Strona główna / nr 2 (8) - WIOSNA 2006 / Mnich
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Mnich

[ TOPR akcja ratownicza zdjęcia ]


Tatry zdjęcia czarno białe

Tatry Dolina Białej Wody zdjęcia galeria I

Tatry Dolina Białej Wody zdjęcia galeria II

Tatry Morskie Oko zdjęcia

Tatry Mięguszowieckie Szczyty zdjęcia
         
Tatry - Mnich
                                    Tatry w liczbach, tatrzańskie naj, naj zobacz >>>>
Krystyna Sałyga Dąbkowska

Każdy przybywający do Morskiego Oka, zapamięta jego syl­wetkę do złudzenia przypominającą mnisi kaptur. Stanowi samot­ną turnicę, rozłupaną wąską wcięprzełączką /Wyżnia Mnichowa Przełączka/. Niższy, tuż obok, również spiczasty, to Mni­szek, nazywany czasem Mnichową Babą lub Mniszką.

Jego sylwetka jest nieodłącznie związana z krajobrazem Morskiego Oka. Opada na stronę jeziora skrzesaną, ponad 200 metrową ścianą, czyniącą wrażenie absolutnie niedostępnej. Od zachodu prezentuje się znacznie mniej okazale; zatraca smukłość, ginie wśród znacznie wyższych sąsiednich szczytów.

Nie jest jedynym szczytem o tej nazwie w Tatrach, a nawet - w rejonie samego Morskiego Oka. Nieco za nim, na wschód, doskonale widoczny z szosy, sterczy Zadni Mnich. Wydaje się być sobowtórem Mnicha. W grani Żabiego, okalającej od zachodu kotlinę Morskiego Oka, wyodrębnia się - podobny w kształcie do swych braci - Żabi Mnich.

Najpiękniej wygląda Mnich wychylający się z mgły. Sprawia wrażenie niesamowitej zjawy, nic też dziwnego, że wokół Mnicha krąży wiele legend i podań. Jedna z nich mówi, że przed wieka­mi, pewien rycerz w mnisim przebraniu ukrył się w górach z ukochaną, której możni rodzice nie chcieli wyrazić zgody na związek z prostym rycerzem. Za pohańbienie habitu został zak­lęty w skałę. Z łez jego kochanki powstało jezioro. Duch niesz­częsnej błąka się czasem po dolinie. Zwą ją Panną Morską...

Inna fama głosi, że Mnich stoi na straży u wejścia do gro­ty pełnej skarbów i przeróżnych bogactw. Dostęp do niej osłania dudniący wodospad. Kipi tam podziemne jezioro, a złote kokosze strzegą złotych jaj.

Czy istotnie nie istnieje dudniący wodospad? Wystarczy przyłożyć ucho do głazów ścieżki w Dolinie za Mnichem, by usły­szeć dziwny łoskot podziemnych wód.

Podobno też czasem we mgle usłyszeć można muzykę. Tęskną, rzewną, przypominającą koncert organowy. Słyszeli ją czasem ta­ternicy, a słyszeli tak wyraźnie, że śpieszyli w tamtym kierun­ku. Ale wtedy tajemniczy koncert cichł, lub dobiegał z całkiem przeciwnej strony.

xxx

Przez długie lata Mnich nie stanowił celu wypraw taterni­ków. Nawet w epoce Chałubińskiego modne były wierzchołki wybit­ne, z których można było kontemplować piękno Tatr. Niewielka turnia Mnicha była poza nawiasem ówczesnych ambicji. A jednak właśnie w tym okresie, w roku 1879 /a może 1880/ wspiął się na niego dwudziestoletni Jan Gwalbert Pawlikowski z przewodnikiem Maciejem Sieczką. Trudno dziś powiedzieć z całą pewnością, któ­rędy wdarli się na wierzchołek. Wiadomo tylko, że posiadali 15 metrów konopnej liny, a obuwie pozostawili pod ścianą. Prze­wodnik niechętnie szedł na Mnicha; nie uważał tej drogi za "ho­norną". Ale Jan Gwalbert pragnął zmierzyć się ze ścianą, z włas­nym lękiem i słabośc. Chyba właśnie dlatego dziś taternicy forsują ściany...

Jego wyczyn nie znalazł zrozumienia wśród współczesnej elity taternickiej. "Dziś niektórzy czynią sobie jakby popisy śmiałoś­ci we wdzieraniu się na najostrzejsze czubki skał, gdzie trudno dopatrzeć się celu wyprawy" - tak komentowano w ówczesnej pra­sie zdobycie Mnicha. Nic dziwnego, że wykpiony i wyszydzony Jan Gwalbert Pawlikowski usunął się w cień jaskiń tatrzańskich, a także zajął się żarliwie ochroną tatrzańskiej przyrody, rezygnu­jąc całkowicie z taternickich ambicji.

A jednak wyczyn bosonogiego młodzieńca stał się oficjalną datą narodzin taternictwa sportowego, w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Po siedmiu latach "asekurowany paskiem od portek" stanął na szczycie Mnicha Karol Potkański. Przewodnicy prowadzący "panów" nad jezioro wskazywali skalny szpic i z szacunkiem mówili, że tam był człowiek. W r.1902 w towarzystwie Klinika Bachledy, wyposażonego w 10-metrowy sznur strażacki, na szczycie Mnicha stanęła kobieta -- Wanda Herse z Warszawy. Wkrótce potem Mnich stał się celem licz­nych wypraw taternickich. Zdobywano szczyt od zachodu, przez wielką podszczytową płytę skalną. Dopiero w roku 1908 Roman Kordys i Guyla Komamicki pokonali północno zachodnią ścianę. Posiadali dwie liny, ale tylko jeden hak. O karabinkach jeszcze nie śniło się nikomu. Droga ta, nazwana dziś "klasyczną", cieszy się powodzeniem wśród taterników i opinią drogi bardzo trudnej.

Ciągle jednak dziewicze było urwisko wschodnie /dokładnie: pół­nocno wschodnie/. Co prawda w r.1910 Mieczysław Swierz i Władysław Kulczyński sforsowali prawie 2/5 ściany, musieli jednak się wycofać.

"Nie tędy dla ludzi droga" - napisali później w swym wspomnieniu i opinia taka utrzymywała się długie lata.

W późnych latach dwudziestych pojawił się w Tatrach Wiesław Stanisławski. Jego taternictwo od początku odznaczało się niezwykłym rozmachem i odwagą, bardzo szybko wszedł do elity tego okresu. On to właśnie wraz ze Stanisławom Gnojkiem zaatakowali wschodnią ścia­nę Mnicha, Dysponowali - jak na owe czasy - nowoczesnym sprzętem: hakami, karabinkami. Wybrzuszony trawers skalny, miejsce skąd zaw­rócili przed laty Świerz i Kulczyński, pokonali przy pomocy pętli, użytych jako chwyty i stopnie. Osiągnęli w ten sposób szczerbę pomiędzy głównym wierzchołkiem Mnicha i Mniszkiem. Do szczytu pozostał pionowy uskok, niemal zupełnie pozbawiony chwytów. Ta ostatnia trud­ność została przezwyciężona przy pomocy t.zw."żywej drabiny". Stanisławski stanął na ramionach towarzysza i - dosięgnął grani.

Przejście pn.wschodniej ściany Mnicha niewątpliwie stanowiło początek - tak dziś popularnej - techniki hakowej /zwanej też - podciągową/, jednakże wśród zwolenników klasycznego poruszania się w skale wywołało wiele kontrowersji. Nie dało się jednak ukryć, że padł wielki problem małego Mnicha.

Mniej więcej w 2/5 wysokości pn. wschodnią ścianę Mnicha przeci­nają "półki". Są to szerokie, trawiaste gzymsy, skąd właśnie rozpo­czynają się główne trudności wszystkich dróg taternickich, prowadzo­nych tym niezwykle efektownym urwiskiem. Na owe "półki" dostać się można bez specjalnych trudności /skala taternicka III/ długim tra­wersem z Mnichowych Pleców, z tym jednak, że jeden krok, właśnie wyprowadzający na skraj "półek" trzeba wykonać w zupełnej ekspo­zycji. Są dobre stopnie, są pewne chwyty, ale piargi ziejące pod stopami i bezmiar powietrza wokół - dosłownie - zapierają dech w piersi. Wrażenie - mocne i niezapomniane.

W roku 1945 na tejże ścianie załopotała ogromnych rozmiarów swastyka, zawieszona przez alpinistów niemieckiego Alpenferein. Nie dawała ona spokoju Czesławowi Łapińskiemu i Kazimierzowi Paszusze, którzy postanowili połączyć... przyjemne z pożytecznym. We wspaniałej wspinaczce prawą częścią ściany, stosując niemal cały czas technikę hakową, osiągnęli szczyt Mnicha i nadwątlili nieco sznury podtrzymujące swastykę. Oficjalnie winnym został halny wiatr, dość jednak, że swastyka spadła nazajutrz z Mnicha i nigdy więcej nie została tam umieszczona.

Środek pn.wschodniej ściany, słynnym do dziś wariantem "R", pokonali w lecie 1955 r. czołowi alpiniści powojennego okresu - Jan Długosz i Andrzej Pietsch. Wspinaczka trwała 58 godzin, taternicy wbili 155 haków, a potężne okapy przebyli przy pomocy nitów wwiercanych w skałę. Wyczyn ten uwiecznił Sergiusz Sprudin w filmiku zatytułowanym "Wariant R", Operator wisiał w ścianie w specjalnych szelkach, a taternicy pokonywali autentycznie wariant "R" na Mnichu. Właśnie na tejże ścianie w kwietniu 1961 r. GOPR przeprowadziło pierwszą poważną akcję ratunkową z użyciem zestawu alpejskiego. Zjazd w szelkach Grammingera 280-metrowym urwiskiem, w dodatku w nocy, stał się chrztem bojowym dla wielu ratowników, którzy nie zawsze dowierzali nowoczesnej technice. Dziś niepodobna wymienić wszystkich dróg taternickich, jakie poszatkowały Mnicha ze wszystkich stron. Podobny zresztą los spotkał obu mnichowyoh braci - Zadniego i Żabiego Mnicha.

W każdy pogodny dzień do Doliny za Mnichem wędrują istne ko­rowody taterników, by zaatakować którąś ze ścian.

"Ej, se poza Mnicha płono to dziedzina

Ino mef po skolok i kosodrzewina".

 Tak śpiewali juhasi wędrujący tu z owcami. Ale nie mieli racji. Tarasowata dolina, udekorowana okami licznych stawów, jest ulu­bioną siedzibą kozic i świstaków. Wśród złomisk skalnych nierzad­ko napotkać można ruchliwego gronostaja. Taternikom na wspinacz­kach często towarzyszą bajecznie kolorowe pomurniki, najpiękniej­sze chyba ptaki tatrzańskie, Z ciekawością przypatrują się nieu­dolnym poczynaniom człowieka na skale, na której one czują się świetnie. Stąd zresztą nazwa: po mur nik.

Za zakolem ścieżki leży Hala pod Mnichem, gdzie nie dawno jeszcze krył się w głazach szałas pasterski, od pokoleń należą­cy do rodu baców Murzańskich. Ostatni baca - Jasiek, pozwalał czasem wejść do środka wracającym z gór turystom i uraczyć się świetną żętycą. Szałas był zbudowany z kamieni, a liczył sobie zaledwie 2,6 x 3 m. Obok szałasu stała psia buda. Psy Jaśkowe były dorodne, rasowe, ale niejeden turysta nosił na portkach ślady ich ostrych zębów. Kiedyś silna wichura poderwała psią budę i przeniosła kilka metrów dalej. Psy nie odniosły żadnej krzyw­dy, ale od tamtej pory bały się budy i sypiały pod głazem. Nikt nie spisał Jaśkowych opowieści, a szkoda. Przegazdował na Hali pod Mnichem wiele lat, słyszał też i widział niejedno. Pamiętał spotkania z niedźwiedziem, który niejednokrotnie potur­bował owce w koszarze, a nawet groźne psiska nie dały "buremu" rady. Jasiek zresztą filozoficznie podchodził do oprawy:

- Niegze ta - mawiał - i niedźwiedziowi trza pojeść kie głod­ny...

Patrząc na Mnicha Jasiek bezbłędnie orientował się jaka też będzie pogoda. Wiadomo przecie, że gdy Mnich kaptur przywdziewa należy spodziewać się deszczu, że promienie zachodzącego słoń­ca wychodzące zza wierzchołka lubią "pić wodę", a "gdy Mnich zas­markany dysc murowany".

Godzinami można było siedzieć na belce przed szałasem i słu­chać Jaśkowych opowieści. A gdy gasnące słonko spędzało turystów w dolinę, baca żegnał ich ulubionym swym powiedzeniem:

"Nie za nos Mnik nastał

nie za nos się minie..."

 

 

Źródła;

J.Nyka - Dolina Rybiego Potoku

W.H.Paryski - Przewodnik

 Księga Wypraw G.T.GOPR

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA