Strona główna / nr 2 (8) - WIOSNA 2006 / Tatry Zachodnie
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Tatry Zachodnie


Akcja rotownicza TOPR zdjęcia

Tatry wypadki, akcja ratunkowa TOPR zdjęcia

Tatry Czerwone Wierchy zdjęcia

Tatry zimą Czerwone Wierchy zdjęcia

Dolina Chochołowska otoczenie zdjęcia
         
Tatry Zachodnie wypadki

Michał Jagiełło

            Poszukiwania w rozległych Tatrach Zachodnich są tym trudniejsze im ratownicy wiedzą mniej o trasie, którą zamierzali wędrować zaginieni. Góry mają tak skomplikowaną budowę, że człowiek niknie w zakamarkach grani. Niknie tak skutecznie, że ratownicy bywają bezradni mimo poszukiwań prowadzonych z ziemi i powietrza. Dlatego tak ważne jest pozostawienie wiadomości w schronisku o planowanej trasie. A jeśli się zdarzy wypadek, ważne jest możliwie dokładne określenie, gdzie znajduje się potrzebujący pomocy.

8 lipca 1994 r. o godzinie 15.15 z Chochołowskiej nadeszła wiadomość, że na Dziurawej Przełęczy znajduje się turystka ze złamaną nogą. Z Krakowa startuje „Sokół” pilotowany przez A. Brzezińskiego i T. Augustyniaka. Kierowanie akcją spoczywa w rękach M. Kołodziejczyka.

            Maszyna nadlatuje nad miejsce wypadku. J. Krzysztof i A. Marasek zostają opuszczeni za pomocą windy w pobliże rannej. Pierwsza pomoc, nosze, winda, pokład, szpital.

            Cała akcja trwała półtorej godziny.

            Wiele razy słyszałem pełne zdumienia pytania: jak można zginąć w Tatrach? Czy to możliwe? Człowiek to nie igła w stogu siana, jeśli ratownicy nie potrafią go odnaleźć, to znaczy, że źle szukają.

            Specyfika akcji poszukiwawczych  tkwi nie w trudnościach technicznych, takich jak na przykład skalne ściany, przewieszki, kominy, kruche żleby, ale w rozległości terenu. Wątpliwości rodzą się już przy typowym meldunku, a brzmi on najczęściej tak: Dziś rano wyszedł z Zakopanego turysta, miał się udać na Giewont, a może pojechał do morskiego Oka, nic konkretnego nie wiem, nie wrócił na kolację, może mu się coś stało. Takich zgłoszeń jest w sezonie po kilka dziennie, ratownicy nie mogą więc po każdym z nich wszczynać akcji. Zazwyczaj zresztą po pewnym czasie sprawa się wyjaśnia i rzekomo zabłąkani wracają sami do domu. Jeśli jednak zdarzy się, że mimo zapadającej nocy nie wszyscy zeszli z gór, przystępuje się wtedy do pierwszej fazy ratowniczego działania, którą jest sprawdzenie telefoniczne we wszystkich schroniskach tatrzańskich, czy nie ma tam poszukiwanego. Następnie dyżurny powiadamia policję, Straż Graniczną i słowacką HS, a także pogotowie miejskie. Zdarza się bowiem, że turysta we mgle zabłądził i znajduje się po południowej stronie Tatr albo w ogóle nie dotarł w góry, oddając się zakopiańskim atrakcjom tak intensywnie, aż został pacjentem szpitala lub klientem policyjnej przechowalni. Tak mija następna godzina, a czasem dwie. W dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto nie trzeba wszczynać regularnych poszukiwań – zguba albo znajduje się sama, albo udaje się stosukowo prosto odkryć miejsce jej pobytu. Bywało, że po długotrwałej akcji w Tatrach poszukiwanego odnajdywano w miejscu jego stałego zamieszkania, gdzieś „w Polsce”. W Pogotowiu snuje się czasem opowieści o pani, która zaginąwszy ponoć w Czerwonych Wierchach, błąkała się tak skutecznie, aż wylądowała na sianie w Murzasichlu, o młodzieńcu sposobionym przez rodziców do stanu duchownego, a znalezionym po paru dniach u pewnej taterniczki... To tylko przykłady wyjątkowej niefrasobliwości turystów, którym przez myśl nie przyjdzie, że ktoś niepokoi się ich nieobecnością w domu wczasowym czy schronisku. Patrole wyruszają często w teren bez przekonania, a nawet więcej, z przeświadczeniem, że ich wysiłek na nic się nikomu nie przyda. Ale nie ma takiego, który zaryzykuje i nie uruchomi toprowskiej machiny. Nikt bowiem nie może wykluczyć, że to właśnie ten alarm jest alarmem prawdziwym. A więc poszukiwania.

            On ma jedną drogę, my tysiące – to powiedzenie starych ratowników dobrze oddaje istotę poszukiwań. Wczuć się w tego, za kim się chodzi po mokrych trawach w ciemną noc, starać się myśleć tak jak on, zapytać samego siebie: Co ja bym zrobił w jego sytuacji? Właśnie: Co ja bym zrobił? I tu tkwi błąd trudny do uniknięcia. Nie można bowiem w pełni przestawić się z roli poszukującego na rolę błądzącego. Ratownik mimo najlepszych chęci nie potrafi myśleć tak, jak poszukiwany. Przeszkadza mu w tym, o paradoksie, zarówno znajomość terenu, jak i górskie doświadczenie. Ratownik myśli logicznie, a człowiek błąkający się w nieznanym i groźnym dla niego terenie często postępuje wbrew podstawowym zasadom zdrowego rozsądku. J. Oppenheim powiedział kiedyś: W górach ma się do czynienia ze specjalną absurdalnością. Przewidzieć reakcję, to znaczy wytypować trasę wędrówki zaginionego, wytypować tę jedną jedyną z kilkunastu lub kilkudziesięciu możliwych.

            Ostatniego lipca w południe TOPR odwiedził mężczyzna, informując o zaginięciu żony. Pani Janina, lat 72, wyszła poprzedniego dnia z zakopanego z zamiarem udania się do Chochołowskiej. Przewidywana trasa: Trzydniowiański Wierch przez Krowiniec i zejście do Jarząbczej.

            Robert Janik organizuje wyprawę. Przy sterach „Sokoła” W. Wiejak.

            Ponieważ w pierwszej fazie poszukiwań nie odnaleziono pani Janiny, ratownicy poprosili o włączenie się do akcji swych kolegów z Horskiej Służby Zapadne Tatry.

            Sprawa stała się głośna po obu stronach grani Tatr. Szukano nie tylko w Chochołowskiej i Kościeliskiej, nie tylko w słowackich dolinach: Rohackiej, Jamnickiej i Raczkowej, ale także w rejonie Czarnego Stawu pod Kościelcem i w kotlinie Zmarzłego Stawu – ktoś ponoć widział w tamtej okolicy turystkę podobną do zaginionej, więc trzeba było sprawdzić ten sygnał.

            W poszukiwania zaangażowanych zostało łącznie 45 ratowników TOPR i silna ekipa Słowaków. Bezskutecznie. Upływały godziny, dni i noce. Rodzina i ratownicy tracili nadzieję.

            Pani Janina wyszła z domu wyposażona tylko w płaszcz przeciwdeszczowy, zapasowe skarpetki i trochę jedzenia. Marek Grocholski w reportażu pt. „Byłam w rękach Boga” precyzuje, że w małej torebce przytroczonej do pasa znajdowały się: 2 bułki, 2 kawałki żółtego sera, 1 jajko, 2 pomidory, 10 moreli, tabliczka czekolady.

            Idźmy teraz śladem pani Janiny; zgodnie z tym, co sama opowiedziała reporterowi.

            Tego dnia coś mnie niosło jak na skrzydłach... – opowiada starsza pani. Była na Trzydniowiańskim Wierchu, ale postanowiła iść dalej i wyżej. Noc spędziła na grani Ornaku, a zatem szła prawdopidobnie trasą: Trzydniowiański wierch, Kończysta nad Jarząbczą, Starorobociański Wierch, Raczkowa Przełęcz, Siwa Przełęcz, długi grzbiet Ornaku.

            Usiadła na samej grani między skałami – pisze Marek Grocholski. I notuje zwierzenie pani Janiny: Wieczorne zorze wyglądały wspaniale, potem na ciemnym już niebie wyłonił się rąbek księżyca. Zaczęłam odmawiać różaniec.

            Świt. Słońce. Ciepło. Było mi tak dobrze, zobaczyłam kwiaty, których od lat już nie oglądałam na swoich ścieżkach spacerowych w rejonie regli – opowiada pani Janina i przyznaje, że martwiła się o rodzinę, która przecież niepokoi się jej nieobecnością w domu.

            Nie wiem dlaczego nie zeszłam do schroniska na Ornaku – przyznaje pani Janina – Dzień był upalny, chciało mi się pić zaczęłam szukać wody. Wlazłam w kosodrzewinę, potem wyszłam na jakąś łąkę. W miękkiej trawie przespałam się na słońcu. Potem zjadłam pomidora i kawałek bułki. Dotarłam w końcu do strumienia.

            Zamiast iść z ciekiem wody, poszła w górę wyraźną ścieżką. Wolno przypuszczać, że znalazła się w uroczysku Pyszna i zamiast zejść do schroniska na Polanie Ornaczańskiej, wyszła na szerokie siodło Pyszniańskiej Przełęczy.

            Przywołajmy znów Marka Grocholskiego: Dotarłam na przecudowną nagrzaną łąkę – mówi dalej Janina K. – Dzień chylił się już ku zachodowi. Weszłam pod gałęzie rozłożystego świerka, otuliła się płaszczem przeciwdeszczowym i zasnęłam. Spało mi się na miękkich trawach wyśmienicie.

            I tak przeszła kolejna noc. Rano turystka zjadła resztką skromnego prowiantu. Nie wiem, dlaczego zamiast iść w dół – wspomina turystka – ruszyłam w górę. Potem znów w dół. Brodząc w wysokich trawach i paprociach szukałam jakiegoś wydeptanego szlaku. Zjeżdżając na siedzeniu po stromym zboczu, podarłam płaszcz przeciwdeszczowy i spodnie.

            I jeszcze raz Marek Grocholski: Pod wieczór pani Janina znalazła ścieżkę ułożoną z kamieni. Nie wiedziała jednak, w którą stronę iść tą percią. Zaczęły spadać wielkie krople deszczu. Położyła się na ścieżce w miejscu, gdzie spora skała osłaniała ją od wiatru. Tak przetrwała kolejną noc.

            Rozbolał ją kręgosłup więc znalazła dwa kije i z ich pomocą posuwała się w dół. Dotarłam do miejsca, gdzie wyrąbywano drzewo. Nigdzie jednak nie widziałam drwali. Ścieżka zmieniła się w szeroką leśną drogę.

            Potem był rwący potok. Próbowała go przekroczyć, ale wycofała się, bo woda była tu głęboka. Wiedziała, że jest w pułapce.

            Muszę przejść na drugą stronę, bo tam jest życie, a tutaj busz – pomyślała pani Janina. Znalazła później drzewa leżące w poprzek rzeki. Na czworakach przeszła po nich na drugą stronę. Trafiła tam na wąską asfaltową szosę. Doszła do drewnianej budki dla turystów i zasnęła. Była mokra, obudził ją zimny wiatr.

 Dwoje młodych ludzi przyjechało na rowerach. Dopiero od nich pani Janina dowiedziała się, że jest na Słowacji. Minęła godzina 16.30 *

            Wnet trafiła do Podbańskiej – leśnej osady u wylotu Doliny Cichej.

            Był 2 sierpnia 1997 r. Była wśród ludzi. Żyła.

 

*M.Grocholski, Byłam w rękach Boga, „Tygodnik Podhalański”, 1997, nr 31

Na podstawie książki „Wołanie w górach”

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA