Strona główna / nr 2 (8) - WIOSNA 2006 / Góry pustyni Gobi
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Góry pustyni Gobi


Kaukaz Elbrus, Uszba zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria 1

Alpy Matterhorn, akcja ratownicza, zdjęcia galeria

Wyspa Skarbów, Wyspa Robinsona zdjęcia galeria

Góry Skaliste Park Narodowy Banff zdjęcia galeria
Góry pustyni Gobi

Jerzy Bogusław Nowak

 

Stado wielbłądów niczym okręt flagowy Jego Królewskiej Mości płynie dostojnie przez pustynię Gobi. Jaskrawo świecące słońce, dyskretnie obserwuje wielbłądzią flotyllę. Eleganckie sylwetki krążowników pustyni wyraźnie kontrastują z potężnymi górami piasku – Chongoryn Els.

Z drugiej strony potężne cielsko Ałtaju Gobijskiego. Hen daleko, mirażem mami, tafla fatamorganowego jeziora. Pustynna jaszczurka zastygła w bezruchu. Widoczne przez lornetkę stado gazeli dżerjan przestało skubać trawę. Z nieruchomiała także piaskowa bylina. W powietrzu zawisł orzeł. Widocznie z dala jurty, sennie drzemały. Ich nieskazitelna biel, pogodnie wpisywała się w błękit nieba. Skupiona wokół jurt gromada kóz i owiec nie dawała oznak życia. Między piaskowymi pagórkami, usadowiły się wielbłądy. Konie stały obok siebie. Wszystko szukało cienia. Z jurty wyszedł mężczyzna. Jego kamienna twarz zdawała się niczego nie wyrażać. Ukradkiem obserwował karawanę. Najwyraźniej zdążała nie do niego.

Leżący u drzwi jurty pies poruszył się. Wstał i leniwie przeciągnął się. Z jurty wybiegła mała dziewczynka. Mężczyzna wziął ją na ręce. Nadal patrzył przed siebie. Dziewczynka pokazywała coś palcem. Jego wzrok podążył za nim.

Dwóch jeźdźców na koniach, zmierzało w ich kierunku. Słychać było tętent końskich kopyt. Zbliżywszy się do jurty, zeskoczyli zgrabnie z koni. Podbiegli do mężczyzny z dziewczynką na rękach. Głosem dalekim od szeptu, najwyraźniej o czymś go informowali. Wzajem się przekrzykując, pokazywali coś daleko, przed sobą. Mężczyzna nic nie mówiąc, postawił dziewczynkę na ziemi i zniknął w jurcie. Wyszedł po chwili, z dziwnym przyrządem w ręce. Wręczył go swoim gościom. Jeźdźcy pokłonili się i wskoczywszy na konie, pognali w gobijski step.

Tylko zwolna opadający kurz i majaczące w dali sylwetki zdradzały ich wizytę. W drzwiach jurty pojawiła się kobieta. Zauważyła nas. Nie ona jedna. Od kilku minut przyglądała się nam dziewczynka. Nasza mongolska przyjaciółka Cegi uznała, że najlepsza to pora, by zapytać o nocleg. Narada mężczyzny z kobietą trwała krótko. 3000 tugrików i możecie spać – odpowiedziała kobieta.

Po chwili jesteśmy w jurcie. Na zaproszenie gospodarza siadam obok niego w centralnej części. Moje koleżanki w części wschodniej – kobiecej.

Córka gospodarzy z pomocą suszonego łajna wznieca ogień w piecu. Przez otwór w górnej części jurty widać niebo. Sterylnie biały dym z komina, niczym podczas watykańskiego konklawe, unosi się ku górze. Gospodarz częstuje kumysem. Czarka z napojem z kobylego mleka wędruje z rąk do rąk.

Mam wrażenie, że beczki boskiego kumysu by trzeba, by w głowie zaszumiało. Choć po chwili jestem gotów zmienić zdanie. Dzięki wnuczce gospodarzy przełamujemy pierwsze lody. Szczebioce i podchodzi do nas. Po chwili siedzi na kolanach Maryli. Jest ciepło i przytulnie. Gospodarze częstują też dwoma rodzajami sera – słodkim i kwaśnym. Wysuszony na słońcu, nie łatwo poddaje się naszemu uzębieniu. Rozmowa w języku ręczno-migowym nabiera rumieńców. Wschodzący w skład gościnnego rytuału, poczęstunek herbatą, niezwykle ubogaca bukiet, naszych kulinarnych wrażeń. Napój ze stepowych ziół, z dodatkiem tłustego koziego mleka i soli, jest pożywny. Gasi też nasze pragnienie.

Herbacie towarzyszą smaczne mongolskie ciasteczka – gambira. Rewanżujemy się polską czekoladą z cukierkami i drobnymi prezentami. Najbardziej ucieszona jest wnuczka gospodarzy. Dzięki Cegi, urodzonej w mongolskim stepie, daleko stąd w krainie wulkanów, wyjaśnia się zagadka tajemniczej wizyty jeźdźców.

 

Rankiem mieli pognać stado na nowe pastwisko. W tym celu zaczęli rozbierać jurty. Mieli zamiar oznakować bydło. A znacznik gdzieś się zawieruszył. Czas naglił. Cóż było zrobić. Pożyczyli od sąsiadów.

Mówię, że chętnie bym kupił znacznik. Pytam o cenę. Na twarzy gospodarza pojawia się tajemniczy uśmiech. Po chwili milczenia oświadcza „nie ma takiej ceny”. Jak to? – pytam. Jest bezcenny – słyszę w odpowiedzi. A ponadto jego sprzedaż mogłaby sprowadzić na domowników same nieszczęścia.

Czarka z kumysem krąży nadal. Rozglądamy się po jurcie. Na wprost wejścia barwny sekretarzyk. Po bokach dwa reprezentacyjne łoża. Nad nimi kolorowe fretony z podobiznami psa, konia, świni i innych zodiakalnych znaków kalendarza buddyjskiego. W środku makieta z Czingis-chanem. Na podłodze dywan, z lewej strony wejścia beczki z kumysem i z wódką archi. Z prawej zestaw gospodarskich naczyń. Między kolorowymi słupkami, do czerwieni rozgrzany żelazny piecyk.

Gościnni gospodarze, proponują nam jutro przejażdżkę na wielbłądach, po pustyni. Ochoczo przystajemy na tę propozycję. Niezwykle sympatyczne spotkanie dobiega końca. Nasi rozmówcy udają się do swoich zajęć. My w towarzystwie ich psów wyruszamy na rekonesans po piaskowych górach – wydmach Chongoryn Els. Słońce zmęczone całodzienną wędrówką, po niebie skłania, chyliło się ku horyzontowi. Wydmy, w miarę zbliżania się ku nim stawały się coraz większe. Przedwieczorny wiatr zabawiał się wątłym źdźbłem trawy. Stąpanie po grząskim piasku nie było łatwe. Lecz nie dla czworonogów. Demonstrując swoją radość, biegały w tę i z powrotem, nieustannie baraszkując. Ich radosny nastrój udzielił się także, moim koleżankom. Popatrzcie, na te ślady na piasku. Tędy szedł chrząszcz – mówi zagadkowo uśmiechnięta Bogusia. Chyba dudek. Powiada figlarnie Maryla. Jeśli już to kos. Oznajmia wesoło Basia. Azaliż was oczy nie mylą. To z pewnością był kozioł. Śmieje się Jasia.

W atmosferze dalekiej, od naukowej powagi, wracamy do jurty. Nie widoczne już słońce, podświetlało jeszcze horyzont. Było już po wieczornym udoju. W powietrzu panował spokój. Do snu sposobiły się zwierzęta. Kozy, owce, konie i psy leżały obok siebie. Wielbłądy usadowiły się po drugiej stronie jurty. Biel dnia wyraźnie w czerń nocy się już przystroiła. Owalny księżyc świecił pełnią swojego blasku. Czarny wał wydm budził respekt i podziw. Wesoło mrugające gwiazdy, zwiastowały noc mroźną a dzień pogodny. Tańczące w jurcie, piecykowe iskry, odprowadzały nas przyjaźnie, do krainy sennych marzeń i radosnych wspomnień.

Ranek przywitał nas słońcem i czekającymi na nas, wielbłądami. Gospodarz udziela nam niezbędnych rad. Skręcasz w prawo. Uciskasz piętą w prawy bok baktariana. W lewo w lewy bok. Podobnie z wodzami. Cziu, Cziu – znaczy wio, wio. Wszystko jasne. Jasia z Marylą ze szlachetnych pobudek rezygnują z przejażdżki. Będą nam robić zdjęcia. Razem z Bogusią i Basią wsiadamy na klęczące wielbłądy. Gdy mój dwugarbny wierzchowiec, wstając unosi tył ku górze, zaczynam wątpić, w jego dobrze maniery. Niesłuszne to jednak podejrzenie. Ze spokojnego okej gospodarza wnoszę, że wszystko odbywa się zgodnie ze sztuką. Ruszamy w kierunku wydm. Spokojna, pozbawiona napięć, jazda, usypia, moją czujność. Stare polskie przysłowie „Nie chwal dnia przed zachodem słońca”, pcha się usilnie na usta. Mój wierzchowiec zaczyna nacierać na wierzchowca Basi. Próby zapobieżenia temu, pomagają tak jak umarłemu kadzidło. Co gorsza wierzchowiec Bogusi, naśladuje mojego. Z podobnym impetem naciera na nas – mnie i mój pojazd. Najwyraźniej, nie lubią obcych na grzbiecie. Różnymi metodami próbujemy się temu przeciwstawić. Nasza determinacja skutkuje. Wielbłądy spuszczają z tonu. Dzięki temu pozostała część przejażdżki, odbywa się w atmosferze z trudem osiągniętego kompromisu. My nie zawsze reagujemy na wielbłądzie „zaczepki”. One zaś godzą się, z naszą obecnością, na ich grzbietach. Dalibóg pouczające to doświadczenie. Wszystko jak w znanej piosence „Bo do tanga trzeba dwojga”. W tej sytuacji delektowanie się podczas jazdy unikalnym gobijskim krajobrazem nie było nam dane. Okazja ku temu nadarza się niemal od razu.

Ochłonąwszy z wielbłądzich wrażeń, wyruszamy na wydmy Chongoryn Els. Mongołowie zwą je „śpiewającymi piaskami”. A swoją drogą, zaczynam mieć nieodparte wrażenie, że wszystkie góry piasku na całym świecie śpiewają. Przykłady?, oto one:

W młodości, do studenckiego stypendium dorabiałem pracą ratownika na Bałtyckiej plaży. Śpiewające łebskie wydmy, wraz z nuconym przez Bałtyk refrenem, pieśni o włóczędze, nieraz kołysały mnie do snu. Ilekroć jestem na Syberii tylekroć nie mogę oprzeć się pokucie, by nie spojrzeć na Bajkał. W rytm fali, uderzających o bajkalski brzeg, złote piaski niemal szeptem, wyśpiewują, smutną pieśń o ludzkiej niedoli. I tak pewnie wszędzie.

Póki co idziemy w kierunku wydm. Stu kilometrowy wał, sprawia wrażenie wcale nie małego pasma górskiego. A i wysokość nie mała. Słońce już wysoko, a blady księżyc nie zdążył się jeszcze schować. Pomału stąpamy po rozgrzanym piasku. Nasze stopy grzęzną w nim coraz bardziej. Góra piasku staje dęba. Krok do przodu, krok do tyłu. Stopy mimo ogromnego wysiłku zjeżdżają na dół. Nogi szukają skalnych występów, a ręce granitowych chwytów. Nic z tego. To tylko piasek. Lecz cóż to? Pustynny zegar? Trawa wiatrem poruszana, kreśli na piasku koło. Cień mojego kijka wskazuje na 13-tą. Jasia i Maryla zostają. Słońce zawisło nad nami. Idziemy dalej. Trawers w lewo, trawers w prawo. Co rusz zjeżdżamy na dół. Zaczynam rozumieć Syzyfa. Spoglądam w górę. Kolejna grań udaje ostatnią. I tak bez końca. I gdy się tego najmniej spodziewam – olśnienie. Jestem na szczycie. Siadam by nie zjechać na dół. Spoglądam na dziewczęta. Basia idzie tzw. pieskiem a Bogusia zakosami. Efekt ten sam. Jesteśmy w najwyższym miejscu piaskowej góry. Rozglądam się. Tysiące szczytów dolin i grani. Wszystko z piasku. W dali białe kropki jurt. Horyzont od północy i południa zamykają potężne pasma górskie Garwan Sajchan wchodzące w skład Ałtaju Gabijskiego. Ale o nich, wulkanach, rzekach, stepie i wspaniałych ludziach innym razem.

 

 

Podpisy pod zdjęciami:

01.  04. Zwierzęta Gobi – w tle Chongoryn-Els

02.  „Na szczycie” – góry piaskowe Chongoryn-Els

07. Autor w towarzystwie koleżanek przemierza Gobi

09. Drzewo saksaułowe

22. Jurta

26. Klif piaskowca Bojandzang – miejsce znalezienia jaj dinozaura

29. Wydmy Chongoryn-Els na pustyni Gobi

31. Tubylec

14. „Krążowniki pustyni” – wielbłądy na tle piaskowych Chongoryn-Els

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA