Strona główna / nr 4 (10) - JESIEŃ 2006 / GRANATY
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
TATRY GRANATY - ORLA PERĆ

[ Orla Perć zdjęcia galeria I ] [ Orla Perć zdjęcia galeria II ] [ TOPR akcja ratownicza zdjęcia ] [ TOPR akcja ratownicza zdjęcia galeria 2 ] [ Orla Perć Żleb Kulczyńskiego zdjęcia galeria I ]


Akcja rotownicza TOPR zdjęcia

Tatry wypadki, akcja ratunkowa TOPR zdjęcia

Szlak na Halę Gąsienicową zdjęcia

Tatry Orla Perć zdjęcia galeria I

Tatry Orla Perć zdjęcia galeria II
 
Tatry Hala Gąsienicowa Panoramy tatrzańskie
 
Góry, Tatry, Orla Perć, Żleb Kulczyńskiego
 
Tatry szlak na Orlą Perć i Kozią Przełęcz zdjęcia, galeria
 
Tatry Orla Perć, Kozia Przełęcz zdjęcia galeria 4
 
Orla Perć szlak na Krzyżne zdjęcia galeria 6
Michał Jagiełło - Tatry Orla Perć wypadki

Granaty - „Czekać spokojnie, idziemy!”

Krok za krokiem zbliżali się oni do śmierci i im niżej schodzili, tym bardziej jej władzy się oddawali, aż w końcu wrota życia zamknęły się nad pozostałymi dwojgiem na fatalnej płasience, nad którą nachyliły się przewieszone ściany... Mariusz Zaruski

    Pewien mężczyzna poinformował naczelnika Straży Ratunkowej, że 22 lipca (1914 r.) na wycieczkę w Tatry udała się jego siostra – Anna Hackbeilówna; wyszła z Marią Bandrowską i jej bratem Bronisławem. Kierunku, w którym się udali, ani planu wycieczki p. Hackbeil podać nie umiał. O Bandrowskim powiedział, że zna Tatry i ma doświadczenie taternickie 1*.
    Najpierw wysłano depesze do schronisk po tamtej stronie grani, a następnie przepytano w Zakopanem tych, którzy mogli coś wiedzieć o trasie planowanej przez zaginionych. Pewne poszlaki skierowały ekipę ratowników nad Czarny Staw pod Kościelcem.
    Mariusz Zaruski po latach tak wspominał te dni kończącego się lipca i – poniekąd – kończącego się starego świata; były to przecież ostatnie chwile tuż przed wybuchem wielkiej wojny światowej. Jest dzień 27 lipca 1914 r.
    W Zakopanem, w południe, Pan Mariusz dowiedział się, że turyści wybierali się na Granaty: Złe przeczucie tknęło mię jak nożem w serce. Komin Drege’a!... Ta czarna szczelina, opadająca prawie pionowo w 120-metrowych ścianach, którymi urywają się Granaty nad Czarnym Stawem – pułapka dla niedoświadczonych turystów, zachęca do zejścia na tuż pod nią rozsypane piargi.
    W kominie tym zginął parę lat temu nieszczęśliwy Drege, szukając zejścia z Granatów...
    Otrzymawszy jeszcze telegraficzne odpowiedzi na depesze z węgierskiej strony, wyruszyłem ze Strażą.
    Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy po raz pierwszy zatrzymałem Straż nad Czarnym Stawem, naprzeciw milczących i spokojnych ścian Granatów. Pogoda śliczna, cisza w powietrzu, tylko jakiś smętek jak gdyby przedwczesnej jesieni otaczał zadumane turnie. Kazałem lornetować ściany 2*.

    Przycupnijmy za granitową wantą i obserwujmy drużynę TOPR; widzimy Stanisława Gąsienicę Byrcyna i Józefa Ceberniaka, Jędrzeja Marusarza i Stanisława Zdyba, Józefa Oppenheima i Tadeusza Korniłowicza, Jóefa Lesieckiego i wspomagającego ratowników Czesława Piaseckiwgo. Nawoływania, wypatrywanie oczu, podawanie lornetki z rąk do rąk. Cisza. Mieli już odchodzić, gdy Byrcyn obaczył w kominie ludzką postać.
    W chwilę potem Stanisław Zdyb dostrzegł ciało, leżące u podnóża ściany – zanotował później naczelnik. I następnie napisał: Zaleciłem spokój i dałem sygnał trąbką. Krzyknąłem donośnie: Czekać spokojnie, idziemy. Poprowadziłem szybko Straż na ścieżkę wiodącą od Czarnego Stawu na Granaty. Po drodze znaleźliśmy ciało śp. Hackbeilówny, która spadła ze ścian około 100 m wysokości 1*.


    Po wyjściu na grzędę Skrajnego Granatu rozpoczęto właściwą akcję ratunkową. Zaruski i Marusarz zaczęli zjeżdżać żlebem, który staje się tu coraz stromszy; jest to właściwie system progów i ścianek poprzedzielany poziomymi półeczkami. Przy sporym szczęściu może turysta tędy zejść – oczywiście tylko nad zerwę komina – ale by pokonać tę drogę w górę, trzeba mieć już kwalifikacje wspinaczkowe. Wiem bo wspinałem się Kominem Drege’a latem, jesienią i mroźną zimą. Wiem bo próbowałem odtwarzać drogę tych, którzy – nieświadomi, że zboczyli z wyznakowanej ubezpieczonej łańcuchami i klamrami trasy – szli niżej i niżej... Zgrzeszyłbym mówiąc, że w pełni potrafię wczuć się w turystów idących ku przepaści. Oni nie byli tego świadomi, a gdy docierało do nich, że zgubili ścieżkę, wpadali w panikę, która zawsze utrudnia albo wręcz uniemożliwia racjonalną ocenę sytuacji. Ja byłem sprawnym taternikiem, pracownikiem Pogotowia Górskiego zajmującym się, między innymi, analizą przyczyn wypadków górskich, wiedziałem, co robię, gdzie się znajduję i jak daleko mogę się posunąć w zejściu bez asekuracji, a kiedy związać się z partnerem liną. Trochę jednak posmakowałem tej aury, która obejmuje człowieka w skalistym terenie, poza udeptanym i oznakowanym szlakiem, zdanego na łaskę swoich splątanych myśli. I rozumiem, że nawet niezbyt trudna ścianka może urosnąć wtedy do rozmiarów groźnej zerwy, a strome trawki mogą stać się pułapką uniemożliwiającą uporządkowanie myśli oraz uspokojenie drżących rąk i nóg.

Jesteśmy w kominie, zapada zmierzch. Kominem sączyła się woda – notuje naczelnik. Od razu zostaliśmy przemoczeni do nitki. Ostrożnie, ze względu na niebezpieczeństwo strącenia kamieni, zjechaliśmy 30 m. Tu, na ścianie, musiałem dowiązać nową linę. Jeszcze jeden zjazd 10 m. i stanąłem na pochyłej płasience, gdzie w wodzie leżała Bandrowska na samej krawędzi, z jedną nogą zwieszoną w przepaść. Gdy przestąpiłem przez nią, ażeby zaczepić się poniżej jej na ścianie, ledwo słyszalnym głosem odezwała się po raz pierwszy: Ostrożnie tam przepaść 1*.

Wiemy od Zaruskiego, że zjeżdżał kominem, trzymając latarkę w zębach, że rychło światło zgasło, zalane prze cieknącą po ścianach wodę, że po ciemku łączył sztywne liny, że z ogromnym trudem udało mu się wspólnie z Marusarzem przenieść turystkę w bezpieczniejsze miejsce, że potem, przewiązaną liną, wyciągano ją z komina ku życiu. Możemy porównać dwie relacje tego autora: zapis w „Księdze wypraw” i sporządzony po latach opis pt. „Wyprawa po Badrowskich i Hackbeilównę”. Sięgnijmy więc jeszcze raz po ten drugi, rozbudowany literacko opis:

Stanąłem na płycie.

Ciarki mię przeszły: postać leży na samej krawędzi, jedna noga wisi nad otchłanią w powietrzu!

Szybko przestępuję nogą przez leżące ciało, mając na myśli – odgrodzić w pierwszej chwili nogami swoimi jak poręczą od przepaści człowieka...

I kiedym przenosił nogę ponad ciałem, z bezwładnie leżącej masy doleciał głos ledwo słyszalny:

Ostrożnie, tam przepaść...

Tych słów nigdy nie zapomnę!

Ktoś na wpół sam już umarły, godzinami nad przepaścią leżący i nie mający sił, ażeby podźwignąć się wyżej, ostrzega przed niebezpieczeństwem, w którym sam się znajduje, żywego człowieka...

Te słowa w prostocie swojej i mocy były niezwykłe!

W najwyższe zdumienie mię wprowadziły.

Nie czas był jednak na rozmyślania.

Mając jedną stopę po drugiej już stronie leżącego ciała, szukałem dla niej oparcia...

I nie znalazłem. Tak ściśle leżąca ta istota skojarzona była ze śmiercią, że na krawędzi płyty nie znalazło się już miejsca dla człowieka, który chciał ją sobą od śmierci odgrodzić.

Zmuszony byłem zjechać jeszcze niżej na linie i tam zaczepiłem się nogami na jakimś wysterku. Postać leżącą miałem teraz na wysokości swej piersi. Odetchnąłem. Teraz już ciebie w przepaść nie puszczę!

Zębami i lewą ręką ściągnąłem zapasową linę, przeznaczoną dla tych nieznajomych, którą wlokłem za sobą i obwiązałem ją wpół.

Jużeś uratowana! 2*.

Powróćmy znów do „Księgi wypraw”. W żlebie, w bezpiecznym już miejscu, Bandrowska została przebrana, napojona herbatą z koniakiem i została do rana wraz z Pogotowiem, za wyjątkiem mnie i Marusarza, którzy musieliśmy zejść do schroniska, żeby się przebrać. Od Bandrowskiej dowiedzieliśmy się, że brat jej w najwyższym zdenerwowaniu sam z tej płasienki rzucił się w przepaść 1*.

Jak doszło do tej wciąż, mimo upływu lat tak poruszającej tragedii? Troje turystów, schodząc z Granatów – zgubiło ścieżkę. Weszli w żleb obrywający się zerwą. Ale przecież wciąż znajdowali się w terenie dającym wielkie możliwości wydostania się na ścieżką; wystarczyło tylko podejść w górę, łatwym tokiem, kilkadziesiąt metrów. Mężczyzna, najbardziej z całej trójki obyty z Tatrami, wpadł jednak w popłoch. Dlaczego? Próbował to wytłumaczyć Zaruski. Bandrowski chodził co prawda po górach – powiada Pan Mariusz – ale jednak niesamodzielnie i znanymi ścieżkami. Z chwilą zgubienia drogi i wejścia w żleb nieznany od razu stracił pewność siebie, a umiejętność jego orientowania się w położeniu najwidoczniej obniżyła się aż do niezdolności widzenia rzeczy zupełnie prostych.

Droga którą przebyli turyści od grani do miejsca, gdzie biwakowali, nie przestawia żadnych poważniejszych trudności. Sam żleb, jak i otaczające go stoki, pozwalają na kombinowanie najróżnorodniejszych wariantów w celu już to wydostania się z powrotem na grań, już to szukania obejścia trudności.

Oni, niestety, schodzili jednak żlebem.

Tu, gdzie żleb staje się trudny, turyści bardzo przezornie zatrzymali się i noc pod skałką pod gołym niebem pędzili. Na drugi dzień pozostali w tym samym miejscu i wołali o pomoc. Widzieli turystów, podążających w stronę Zmarzłego Stawu, krzyczeli do nich, turyści okrzykami im odpowiadali i szli dalej swą drogą. Widocznie wołania o pomoc nie rozumieli.

Panna Hackbeilówna odłączyła się wtedy od towarzystwa i poszła szukać zejścia albo pomocy. Poszła i nie wróciła. Zginęła w sąsiednim żlebie, spadłszy około 100 m na piargi.

Pomoc nie nadchodziła. Pozostali dwoje zaczęli się domyślać nieszczęścia. Śp. Bandrowski zaczął się niepokoić o los Hackbeilówny, wreszcie przyszedł do przekonania, że stał się sprawcą jej śmierci. To mu resztę sił i panowania nad sobą odebrało. Był chory fizycznie i rozbity moralnie. Na pół przytomny zaczął majaczyć o samobójstwie. Siostra wszelkimi siłami dodawała mu otuchy i powstrzymywała go od myśli fatalnej. Tak minęły im drugi dzień i noc, trzeci i czwarty. Zapasy życzliwości mieli niedostateczne, a i te dawno się wyczerpały. Okrycia lekkie. Noce były zimne, we dnie śnieżek z deszczem chwilami już polatywał...

Co przeżywało tych dwoje ludzi, przykutych do miejsca, szamoczących się w walce duchowej, a chwilami i fizycznej, gdyż panna Bandrowska przemocą powstrzymywała brata od spełnienia strasznego zamiaru, nie podejmuję się słowem wyrazić. Pewne jest, że przeżycia ich były okropne, a położenie już wówczas bez wyjścia.

Piątego dnia, nie zdając sobie już sprawy z tego, co czynią, zaczęli schodzić. Powiązawszy rzemienie i plecaki w rodzaj liny, starali się używać jej do pomocy. W zejściu tym w kominie parokrotnie spadali jedno na drugie. Szczęśliwym jakimś trafem za każdym razem zaklinowywali się w ścianach komina i uniknęli w ten sposób śmierci.

Wreszcie znaleźli się na malutkiej płycie, silnie ku przepaści ściętej. Dalej ściana w powietrze się urywała. Nad nimi nachyliły się przewieszone skały, z których spadli przed chwilą. Droga powrotu została zamknięta.

Bronisław Bandrowski rzucił się w przepaść. Maria straciła wszelką nadzieję na ratunek. Już ponoć miała zsunąć się z zerwy, śladem brata, wtem usłyszała wołanie: „Czekać spokojnie, idziemy!”

Mariusz Zaruski miał rację, pisząc: Nad piargami Czarnego Stawu rozegrała się jedna z największych tragedii, jakie znają kroniki katastrof alpejskich. Fatum nieubłagane tragedii greckiej ciążyło nad gronem nieszczęśliwych turystów i kierowało ich krokami od chwili zgubienia ścieżki na grani Granatów aż do epilogu, którym było roztrzaskanie się ciała kierownika wycieczki o głazy komina. Krok za krokiem zbliżali się oni do śmierci i im niżej schodzili, tym bardziej jej władzy się oddawali, aż w końcu wrota życia zamknęły się nad pozostałymi dwojgiem na fatalnej płasience, nad którą nachyliły się przewieszone ściany... Jedna była stąd droga. I Bandrowski poszedł tą drogą.

Katastrofa ta jest zarazem odstraszającym przykładem, do jakiego stopnia u ludzi nieobytych z górami może w chwilach cięższych nastąpić zamroczenie elementarnych zdolności orientowania się w terenie i oceny trudności.

Wypadek ten wszedł na stałe do legendy górskiej, stając się przestrogą przed zdradziecką pułapką Granatów, jak to określił Wawrzyniec Żuławski w swych głośnych i zaczytywanych „Tragediach tatrzańskich”. Sam zresztą Wawrzyniec, syn Jerzego, wybitny taternik i alpinista, kompozytor i pisarz, zginął w lawinie seraków na stoku Mont Blanc du Tacul. Śmierć dopadła go latem 1957 r. podczas poszukiwań swego przyjaciela Stanisława Grońskiego, który zginął w tym masywie podczas załamania pogody. (Patrz „W górach” nr 1/2004).

Literatura:

1* Księga wypraw ratunkowych,

2* M. Zaruski, Na bezdrożach tatrzańskich

Na postawie książki „Wołanie w górach”

Zdjęcia: Janusz Jędrygas

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA