Strona główna / nr 1 (7) - ZIMA 2006 / SZANSA DLA CIEBIE W PODNIEBNYM KRÓLESTWIE
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
SZANSA DLA CIEBIE W PODNIEBNYM KRÓLESTWIE

[ Nepal Himalaje zdjęcia galeria ]


Marian Bała piękne szczyty zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Himalaje szkolenie GOPR zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria 1

Nepal, Himalaje zdjęcia, galeria

Mongolia góry, stepy zdjęcia galeria
W podniebnym królestwie

Łucja Szwedo

Michał Terlecki
 

Nasza nepalska przygoda miała miejsce w sierpniu i na początku września 2005. W pierwszych chwilach po przybyciu, w porównaniu do indyjskich wrażeń, Królestwo Himalajów wydawało się bardziej spokojne, czystsze, zielone, bardziej przewidywalne. Nie wiem czy tak jest w rzeczywistości, czy po prostu azjatycki sposób życia zdążył spowszednieć.

30.jpg (35.35 Kb)W Kathamandu odbywaliśmy wakacyjne praktyki w Tribhuvan University Teaching Hospital. Nepalski szpital to ciekawe, godne poznania zjawisko nie tylko dla medyków, ale i innych ludzi. Polecamy je jednak tylko jako atrakcja turystyczna. W trakcie pobytu mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby poznać z bliska Kathamandu i okolice. Mogliśmy też poznać z bliska zwyczaje Nepalczyków, mieszkając u wyjątkowo miłej rodziny nepalskiej. Dane nam również było zaznać rozrywek typowych dla nepalskich studentów, np.: uniwersytecka dyskoteka. Niestety, powszechnie znane za skuteczne europejskie kanony zacieśniania interakcji przez tamtejsze studentki nie zostały do końca zrozumiane... W czasie miesięcznego pobytu liczne świątynie - słupy czy pagody zdążyły spowszednieć, mimo że są dla Europejczyków niesamowicie egzotyczne i ciekawe. Z atrakcji turystycznych należących do obowiązkowych w Katmandu trzeba wymienić Durbar Square – najstarszą część miasta.

Ciekawą jest dzielnica Thamel, gdzie spotykają się 50 – letni hippisi chcący przypomnieć sobie lata młodości, backpackerzy i himalaiści wybierający się lub też powracający z najwyższych gór świata. Obowiązkowo należy też wybrać się do Swayambunath – kompleksu świątyń buddyjskich i hinduistycznych, co oczywiście zrobiliśmy.

            31.jpg (20.58 Kb)W okolicy należy pojechać do Bhaktapur i Patanu – razem z Kathamndu – najstarszych miast Nepalu. Aby poznać smak Himalajów w pobliżu stolicy, wybraliśmy się do Nagakhot i Dulikhill – dogodnych punktów widokowych. W Nagarkhot mieliśmy okazję podziwiać wschód słońca nad Mount Everestem, niestety zasłonięty całkowicie przez mgłę i chmury, czyli nie widzieliśmy nic. W Dulikhil już było lepiej – Himalaje uchyliły rąbka swojej potęgi. Widoki godne polecenia.

            W czasie pobytu w Nepalu ani przez moment nie zapomnieliśmy, że znajdujemy się w królestwie najwyższych gór świata. Dlatego zaraz po zakończeniu praktyk w szpitalu postanowiliśmy udać się na trekking do jednej z najpiękniejszych dolin Nepalu, leżącej na północ od Kathamandu doliny Langtang. Leży ona na terenie Parku Narodowego Langtang i otoczona jest przez szczyty sięgające siedmiu tysięcy metrów.

Wyjazd poza dolinę Katmandu i przejazd nepalskimi drogami to przeżycie unikalne - nie mają one europejskiego odpowiednika. To coś pośredniego między naszą polną drogą a szlakiem turystycznym na Kościelec, na którym rządzą królowe tamtejszych szos - wielkie indyjskie ciężarówy „Tata”, tak stare, że wydaje się, że jeżdżą tylko siłą przyzwyczajenia, obładowane na wysokość dwupiętrowego budynku i wymalowane różnymi pstrokatymi wzorami mającymi odstraszyć innych użytkowników dróg. Najważniejsze zasady azjatyckiego kodeksu drogowego to: im jesteś większy, tym bardziej należy ci się pierwszeństwo, całkowity zakaz używania lusterek, kierunkowskazów i hamulców oraz nakaz trąbienia w każdej sytuacji. Mimo to, ze względu na stosunkowo nieduże odległości, dojazd do miejscowości skąd rozpoczyna się trekking, zazwyczaj zajmuje mniej więcej jeden dzień. W naszym przypadku, ze względu na monsunową porę, powodzie, awarie dróg dojazdowych (bardzo popularne słowo - landslide), a przede wszystkim na wzmożoną w tym czasie aktywność partyzantki maoistycznej i wypadek samochodowy, zajęło nam to nieco więcej czasu.

Według najpopularniejszego wariantu wędrówkę po dolinie rozpoczyna się standardowo z miejscowości Syabrubensi - ostatniej namiastki cywilizacji. Kolejne miejscowości, do których dotrzeć można już tylko na nogach, znajdują się na coraz większej wysokości, dolina wznosi się stopniowo i w oddali na horyzoncie, jak i po obu stronach doliny, pojawiają się powoli szczyty otaczające Langtang. Na całej trasie napotykaliśmy wioski, z gościnnymi tubylcami, nie było więc nigdy problemu z noclegiem. Przez cały czas wędrówki dbaliśmy o to, aby nie pić nieprzegotowanej lub nieodkażonej przez specjalne tabletki wody. Należało również unikać pokąsania przez różne owady - m.in. krzyżówki naszego chrabąszcza z bąkiem, przed którymi ostrzegali nas Nepalczycy. Niespecjalnie dało się natomiast uniknąć towarzystwa licznych pijawek, które niepostrzeżenie potrafiły wbić się w skórę i dopiero za pomocą soli można je było usunąć.

Przez większość czasu trwania naszego trekkingu nie napotkaliśmy żadnego zagranicznego turysty, co było wynikiem ograniczonej możliwości poruszania się poza Kathmandu za względu na maoistów. Spotykaliśmy natomiast ludność tubylczą, która zaskoczyła nas dość powszechną znajomością języka angielskiego, co może nie powinno tak dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że turyści zagraniczni są tu głównym źródłem dochodu. Wzbudzili również nasz podziw ilością i wielkością pakunków, jakie są w stanie przetransportować na własnych plecach. Nasze plecaki w porównaniu z  tym, co wnosili Nepalczycy, nie wyglądały zbyt imponująco, mimo że  dla nas były wystarczająco ciężkie.

Tak jak w Kathmandu dominuje hinduizm, tak już na terenie doliny Lantang znaczące wydają się być wpływy Tybetu i buddyzmu. Widać to po strojach mieszkańców wiosek, jak i po buddyjskich ołtarzykach i  portretach Dalajlamy wewnątrz domostw.

Szlak wiódł nas przez wioski od Syabrubensi przez Khanjun, Sherpagone, Lama Hotel, kończąc na Kyangjin. W przypadku każdego noclegu ceny nie były wygórowane. Ponadto, jeśli zamawiało się posiłki u gospodarza, opłata za nocleg redukowana była do połowy lub w ogóle likwidowana.

W Kyanjin mieliśmy okazję przyjrzeć się stadom pasących się tu jaków. W drodze kilkakrotnie widzieliśmy w godzinach porannych siedmiotysięczne szczyty otaczające dolinę. Po godzinie dziesiątej rano chmury zakrywały niebo, co nikogo nie powinno dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę porę roku. Ze względu na opisane powyżej opóźnienia w dotarciu do doliny musieliśmy zmodyfikować nasze plany i zrezygnować z próby wejścia na  Tsergo Ri (4984m n.p.m.), potem na  Yala Peak (5520 m n.p.m.) i zadowolić się niższym Kyanjin Ri (4773 m n.p.m.), szczytem przyozdobionym modlitewnymi chorągiewkami, skąd rozpościera się wspaniały widok na południowo-wschodnią ścianę Langtang Lirung (7245 m n.p.m.) i inne okoliczne góry wokół doliny.

W drodze powrotnej spotkaliśmy po raz pierwszy zagranicznego turystę, który poinformował nas, że strajk maoistów się skończył, co wiązało się z szansą w miarę bezproblemowego powrotu do Kathmandu. Istotnie powrót okazał się dużo prostszy niż dojazd.

Podróż w dość wiekowym zatłoczonym pojeździe przypominającym polskiego „ogórka”, ze współpasażerami siedzącymi na dachu po wąskich, stromych drogach, często ulegającym oberwaniu, dostarcza wielu wrażeń. Na pewnym etapie towarzyszyła nam nawet koza na dachu.

Zaoszczędzone dwa dni postanowiliśmy wykorzystać na wycieczkę do Pokhary, znanej ze względu na tłumy przyjeżdżających turystów. Mogliśmy tu podziwiać widok na łańcuch Annapurny oraz na słynny szczyt Machapuchare  (Fish-Tail). Po śmierci siedmiu Nepalczyków w Iraku, okazało się, że może być problem z dotarciem do Kathmandu. W mieście w obawie przed demonstracjami i zamieszkami wprowadzono coś, co przypominało godzinę policyjną. Wszystkie sklepy otwierane były tylko na trzy godziny, w trakcie których w mieście wszyscy próbowali jak najwięcej spraw załatwić. Nam nie bez trudu udało się dostać do domu nepalskiej rodziny, u której mieszkaliśmy. Następnego dnia sytuacja była analogiczna, ale zdołaliśmy się dostać na lotnisko, i co najważniejsze, udało się nam odlecieć w końcu do Delhi.

Na podstawie naszych doświadczeń możemy polecić kilka sprawdzonych rad. Najważniejsza z nich, którą otrzymaliśmy od nepalskiego kolegi przed wyjazdem brzmi: bądź przygotowany na wszystko. Rzeczywiście, stosując się do tej mądrości, byliśmy w stanie przyswoić każde nowe i wyjątkowe dla nas doświadczenia niewzruszeni, ze spokojem. W sprawie jedzenia inna zasłyszana rada wyjątkowo skuteczna w prewencji kłopotów gastryczno – jelitowych brzmi: cook it, peel it or leave it, czyli zagotuj, obierz lub zostaw. Warto nosić ze sobą piersiówkę - rozsądna dawka alkoholu aplikowana po każdym posiłku w naszym przypadku pozwoliła z nielicznymi wyjątkami uniknąć tego typu atrakcji. W góry polecamy zabrać ze sobą trochę soli skutecznej do usuwania pijawek i tabletki do odkażania wody.

W czasie tego pobytu wydarzyło się wiele niezwykłych, nieraz nawet groźnych sytuacji, które jednak nie były w stanie zatrzeć ogromnego wrażenia, jakie wywarł na nas ten niesamowity kraj. Przyjaźni ludzie, smaczna i oryginalna nepalska kuchnia, jak i interesująca kultura, a przede wszystkim przepiękne góry, wspominać będziemy jeszcze bardzo długo.

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA