wysokości ok. 6430 m. na dużym plateau. Jest wyżej i bliżej wierzchołka, ale z uwagi na huraganowe wiatry, nie cieszy się dużą popularnością. Dojście do niego nie przedstawia żadnych technicznych trudności. W tym pięknym miejscu było mi dane pomylić rankiem wierzchołki chmur, myśląc, że to otaczające góry. Ciśnienie atmosferyczne jest tu niewiele większe niż 400hPa, a temperatura na tyle niska, że męką jest nawet chwilowe opuszczenie namiotu. Menażkę wody ze śniegu gotuje się ok. 40minut. Warto mieć wysokowydajny palnik i dużo gazu. (1 kartusz na osobę na dzień). Nie da się wkopać namiotu bez łopaty śnieżnej. Huk wiatru nie pozwala nocą spać. Takie myśli mi się plączą w głowie związane z tym miejscem. Nie udało mi się wyjść dużo wyżej (zawróciłem z ok. 6600m) bowiem zamarzały mi nogi. Zimowe skórzane buty nie są wystarczająco ciepłe. Tylko skorupy. Myślę, że od tego  miejsca opis drogi i wrażenia pozostawię osobom, które tam były. Z 0bozu 4-tego na wierzchołek jest jeszcze 7km i 700 m przewyższenia. Polecam wyjście ok. 3 w nocy, bowiem z uwagi na codzienne załamanie pogody zaczynające się jak w zegarku o 14 dosć ograniczony czas na powrót przy dobrej widoczności. Gratuluję dwójce najdzielniejszej w naszej ekipie Leszkowi zdobywcy szczytu i Kubie, który doszedł na niższy wierzchołek. Nie sposób nie zauważyć też niewątpliwego sukcesu Łucji, która pierwszą próbę zdobycia szczytu zakończyła na 6900m. n.p.m.

 

 

Fakty:

 

 Pojechało 13 osób dobrze przeszkolonych zimą w Tatrach w zakresie autoasekurcji i ratownictwa na lodowcu, lub deklarujących doświadczenie w tym względzie.

2 osoby osiągnęły wierzchołek (w tym 1 główny Leszek Żeleźnik) i Jakub Gałka niższy

1 osoba osiągnęła plateu przedszczytowe 6900m. Łucja Szwedo

4 osoby ok. 6400 czyli 4 obóz. Agata i Janusz Walowie, Michał Terlecki i 6600 Bartosz Czapski

4 osoby wyszły na Razdzielnają 6130m. Ania Lesiecka, Karolina Wojewódka, Michał Skowronek, Tomasz Stachura

1 osoba doszła na przełęcz pod Razdzielnają 5610m. Marian Szczygieł

1 osoba z uwagi na poważną chorobę została w 1 obozie Daria Mamica.

 

 

Część zupełnie praktyczna:

 

 

Namiary GPS po kolei:

1.      Achik Tash ( N39°29.116’ ; E72°55.042’) 3605m. n.p.m.

2.      Polana Ługowa ( N39°27.201’ ; E72°54.621’) 3815 m. n.p.m.

3.      Przełęcz Przewodników ( N39°26.234’ ; E72°53.956’) 4143 m. n.p.m.

4.      Bród ( N39°25.769’ ; E72°53.840’) 3994 m. n.p.m.

5.      Lodowiec 1 ( N39°25.801’ ; E72°54.031’) 4038 m. n.p.m.

6.      Lodowiec 2 ( N39°25.655’ ; E72°54.021’) 4060 m. n.p.m.

7.      Lodowiec 3 ( N39°25.426’ ; E72°53.826’) 4116 m. n.p.m.

8.      Lodowiec 4 ( N39°25.317’ ; E72°53.631’) 4130 m. n.p.m.

9.      Lodowiec 5 ( N39°25.276’ ; E72°53.430’) 4139 m. n.p.m.

10.  Lodowiec 6 ( N39°24.558’ ; E72°52.600’) 4318 m. n.p.m.

11.  Lodowiec 7 ( N39°24.333’ ; E72°52.393’) 4381 m. n.p.m.

12.  Lodowiec 8 ( N39°24.130’ ; E72°52.025’) 4441 m. n.p.m.

13.  Camp 1 ( N39°23.874’ ; E72°51.860’) 4455 m. n.p.m.

14.  Podejście ( N39°22.841’ ; E72°51.893’) 4797 m. n.p.m.

15.  Trawers początek ( N39°22.465’ ; E72°51.866’) 5125 m. n.p.m.

16.  Camp 2 ( N39°22.228’ ; E72°50.867’) 5444 m. n.p.m.

17.  Przełęcz 1 nad c2 ( N39°22.337’ ; E72°50.657’) 5614 m. n.p.m.

18.  Przełęcz 2 nad c2 ( N39°22.164’ ; E72°50.230’) 5798 m. n.p.m.

19.  Razdzielnaja ( N39°21.805’ ; E72°50.001’) 6130 m. n.p.m.

20.  Camp 3 ( N39°21.595’ ; E72°50.250’) 6030 m. n.p.m.

21.  Punkt pośredni na stoku ( N39°21.402’ ; E72°50.465’) 6235 m. n.p.m.

22.  Camp 4 ( N39°21.227’ ; E72°50.640’) 6434 m. n.p.m.

23.  Punkt pośredni ( N39°21.135’ ; E72°51.144’) 6532 m. n.p.m.

Tyle z moich pomiarów. Pamiętajcie o jednym, że lodowiec zmiennym jest, a kluczyć miedzy szczelinami musicie sami. Po drugie są dwa systemy zapisu. Stopień minuta sekunda lub stopień i minuta z ułamkiem dziesiętnym. Upewnijcie się, że używacie tego samego.

 

 

Dokumenty.

 

Niezbędny jest OVIR, pozostałość po polityce KGB. Można go zrobić samemu bez niczyjej pomocy. Warto zaopatrzyć się wcześniej w podanie po rosyjsku, z podanym celem naszej podróży i nawet fikcyjnym miejscem pobytu najlepiej namiot lub jurta. Można go zrobić w każdym mieście. W Bishkeku  udało się od ręki i za 100 som (2.5 USD). Ul. Kievskaja 58 ( koło skrzyżowania z ul. Baitik Batyr na drugim piętrze od 9 rano.

Drugi konieczny dokument to pozwolenie na przebywanie w strefie przygranicznej. Dotyczy ok. 50 km od granicy z Chinami. Trzeba załatwić to za pośrednictwem firm z najlepiej miesięcznym wyprzedzeniem. Nas nikt nie sprawdzał, ale słyszałem, że na wpół zdziczałe oddziały wojsk stacjonujące w tamtym rejonie, traktują kontrole jako jedyną rozrywkę.

To tyle. W dolinie hulaj dusza piekła nie ma. Jest to ziemia niczyja więc nikt nie ma prawa egzekwować opłat. Poza tym oczywiście nie ma tam kontroli. Jak jednak przyjedziemy tam bez współpracy z firmami możemy być tak mili i im zapłacić za rozbicie się w ich obozach. Zwykle za darmo w porywach do dolara za dobę.

 

Podróż.

 

Wizy rosyjskiej jak i białoruskiej mając bilety wjazdu i wyjazdu nie potrzeba!

Wiza kazachska jest stryktywnie wymagana.

Z Polski można dojechać do Bishkeku pociągiem za ok. 400PLN na osobę w jedna stronę.

Samolot w obie strony to około 2500PLN.

Można tez do Moskwy pociągiem i dalej samolotem. Bywa taniej.

 

Dokładne ceny naszych biletów (w nawiasie, gdzie kupiono) :

Lwów – Kijów 27 hrywien; Kijów - Orenburg 195 hr.; Orenburg - Biszkek 245hr (Lwów); Biszkek – Moskwa  3500 som (Osz) ; Moskwa – Lwów 1390 som (Bishkek)

Pociąg Kijów – Orenburg wjeżdża na teren Kazachstanu!!! Konsekwencje tego są oczywiste.

 

·        Aby dojechać bezpośrednio na Lenina trzeba przygotować równowartość 50 USD na osobę. Po dobrych targach cena może spaść do 40. Mniej nie należy się spodziewać. Myślę, że można od razu poszukać UAZa lub innego terenowego samochodu i jechać bezpośrednio. I kierowca więcej zarobi  i my oszczędzimy czas. Dowozić powinien nas do samej Cebulowej Polany. Droga pod koniec prowadzi przez rzeki, więc z pewnością nie poradzi sobie samochód z niskim zawieszeniem i napędem na dwa koła.

·        Wariant drugi,  to droga do Osz i z Osz UAZem. Taxi do Osz kosztuje 18-20 USD na osobę. Wokół bazaru jest mnóstwo taksówek i taksówkarzy wśród których można wynająć UAZa. Dojazd pod Lenina z Osz kosztuje 25 dol. od osoby. Płaci się za cały samochód 100USD. Można zmieścić się w 6 osób przy odrobinie cierpliwości.

·        Wariant trzeci to lokalna komunikacja. Między stolicą Kirgizji, a Osz komunikacja lokalna kursuje tylko na małych odcinkach i radzę ja traktować jako przygodę podróżniczą z namiotem, a nie sposób na dotarcie w góry. Z Osz do Sary Tash kursują autobusy i są dużo tańsze. W Sary-Tash i Sary-Mogol jest mnóstwo terenowych samochodów i koni. Można tam wynająć po pięć w jednym gospodarstwie. Są tam też małe sklepy z warzywami, chlebem, wódką, papierosami itd. Można tu też bez problemu kupić benzynę.

·        Samolot z Bishkeku do Osh kosztuje 100USD.

 

Ceny w bazie.

 

Jak wiadomo są ok. 10-krotnie wyższe niż podobne artykuły kupione w sklepie. Opłaca się tam tylko kupić gaz, który z Polski przywozimy w cenie większej, niż na lodowcu.

 

Ceny na Ługowej i najbliższych okolicach (warto pochodzić i popytać bo i tu bywają 5 krotne różnice w cenie)

 

Pełny kartusz z gazem 5USD

Nabicie butli 2 USD

Posiłek 3 USD

Piwo 4 USD

Wódka 5 USD

Lepioszka 30 som

Prysznic 3 USD

Rozbicie namiotu darmo.

 

Ceny w Camp 1

 

Tel sat 3 USD za wybranie numeru ( bez względu na to czy zajęte czy ktoś nie odbiera)

Posiłek 5 USD

Nocleg w ich namiocie 1

Piwo 5 USD

Wódka 10

Gaz 5 USD

Nabicie 4 USD

Prysznic 5 USD

Rozbicie namiotu 1 USD za dzień (lub ponad 100 euro za trekking w biurze)

 

Kursy walut (2005 lato)

 

Najlepsze kursy są w Bishkeku. Euro nie opłaca się przywozić, gdyż jest niewiele więcej warte niż dolar.

W każdym kantorze poza może bankami oszukują, więc nie miejcie skrupułów policzyć dokładnie to co wydają. W małych miastach kantory są bardzo niebezpieczne. Najwięcej jest ich niedaleko skrzyżowania ulic Bajtik Batyr i  Moskawskajej w Biszkeku.

1 USD 41som

1 euro 47som

1 funt brytyjski 71 som

1 rubel  1,43 som

 

Towary spożywcze są w cenie 50-70 %  polskiej ceny. W Biszkeku i w Osz można dostać wszystko. Dokładne informacje w drugim artykule pt. Kirgistan.

 

 


Zdjęcia: Bartek Czapski, Ania Lesiecka
 

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA