Strona główna / nr 1 (7) - ZIMA 2006 / PRZEZ WYSOKIE PRZEŁĘCZE KRAINY SZERPÓW
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
PRZEZ WYSOKIE PRZEŁĘCZE KRAINY SZERPÓW


Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria 2

Krzysztof Wielicki Kangchengjunga zdjęcia galeria

Nepal, Himalaje zdjęcia, galeria

Wyspa Skarbów, Wyspa Robinsona zdjęcia galeria

Góry Pamir wschód słońca
PRZEZ  WYSOKIE  PRZEŁĘCZE  KRAINY  SZERPÓW

 Joanna Adamczyk i Andrzej Huczko

 

                Jeśli marzysz o bardziej ambitnej samodzielnej wędrówce po wysokich górach a do tego jeszcze masz trochę czasu (min. 3-4 tygodnie) oraz kasy (można się zmieścić w 1000 USD) – proponujemy Ci krainę Szerpów, Solo Khumbu. Jest to chyba najbardziej popularny rejon trekkingowy w nepalskich Himalajach. W odróżnieniu jednak od klasycznej trasy, będącej udziałem olbrzymiej większości udających się w rejon Mt. Everestu trekkersów (przelot do Lukli, wędrówka do Gorak Shep - już niemal u podnóża Everestu - oraz wejście na 32.jpg (44.54 Kb)najpopularniejszy punkt widokowy w tej okolicy, Kala Pattar 5550 m) – podczas naszego 3-tygodniowego pobytu w Solo Khumbu “pomyszkowaliśmy” po bocznych dolinach, przechodząc m.in. dwie wysokie przełęcze je oddzielające. W związku z tym – również w odróżnieniu od “typowych” trekkersów, wędrujących najczęściej trasami typu “autostradowego” z małym plecaczkiem zawierającym śpiwór oraz grubszym portfelem dla pokrycia wszelkich kosztów pobytu (zresztą dla przeciętnych “westmenów” bardzo niskich...) – mieliśmy ze sobą sprzęt biwakowy oraz “szturmowe” jedzenie z kraju. W licznych bowiem hotelikach (zwanych w Nepalu “lodge’ami”) choć smacznego jedzenia nie brak, to z jego kalorycznością jest znacznie gorzej: oparte jest ono bowiem głównie na ryżu, makaronie i jarzynach; o sery już trudniej, a o mięsie można na ogół tylko pomarzyć... Gaz do kuchenek można bez problemu kupić po drodze w stolicy Szerpów – Namche Bazar (można też tam zaopatrzyć się w większość podstawowego oraz specjalistycznego sprzętu górskiego – najczęściej jednak to są podróbki znanych firm, albo rzeczy używane).

                Termin pobytu w górach wybraliśmy bardzo starannie: pierwsze pięć dni stanowiło aklimatyzacyjne “wejście” w góry – koniec września, kiedy monsun już powoli zanika, choć góry wciąż chowają się za chmurami. Potem nastał okres pięknej pogody – właśnie wtedy byliśmy pod Everestem. Zaś po 10 października zdarzały się1-2-dniowe załamania pogody, ale to bywa wszędzie w górach.

                W czasie całego naszego pobytu zaskoczeni byliśmy stosunkowo małym ruchem turystycznym – tegoroczna frekwencja w Solo Khumbu sięgała połowy liczby turystów górskich odwiedzających ten rejon kilka lata temu. I podobnie jest w innych regionach górskich Nepalu. To efekty niestabilności politycznej oraz działalności partyzantki maoistowskiej w tym kraju, które szczególnie skutecznie odstraszają turystów z Zachodu. A turystyka to dla Nepalu podstawowe źródło dochodu narodowego...

                Podczas  całego pobytu w górach wynajmowaliśmy podczas “transportowych” dni dorywczo miejscowych tragarzy; ich koszt (poniżej 5 USD dziennie) w niewielkim stopniu wpłynął na budżet naszego wyjazdu, zaś dał też świadomość pewnej pomocy finansowej miejscowym ludziom (których zarobki w dużej mierze związane są z ruchem turystycznym), a przede wszystkim – pozwolił na pełną kontemplację piękna himalajskiej przyrody, co jest nieco utrudnione przy noszeniu ciężkiego wora... Szczególnie biorąc pod uwagę, że wędrówka po Himalajach to na ogół nieustanna “huśtawka” wysokości: 100m w górę, 50 m w dół, itd. A do wioski widocznej “jak na dłoni” po drugiej stronie doliny często idzie się ... cały dzień, bo przedtem trzeba – drobnostka – “spaść” w dół do jaru jakieś 500 m różnicy poziomów...

            Po przylocie małym samolocikiem z Kathmandu do Lukli (emocje z tym związane, widoki, a przede wszystkim – lądowanie na zawieszonym nad przepaścią 150-metrowym pasie startowym wysokogórskiego lotniska w Lukli, 2840 m, zasługują na odrębną relację...) ruszamy wraz z dwoma “portersami” na północ doliną rzeki Dudhi Kosh: pierwszy dzień do Monjo (2840 m) to typowa himalajska “pralka” – na mapie 15 km w linii prostej, a idziemy cały dzień! Za Monjo wkraczamy do “Sagarmatha National Park” (opłata za wejście 13 USD) i czeka nas długawe, choć we wspaniałej dżungli himalajskiej 600-metrowe podejście do stolicy szerpańskiej krainy, słynnego Namche Bazar. A tam dziesiątki hotelików, restauracji, nawet kawiarenki i cukiernie oraz oczywiście ... internet oraz możliwość skorzystania z telefonu satelitarnego. Kolejny dzień – aklimatyzacyjny – to wędrówka “na lekko” po okolicznych wioskach: Khumjung (3780 m) oraz Kunde (3840 m). W tej pierwszej znajduje się duża szkoła, zaś w drugiej – szpital, założone przez nepalską fundację zdobywcy Everestu, Sir Hillary’ego. Zresztą w samym Namche założył on również niedawno warte odwiedzenia muzeum, poświęcone przede wszystkim Szerpom i ich udziale (i ofiarach) w podboju Himalajów...

                Kolejny dzień to wędrówka z Namche do Pangboche (3930 m), po drodze znów kilkusetmetrowe zejście do jaru rzeki i podejście do słynnego klasztoru buddyjskiego w Tengboche, 3860 m (tam również muzeum). Za Pangboche kończy się himalajska dżungla, a i ścieżka zaczyna biec w sposób nieco bardziej wyrównany, bez męczącej “pralki”. Szybko więc dochodzimy do leżącej w bocznej dolinie rzeki Imja Khola wioski Dingboche (4410 m); “spragnieni wysokości” jeszcze tego samego dnia “wyrywamy” pobliskim grzbietem do góry: płeć piękna jest górą i “pada” pierwsza w czasie naszego wyjazdu “piątka”! Wyżej jednak mgła i lekki śnieg, a widoczność – zerowa...

                W ramach przygotowań do dalszej wędrówki zostawiamy w Dingboche depozyt sprzętowo-żarciowy i wędrujemy z jednym tragarzem do Lobuche (4910 m), by przerzucić do doliny lodowca Khumbu  jedzenie na następne 10 dni pobytu. A przy okazji mamy kolejny dzień aklimatyzacyjny. Samo Lobuche jest mało ekscytujące: zatrzymujemy się więc w położonym w pięknej bocznej dolince (pół godziny marszu powyżej osady) hoteliku “8000 Inn”. Jest tu co prawda znacznie drożej, ale i okolica i wyższy komfort uzasadnia wyższe ceny. Z hotelikiem sąsiaduje “Piramida”: super-nowoczesny włoski ośrodek badań naukowych, zajmujący się różnymi aspektami wysokogórskich badań przyrodniczych, przykładowo glacjologią oraz ewentualnością potencjalnych zagrożeń związanych z istnieniem wytopisk (jezior lodowcowych) – w przypadku np. trzęsienia ziemi – mogących zatopić położone niżej wioski. Po przyjściu robimy jeszcze “spacerek” do góry: powyżej na 5050 m jest piękne jezioro wysokogórskie, niestety tonące we mgle...

                Kolejny dzień to powrót do Dingboche i wraz ze sprzętem biwakowym ruszamy w górę Imja Khola. Nocujemy w ostatniej wiosce Chukhung (4730 m), a nastepnego dnia ruszamy na dwudniowy biwak pod znany szczyt trekkingowy (bynajmniej nie najłatwiejszy – do wejścia konieczny sprzęt wspinaczkowy oraz doświadczenie lodowcowe) Island Peak (6189 m). Przy okazji dowiadujemy się, że w okolicy przebywa i solowo wspina się na niezdobyty południowy filar pobliskiej Nuptse słynny rosyjski himalaista, Babanow (notabene dziś już z wiadomo, że planów nie udało mu się zrealizować...). Oficer łącznikowy,  przebywający w Chhukung, proponuje nam nawet “spacer” do obozu bazowego Rosjanina, ale brak nam czasu, a to wycieczka na cały dzień.

Sceneria górnego piętra doliny Imja Khola jest niesamowita (wreszcie robi się pogoda!): od północy wielokilometrowy lodowy mur Nuptse-Lhotse wraz z największym urwiskiem Himalajów – słynną południową ścianą Lhotse, 8501 m (w Chkukung pamiątkowa tablica poświęcona 3 Polakom, m.in. Jerzemu Kukuczce, którzy zginęli na tej ścianie...), zaś od południa zerwy słynnej z piękności Ama Dablam (6858 m) i lodowce północnych ścian innych sześciotysięczników. Biwakujemy w Island Peak Base Camp (ok. 5100 m), tu też przeżywamy chwile grozy wieczorem – eksplozja gazu w przedsionku namiotu w wyniku nieszczelności wężyka MSR-a, na szczeście “opanowana”... Planowaliśmy dotarcie w rejon przełęczy 5700 m oddzielającej Island Peak od przepaścistych zerw Lhotse Shar; okazało się jednak po dojściu boczna moreną na 5200 m, że dalszego przejścia nad lodowcem nie ma, a na kilkukilometrową, mozolną wędrówkę lodowcem nie bardzo już mieliśmy czas...

Powracamy do Chukhung i tego samego dnia po południu robimy szybki wypad na znany punkt widokowy – Chukhung Ri. Wyraźna ścieżka prowadzi odkrytym terenem zakosami do góry na przełączkę pomiędzy południową (5404 m) i północną (5550 m) kulminacją tego szczytu (płeć piękna znowu górą przy podziale “zdobyczy”...); główny wierzchołek Chukhung (5883 m) leży już w południowej grani Nuptse.  Znów wspaniałe widoki, m.in. na tak bliską już południową ścianę Lhotse.

                Następny etap to przejście rzadko odwiedzanej wysokiej przełęczy Kongma La (5535 m), oddzielającej doliny Imja Khola i Khumbu. Imja Khola opuszczamy powyżej wioski Bibre (4570 m) i po długich, “bieszczadzkich” trawersach docieramy do właściwej doliny prowadzącej w stronę przełęczy. Według przewodnika “przez przełęcz Szerpowie przeprowadzali stada jaków” Może to i prawda, ale pochodząca z bardzo dawnych czasów – my miejscami mieliśmy kłopot z odnalezieniem ścieżki... Długie i uciążliwie podejście wynagrodziła nam wspaniała, dzika sceneria tego pustego zakątka Himalajów. Pod wieczór dotarliśmy do bajkowego kotła z licznymi jeziorkami pod widoczną już przełęczą: wysokość ok. 5300 m i wspaniały biwak... Rano po godzinie wspinaczki niewyraźną percią dotarliśmy na przełęcz: przede wszystkim ulga, że po drugiej stronie nie ma jakichś “niespodzianek”. No, i rewelacyjne widoki na wszystkie strony, bo “lampa” w pełni – przede wszystkim na Makalu, po K-2 i Dhaulagiri chyba najpiękniejszy z “ośmiotysięczników”! Siedzimy do południa, czekając aż śnieg zmięknie i ruszamy w dół – ze śladów widać, że przed nami po okresie monsunowym na przełęczy były zaledwie dwie osoby... Coraz wyraźniejszą ścieżką osiągamy już nieaktywny w tym miejscu lodowiec Khumbu i dzięki niej łatwo przechodzimy na jego zachodnią stronę do Lobuche.

                Kolejny depozyt “żarciowy” zostawiony w “8000 Inn” i ruszamy następnego dnia w rejon Mt. Everestu. Po paru godzinach marszu, pod koniec dość uciążliwego przez morenę bocznego lodowca, docieramy do słynnej wysokogórskiej osady Gorak Shep (5140 m), “kultowego” niemal miejsca wszystkich trekkersów i punktu wyjściowego na Kala Pattar. Nie on jednak jest naszym celem, bo wiemy, że w tym rejonie jest jeszcze lepszy i wyższy (notabene jest to podobno najwyższe miejsce w Solo Khumbu, które osiągnąć można turystycznie) punkt widokowy: Pumori Attack Camp (5800 m). Mijamy więc Gorak Shep i po kilkuset metrach opuszczamy ścieżkę prowadzącą dalej do Everest Base Camp, kierując się w lewo w górę ku wysokogórskim jeziorom, leżącym na wysokości 5297 m pod lodowcami spadającymi z południowych zboczy słynnej z piękności Pumori (7165 m). Znów przepiękny biwak na “plaży” tuż nad dolnym jeziorkiem ze wspaniałymi widokami na zachód słońca na Evereście. Następnego dnia się rozdzielamy: płeć piękna ma zawodowe “ciągoty” (w “cywilu” geograf) i rusza w stronę Everest Base Camp, głównie by z bliska obejrzeć lodowiec Khumbu, a “towarzysz” ciągnie dość wyraźną ścieżką w kierunku południowo-wschodniego żebra Pumori; wysokościomierz pokaże 5750 m w miejscu, gdzie zaczynają się strome, zaśnieżone płyty, zaś ułożona z płaskich kamieni platforma pod namiot wskazuje, że tu jest Attack Camp. Rewelacyjna pogoda i wspaniałe widoki: “pod nogami” Everest Base Camp i początek Ice Fallu, dalej Western CWM, Lhotse, cała północna i południowa grań Everestu, a bliżej – złowroga przełęcz Lho La i zbocza Khumbutse, gdzie przed laty w lawinie zginęli najlepsi polscy himalaiści... Jak na dłoni widać tak znane z książek słynne formacje: żebro Genewczyków, kuluar Lhotse, wierzchołek południowy Everestu, kuluar Nortona, a może i nawet – przy odrobinie wyobraźni – Hillary Step na południowej grani Everestu oraz Step I i II na grani północnej... 

                Spotykamy się po paru godzinach w Gorak Shep i w zapadającym zmierzchu powracamy do Lobuche: w planie na następne dni mamy przejście górami do słynnej z widoków doliny Gokyo. Niestety, rano pojawiają się kłopoty z tragarzem – Lobuche to dość “drogie” miejsce... Dźwigamy więc cały bagaż przez pół dnia do leżącej w bocznej dolinie wioski Dzonglha (4830 m). Stąd ruszymy w kierunku przełęczy Cho La (5330 m), oddzielającej Gokyo od Khumbu. Szczęśliwie trafia nam się tragarz schodzącej z góry “wyprawy” amerykańskich trekkersów, który zgadza się podejść z nami w rejon przełęczy. Znów wielogodzinny marsz do góry, pod koniec po stromych głazach w padającym śniegu, bo psuje się pogoda. Docieramy do lodowca na wysokości około 5200 m – niżej brak miejsc biwakowych; nasz pomocnik zbiega w dół, a my szybko rozbijamy, nad małym jeziorkiem, namiot. Śnieg pada kilka godzin, na szczęście noc jest pogodna i rano budzi nas słońce, a pokryte świeżym śniegiem otaczające nas góry wyglądają bajkowo! Zwijamy namiot i po pół godzinie marszu łatwą ścieżką po lodowcu (w międzyczasie przetarli ją portersi kolejnej wyprawy trekkingowej) docieramy na Cho La. A tam tłok i atmosfera happeningu wśród chyba kilkudziesięciu “zdobywców” przełęczy – figle na śniegu, zjeżdżanie na spodniach z pobliskich “ścianek”. Po jakimś czasie jednak przełęcz pustoszeje; zakładamy raki i podchodzimy kawałek w kierunku południowego “sześciotysięcznika”. Wracamy na przełęcz i ruszamy w dół (przez kilkaset metrów w rakach) w kierunku największego himalajskiego lodowca Ngozumpa, ciągnącego się na południe od czwartego w tej okolicy “ośmiotysięcznika” – Cho Oyu. Ale zanim do niego dotrzemy czeka nas jeszcze podejście na kolejne 5-tysięczne wzgórze, oddzielające naszą dolinkę od Ngozumpy. Po drodze spotykamy kilkunastoosobową grupę trekkersów znad Wisły – idą w przeciwnym kierunku, do Khumbu. Już w zapadającym zmroku trawersujemy wyraźną na szczęście ścieżką lodowiec, znacznie ciekawszy, jeśli chodzi o morfologię, niż Khumbu. Po zachodniej jego stronie docieramy do głównego szlaku, którym po godzinie marszu osiągamy pięknie położoną nad jeziorem osadę Gokyo – kilkanaście hotelików o wyższym chyba standardzie niż w Khumbu. W planie mamy wejście następnego dnia na słynne z widoków wzgórze Gokyo Ri (5483 m). Niestety, gdy się budzimy rano, na zewnątrz szaleje śnieżyca, kilkanaście centymetrów świeżego śniegu i widoczność na kilkadziesiąt metrów. Już wiemy, że z Gokyo Ri “nici” – nie mamy rezerwy czasowej przed zarezerwowanym odlotem z Lukli, a chcemy jeszcze zaliczyć sobotni jarmark w Namche Bazar. Zejście w dół przepiękną doliną Gokyo zajmie nam 2 dni, czym niżej tym lepsza pogoda... Jeszcze wspaniały nocleg w hoteliku na widokowej przełęczy Mong, z której szczególnie okazale prezentują się południowe zerwy Ama Dablam. Bazar w Namche trochę nas rozczarowuje – głównie owoce i warzywa przyniesione z niżej położonych wiosek oraz “ruskie ciuchy”... A potem już tylko biegniemy do Lukli, aby zdążyć na niedzielny pierwszy lot do Kathmandu.

            Po opuszczeniu gór kilka dni dzielące nas od wylotu do Delhi spędziliśmy jeżdżąc na rowerze po Kathmandu i okolicy (wspaniały Bhaktapur!). Zaliczyliśmy również 2-dniowe “white waters”, czyli coraz popularniejszy spływ pontonami (rafting), na ponoć najbadziej ambitnej rzece Nepalu - Bhote Koshi, który też wszystkim polecamy, ale to już zupełnie inna, nie-górska historia...

 

 

 Dr Joanna Adamczyk: geograf, przewodnik górski, pilot wycieczek zagranicznych, taternik. Absolwentka Wydziału Geografii Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie jako doktor nauk leśnych pracuje na Wydziale Leśnym SGGW i zajmuje się systemami informacji geograficznej i teledetekcją. Hobby: narciarstwo tourowe, turystyka rowerowa.

 

 

Dr hab. Andrzej Huczko: studencki przewodnik górski i instruktor narciarstwa, pilot wycieczek zagranicznych. Absolwent Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej, jako dr hab. chemii jest kierownikiem Pracowni Fizykochemii Nanomateriałów na Wydziale Chemii Uniwersytetu Warszawskiego, zajmuje się nowymi nanostrukturami węglowymi; hobby: narciarstwo wysokogórskie i sporty 'rakietkowe' (głównie badminton)

 

 

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA