Strona główna / nr 2 (8) - WIOSNA 2006 / Kangchenjunga
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Kangchenjunga

[ GALERIA ZDJĘĆ ]


Krzysztof Wielicki Kangchengjunga zdjęcia

Krzysztof Wielicki Himalaje szkolenie GOPR zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria 1

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria 2

Marian Bała piękne szczyty zdjęcia
         
Krzysztof Wielicki

Kangchenjunga

 

            Kangchenjunga (8598 m) to trzeci co do wysokości szczyt świata, pierwszy od wschodu ośmiotysięcznik Himalajów; położony jest na granicy Sikkimu i Nepalu. Jest to bardzo rozbudowany masyw, z wyraźnie wyodrębniającymi się czterema ośmiotysięcznymi wierzchołkami: zachodnim, Yalung Kang, wysokim na 8505 m, głównym (8598 m), środkowym (8482 m) i południowym (8473 m). Z masywy spływa pięć wielkich lodowców, do których prawdopodobnie odnosi się tybetańskie znaczenie nazwy szczytu „Pięć Skarbnic Wielkiego Śniegu”. Są to: od północy lodowiec Kangchenjunga, od wschodu Zemu, od południowego wschodu Talung, od południowego zachodu Yalung i od zachodu Ramtang, nad którym góruje zachodnia kulminacja masywu – Kangbachen.

            Ze względu na dogodne położenie (niewielka odległość od Dardżilingu, dokąd wcześnie doprowadzono linię kolejową), góra ta budziła zainteresowanie alpinistów już pod koniec ubiegłego wieku. Pierwszy poważniejszy rekonesans prowadził Francuz Jacot-Guillarmod w 1905 roku od strony Nepalu, mimo politycznej izolacji tego kraju, wówczas oficjalnie zamkniętego dla obcych. Pierwszy prawdziwy atak na górę miał miejsce od strony Sikkimu, w 1929 roku, kiedy to wyprawa niemiecka dotarła do wysokości 7200 m, na tzw. Ostrodze Wschodniej. W 1930 roku górę zaatakowała z północnego zachodu, z lodowca Kangchenjunga, wyprawa G. O. Dyhrenfurtha, osiągają wysokość 6400 m na ostrodze Północno-Zachodniej. W roku 1931 kolejna wyprawa niemiecka osiągnęła 7700 m na Ostrodze Wschodniej. Trwające pół wieku boje o górę pochłonęły 9 ofiar.

            Po wojnie, dzięki otwarciu Nepalu, rozpoczęła się intensywna eksploracja południowo-zachodniej strony szczytu, obejmującej dolinę i lodowiec Yalung. Od właśnie strony wiosną 1955 roku zdobyła Kangchenjungę wyprawa brytyjska, kierowana przez Charlesa Evansa. 25 maja 1955 roku na wierzchołek weszli George Band i Joe Brown, a w dzień później Norman Hardie i Tony Streather.

            Droga zdobywców wiodła aż po szczytową grań formacjami lodowymi – najpierw długim i wysoko zawieszonym lodowcem, następnie wielką lodową barierą przegradzającą południowo-zachodnią ścianę, wreszcie kuluarem do trudnej skalnej grani, a nią na wierzchołek. Dla uszanowania wierzeń miejscowej ludności w zamieszkujące górę opiekuńcze bóstwa, alpiniści nie weszli dokładnie na sam wierzchołek, lecz zatrzymali się w jego pobliżu. Podczas wyprawy zdobywczej korzystano z tlenu podawanego podczas snu.

            Na następne wejście główny wierzchołek czekał 22 lata, kiedy to Prem Chand z Indii i Nima Dorjee weszli nań wschodnią ostrogą z lodowca Zemu. Wcześniej było kilka wejść na wierzchołek zachodni, któremu japońska wyprawa zdobywcza w 1973 roku (Yutaka Ageta i Takao Matsuda; kierownik – Eizaburo Nishibori), nadała nazwę Yalung Kang. W 1974 roku piątka Polaków z wyprawy kierowanej przez Piotra Młoteckiego zdobyła od zachodu Kangbachen. Piotr Młotecki kierował również w 1978 roku wyprawą, która dokonała pierwszych wejść na południowy wierzchołek Kangchenjungi (odpowiednio Eugeniusz Chrobak i Wojciech Wróż oraz Andrzej Heinrich, Wojciech Barański i Kazimierz Olech).

            Wielkim osiągnięciem sportowym była droga, jaką wiosną 1979 roku poprowadzili na główny wierzchołek Kangchenjungi w stylu alpejskim, bez tlenu; Peter Boardman, Doug Scott, Joe Tasker. W rok później przebyto północną ścianę, wielokrotnie potem powtarzaną drogą przez tzw. Trzy tarasy (Japończycy, Ryoichi Fukada, Haruichi Kawamura, Naoe Sakashita, Shomi Suzuki, i Szerpa Ang Phurba). Na yalung Kang powstała w 1984 roku droga polska przez Hump i centralnym filarem południowej ściany. Kierownikiem wyprawy, która poprowadziła tę drogę był Tadeusz Karolczak. W 1985 roku z trzeciego, najwyższego tarasu północnej ściany Kangchenjungi północno-wschodnią ścianą na grań wschodnią i nią na Yalung Kang weszli Jugosłowianie Tomo Ćesen i Borut Bergant (ten ostatni zginął podczas zejścia).

            Wkrótce po tym sukcesie, 11 stycznia 1986 roku, mało miejsce wejście na Kangchenjungę Jurka Kukuczki i moje. Było to pierwsze zimowe wejście na trzeci szczyt świata, oraz piąte wejście na ośmiotysięcznik w zimie – wszystkie były dziełem Polaków! Dokonaliśmy tego klasyczną drogą z lodowca Yalung, gdzie na wysokości ok. 5200 metrów, od 10 grudnia 1985 roku stała baza wysunięta wyprawy kierowanej przez Andrzeja Machnika. Latem trudności techniczne drogi normalnej nie są zbyt wielkie, ale zimą wiatr i mróz łatwo potrafią ją zmienić w ekstremalnie trudną. Nawet najprostsze czynności w warunkach himalajskiej zimy mogą być niewykonalne.

            Po świętach Bożego Narodzenia i kolejnych dniach spędzonych na dole w namiotach targanych zamiecią ruszyliśmyostro do góry, walcząc z mrozem i zasypywanymi śniegiem namiotami. Przy pierwszej próbie – było to w Sylwestra – musieliśmy zawrócić. Za drugim razem mieliśmy już lepszą aklimatyzację. W dzień ataku szczytowego wystartowaliśmy przy ponad 40-stopniowym mrozie o 6.15, z obozu IV na wysokości 7700m, do którego dotarliśmy poprzedniego dnia we czwórkę, z Andrzejem Czokiem i Przemysławem Piaseckim. Andrzej czuł się źle, miał schodzić asekurowany przez Przemka, a ja z Jurkiem – w górę. Powyżej 8000 m zupełnie przestałem czuć nogi, zmarzły mi potwornie. Kiedy około dziesiątej niemrawo dotarło do nas słońce, zdecydowałem się na krótki postój. Wykopałem małą platformę, usiadłem, zdjąłem buty i przemarzniętymi dłońmi masowałem stopy...  Szliśmy drogą normalną, na której gdzieniegdzie były odcinki starych lin poręczowych, pozostawione przez poprzednie wyprawy. Pozwalało to nieco się odciążyć, zostawić naszą własną linę i plecak ze sprzętem. W ten sposób rosła szansa wejścia na wierzchołek i powrotu do obozu IV przed nocą. Udało się. Na szczycie miałem wspaniałe uczucie ulgi, że już nie muszę iść pod górę. Wszedłem na wierzchołek pierwszy i jakieś pół godziny czekałem na Jurka. Nie wiem, jak to się stało, że akurat w momencie, kiedy zobaczyłem, że Jurek dochodzi jest kilka metrów ode mnie, zebrałem się i zacząłem schodzić. Zupełnie jakbym nie mógł poczekać parę minut. Dziwne. Wpływ wysokości? Tam pewne decyzje podejmujemy instynktownie. Myślenie przebiega bardzo wolno i nieraz, nim coś przemyślisz, łapiesz się na tym, że robisz coś innego. Jurek wtedy również miał podobne problemy. Próbował połączyć się z bazą przez radiotelefon, ale nie mógł znaleźć baterii, którą miał – jak się później okazało – dokładnie tam, gdzie szukał na szczycie, czyli w kieszeni. Minęliśmy się bez słowa. Znaliśmy się na tyle dobrze, że rozmowa nie była konieczna. Obaj wiedzieliśmy, co mamy robić.

            W czasie schodzenia Jurek dogonił mnie i po trzech godzinach byliśmy w namiocie „czwórki”. Tymczasem niżej, w obozie trzecim, rozegrała się tragedia: wskutek nagłego postępu choroby wysokościowej (obrzęk płuc) walczył o życie Andrzej Czok, zdobywca czterech ośmiotysięczników, serdeczny przyjaciel Jurka i mój. Wieczorem byliśmy zbyt zmęczeni, aby włączyć się do akcji ratunkowej. W „trójce” przebywało już i tak zbyt wiele osób, abyśmy mogli pomieścić się w namiotach. Kiedy rankiem następnego dnia Jurek połączył się z bazą, usłyszeliśmy paraliżujące nas słowa: „O nic nie pytaj, Andrzej nie żyje”...

            Po długich dyskusjach dotyczących wyboru miejsca jego spoczynku ostatecznie pochowaliśmy Andrzeja w szczelinie lodowej nie opodal obozu trzeciego, na wysokości około 7400 m.

            Byliśmy wykończeni fizycznie, choć był to drobiazg w porównaniu z tym, co czuliśmy w związku ze śmiercią przyjaciela. Zeszliśmy do bazy, spakowaliśmy rzeczy i w milczeniu ruszyliśmy w dół. Jeśli obiektywnie wyprawa była sukcesem, to pozostanie nim tylko w kronikach – nie w naszych sercach.

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA